​ O syndromie trzeciej płyty większość z Was słyszała zapewne. Polega on z grubsza na tym, że dany artysta lub zespół startuje ze świetnym debiutem, siłą rozpędu wydaje drugi album, a przy nagrywaniu kolejnego trafia na swego rodzaju rozstaje dróg…  Krótko mówiąc, wóz albo przewóz. Jak było z Morbid Angel po dość spektakularnych zmianach w jego funkcjonowaniu (kontrakt z Giant Records – spółką z potężnym Warner Bros. Records – na Amerykę Północną – i jak sama nazwa wskazuje była to duża,  znacząca wytwórnia płytowa, niekoniecznie specjalizująca się w ekstremalnych gatunkach muzycznych i intensywna promocja w MTV oraz długie trasy koncertowe u boku Black Sabbath i Motörhead) i ogromnym sukcesie dwóch poprzedniczek, które miałam przyjemność recenzować tutaj kilka tygodni temu? W mojej ocenie, mimo ciosu, jakim było opuszczenie (a raczej wykopanie…) kapeli przez Richarda Brunelle’a, Chorobliwy Anioł wyszedł z tej próby zwycięsko! Zespołu wcale nie dopadł „syndrom trzeciej płyty”. Było dokładnie na odwrót. Misternie przez kilka lat tkany pomysł na brzmienie zespołu, nabrał tu ostatecznego kształtu. Ba, „Covenant”, który sprzedał się w ponad 150 000 egzemplarzy w samych Stanach Zjednoczonych (był to wówczas ewenement), to moja ulubiona płyta brutali z Florydy. No właśnie. Co decyduje o jej wyjątkowości? Niespotykana dotąd brutalność tych 10 nagrań. I naprawdę potężne brzmienie, którego na wcześniejszych dwóch albumach grupie nieco brakowało. Ale o tym dalej.

Słucham właśnie tej płyty po raz 777, w wersji FDR tym razem, i według mnie jest to wzorcowe brzmienie death metalowego albumu. To najbardziej majestatyczny i zwięzły, skondensowany materiał z Vincentem jako frontmanem, który na swym miejscu już niedługo miał pozostać… Przy całym szacunku i świadomości znaczenia dotychczasowego dorobku kapeli Treya, „Covenant” zmiata „Altars Of Madness” i „Blessed Are The Sick”! Zmiata już pierwszym kawałkiem „Rapture”, zaczynającym się tym charakterystycznym podmuchem. Utwór zdecydowanie nadaje tonu pozostałej części albumu.

W czym tkwi urok (sic!) „Przymierza”? We wszystkim. Trzej (już tylko) Amerykanie (ano Brunelle pożegnał się z zespołem z powodu postępującego uzależnienia od niezdrowych substancji… a które to ostatecznie wpędziły go przedwcześnie do grobu) wspięli się tu na wyżyny swoich możliwości. Azagthoth utopił wręcz krążek w kolejnych genialnych, jeszcze bardziej odjechanych, riffach i bardzo chorych solówkach. Nie bez kozery jest też fakt, że w wielu kompozycjach Trey zagrał na 7-strunowej gitarze. Pete Sandoval zdecydował się na zamieszczenie takiej ilości blastów, jak miało to miejsce na debiucie Terrorizera i był w tamtym momencie jednym z najszybszych pałkerów w gatunku, a jego styl można śmiało nazwać grą młota pneumatycznego. David Vincent w końcu zaczął ryczeć jak niedźwiedź i przestał charczeć, w czym bardziej przypominał black metalowych wokalistów niż growlujących deathsterów. To jednak nie wszystko, bo po raz pierwszy w historii Morbid Angel zastosował czysty, niski, niemal operowy śpiew, a efekt był niesamowity (patrz: „God Of Emptiness”). Tempo muzyki wyraźnie podskoczyło w porównaniu do poprzednich płyt, ale mimo to utwory nie straciły na różnorodności. Zespół zazwyczaj trzyma się tutaj szybkich i średnich prędkości, co jakiś czas zarzuca spowolnienia (np. na początku i końcu „Lions Den” czy wspomnianym już walcowatym „God Of Emptiness”). To co do tej pory było szybkie, tu jest jeszcze szybsze, a to co wolne nabrało masy walca drogowego. Pojawia się też sporo chwytliwych patentów, tym razem na szczęście bez przerywników (wyjątek to „Nar Mattaru” – coś w rodzaju intro do piekielnego „Boga Pustkowia”). O moich faworytach napiszę krótko, bo zespół konsekwentnie wyciągnął to, co najlepsze z „Altars…” i „Blessed…”, ale dodał znacznie więcej ciężaru, brutalności i intrygujących pomysłów (jeszcze raz muszę wspomnieć mój ukochany „God Of Emptiness”). Wśród pozostałych najlepszych kompozycji wymieniłabym w szczególności: „Vengeance Is Mine”, „Sworn To The Black”, „Pain Divine” i „World Of Shit (The Promised Land)” – najlepiej napisane, a zatem doskonale oddające istotę stylu Morbid Angel (czyli charakterystyczne riffy, zwolnienia, brutalność, okultystyczny klimat i najdojrzalsze jak dotąd liryki Vincenta, a wszystko to okraszone odpowiednio dobraną okładką, która bywała cenzurowana – usuwano  z niej sigile – pewnie by nie prowokować demonów… 😉 ). Oprawa graficzna albumu przedstawia po prawej stronie „Księgę ceremonialnej magii” Arthura Edwarda Waite’a, a po lewej reprodukcję rzekomego paktu z Diabłem Urbaina Grandiera. 😉 Ten temat podjął Jarosław Iwaszkiewicz w swym opowiadaniu „Matka Joanna od Aniołów”, na podstawie którego Jerzy Kawalerowicz nakręcił w 1961 roku słynny i kontrowersyjny, przewyższający nawet swój literacki pierwowzór, dramat o tym samym tytule. To tak na marginesie. Teksty Davida czerpią garściami z tematów okultystycznych, mitologicznych i satanistycznych, w tym teistycznego satanizmu, perwersyjnych wynurzeń markiza de Sade, sumeryjskiej religii i filozofii nietzscheańskiej, nadając albumowi jeszcze bardziej mrocznego wymiaru. Zresztą o poszczególnych inspiracjach można poczytać we wkładce do płyty.

„Covenant” jest pełne szczegółów, smaczków i ciekawych aranżacji. Nie muszę chyba dodawać, że każdy z utworów na tym wydawnictwie jest na równie niesamowitym poziomie (nawet nieco kontrowersyjny „Angel Of Disease”, w którym niestety śpiewał… Trey – niestety, bo wolałabym, żeby pilnował swej gitary, w czym jest najlepszy, niż brał się za „śpiew”, co tu i jeszcze kilkukrotnie później nie wyszło mu na zdrowie). „Angel Of Disease” został pierwotnie napisany w 1985 roku na „Abominations of Desolation”, ale został ponownie nagrany na potrzeby „Covenant”. To także niejedyny taki przypadek, gdy Naczelny Wódz wykorzystywał ponownie swe zamierzchłe kompozycje. Końcowy utwór „God of Emptiness” to jakaś piekielna wizja! Tak wolno i ciężko zespół jeszcze nie grał w swej karierze. Charakterystyczny riff chodził Treyowi po głowie od co najmniej kilku lat, gdyż w internetach hula film z próby w garażu w Tampie, na którym słychać w  pewnym momencie rozgrzewającego się lidera tych wesołków, grającego właśnie motyw przewodni „God…”. Natomiast David sugeruje kooperację w powstawaniu kultowego numeru: „Miałem sen, który obudził mnie w środku nocy i dosłownie wtedy na miejscu napisałem tę piosenkę, nucąc moje pomysły do​​małego magnetofonu”. Do „God Of Emptiness” i „Rapture” powstały dwa dobrze znane wszystkim fanom death metalu teledyski wyreżyserowane przez Tony’ego Kunewaldera, który również nakręcił klip do „Heartwork” Carcass. Wszystkie mają charakterystyczny, artystyczny reżyserski sznyt i łatwo poznać, że wyszły spod ręki tego samego autora. Niestety Kunewalder spłonął w swoim domu kilka miesięcy później, mając zaledwie 32 lata…

 

Przebić „Altars…” i „Blessed…” to, jakby nie patrzeć, prawdziwy wyczyn. Dlatego na początku wspomniałam o „syndromie trzeciego albumu”. Brzmienie płyty robi ogromne wrażenie, wbrew temu, co niektórzy mówią (jakoby nie było w nim mocy), Flemming Rasmussen (tak, ten od Metalliki) wyciągnął z „Covenant” mocny, masywny, ale jednocześnie przejrzysty dźwięk, zupełnie niepodobny do poprzednich produkcji. Morbid po prostu na taką produkcję zasługiwał. Pomimo naporu sonicznego, wszystko tu słychać bardzo dobrze, każdy instrument brzmi selektywnie. Utrata mocy? Wręcz przeciwnie!

Po sukcesie grupy Columbia Records podpisała kontrakt z wieloma innymi zespołami Earache Records, w tym Carcass, Entombed i Napalm Death, chcąc powtórzyć triumf „Covenant”. Jednak żaden z  albumów tych grup nie osiągnął nawet jednej trzeciej tego, co zrobił Chorobliwy Anioł – co gorsza, żaden z nich nie sprzedał większej ilości płyt, niż  miało to miejsce w przypadku swoich poprzednich albumów. W konsekwencji Columbia systematycznie zrywała z nimi wszystkie kontrakty w ciągu trzech następnych lat. „Domination” ukazujący się również w Giant Records sprzedał się w 70 000 egzemplarzy, ale mimo to zespół spadł z listy wytwórni. Co więcej, brak nowych ekscytujących, przesuwających granice kapel death metalowych (poza nielicznymi wyjątkami) na miarę tuzów z przełomu lat’80 i ‘90, doprowadził do stagnacji w gatunku. Scena po prostu wycofała się do podziemia. Po latach jednak na szczęście okazało się, że to właśnie w tym odwrocie i przegrupowaniu sił gatunek odzyskał witalność, a takie podziemne wówczas Incatation, dziś cieszy się sławą legendy death metalu, która nie splamiła się ani jednym słabym albumem, czego niestety nie można powiedzieć o zespole Azagthotha. To tylko jeden z chlubnych przykładów. Zresztą rozwój norweskiej sceny black metalowej można rozumieć jako bezpośrednią odpowiedź na tymczasowy komercyjny sukces, którym death metal cieszył się w owym czasie. Nie kto inny jak Euronymous wyzywał przedstawicieli sceny Florydy od pozerów, ubolewał nad komercjalizacją i utratą skrajności w death metalu. Powiedział, że prawdziwy death metal powinien być czymś, czego normalni ludzie się boją, a nie czymś, czego nawet ich matki mogą słuchać i że  jest to gatunek dla brutalnych ludzi, którzy potrafią zabijać, a nie jest dla idiotycznych dzieci. Jakoś tak. I tyle nam zostało po mądrościach Euronymousa…

Monika Nowacka

Wydawnictwo In Rock Music Press przypomina, że w pierwszej połowie 2021 roku na rynek trafi fenomenalna autobiografia Davida Vincenta – jednej z prawdziwych legend death metalu. Książka zatytułowana „Uwolnić Furię” dostępna będzie na stronie In Rock .

(Łącznie odwiedzin: 826, odwiedzin dzisiaj: 2)