Wielkimi krokami zbliża się premiera książki „Uwolnić furię”. Zapewniam Was, że dzięki niej będziecie się dobrze bawić na bez mała trzystu stronach – i może nawet zaprzyjaźnicie się. Kto wie. Dowiecie się także, jak myśli, dlaczego tak myśli, jak czyni i jakie wyzwania pokonał sam Mr. David Vincent, i to że jego drogą do sukcesu była wiara w proste, ale nie zawsze łatwe do zrealizowania, przesłanie – pracuj ciężko, zachowaj pokorę i dąż do wolności.

 Nie zrozumcie mnie źle, on nie do końca głosi kazania, ani nie mówi Wam, jak macie żyć, ale opowiada o swoich doświadczeniach i o tym, jak uczyniły go one silniejszym. Jest to z pewnością interesująca podróż! David jest bardzo szczery, kiedy mówi o tym, dlaczego pierwotnie opuścił Morbid Angel i jak pomogło mu to rozwinąć się jako osobie… Nie mam zamiaru, ani nawet prawa, zdradzać zbyt wiele z treści autobiografii Vincenta. Te wypociny to efekt lektury wywiadów tekstowych i audio-wizualnych z kultowym frontmanem, które gdzieś tam w czeluściach Internetu wciąż spoczywają i warto je, jak sądzę, odkopać. To także w kilkudziesięciu na oko wersach zarys wspomnień o Davidzie, którymi dzielili się swego czasu inni muzycy czy osoby z branży. Nie chciałabym tym razem skupiać się na karierze li tylko w macierzystym zespole Davida, a raczej przemycić w tym kilkunastostronnicowym tekście parę ciekawostek o nim. Są to rzeczy, mam nadzieję, nie wszystkim znane. Oczywiście pomijając die hard fanów, którzy przekopali każdy skrawek Internetu na metr w głąb. Pragnę w ten sposób usprawiedliwić się z góry, opisując pewne kwestie znane tym osobom głęboko interesującym się biografią Morbid Angel. Jeśli coś jest dla Was oczywistą oczywistością, pomyślcie, że dla innych czytelników niekoniecznie. Kolejna sprawa to taka, że nie da się w żaden sposób całkowicie uniknąć nawiązań do tej klasycznej kapeli, pisząc o Panie Złym D. Wybaczcie mi zatem, jeśli będę przynudzać poniżej – wedle co niektórych szacownych Czytelników – nawiązując momentami do wspomnianej historii Chorobliwego Anioła, ale przeprowadzając tę swoistą, choć pewnie zaledwie powierzchowną, wiwisekcję Davida, nie sposób to ominąć, choćby nie wiem, na jaką oryginalność się silić. Wybaczycie mi? 🙂

Czytając dawne teksty Vincenta popełnione na potrzeby wiadomego zespołu, można dojść do wniosku, że pisał je psychopata, sadysta, wariat i osoba, którą należy izolować od społeczeństwa. David z pewnością był (i chyba nadal jest) tajemniczym, kolesiem, zarówno w życiu prywatnym, jak i w wywiadach, które możemy wyszukać – również w tych sprzed wielu lat. W każdym razie zwykle oszczędnie dozuje informacje na temat swego życia osobistego. Do tego dochodzi ta jego kozacka, Nietzscheańska (nad)wola i godna pozazdroszczenia pewność siebie… 😉 Vincent lubi się porównywać do wojownika i każdy niemal aspekt swego żywota traktuje jak wyzwanie, pole walki, możliwość symbolicznego choćby skopania tyłków paru kolesiom.  Wielu z nas z pewnością nieraz zastanawiało się, jakim człowiekiem jest ów płowowłosy (tak go przede wszystkim sobie zapamiętałam i taki mi się podobał, mimo iż często zmieniał kolor czupryny 😉 ) frontman Morbid Angel… Muszę Was zmartwić. Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Vincent to intrygująca postać, bez wątpienia pełna sprzeczności, ale czyż nie wszyscy wielcy artyści są tacy? Swego czasu ten legendarny death metalowy band był utożsamiany z Davidem bardziej nawet niż z Treyem Azagthothem, a wszystko to przez wyróżniającą go z tłumu death metalowych krzykaczy, charyzmą. Tak, owa zdolność przyciągania  uwagi to coś, czego pozazdrościć mu mogli wówczas liczni koledzy po fachu! Możemy się spierać, kto był wtedy na tym poletku lepszy: Glen Benton, Chris Barnes, Brett Hoffmann, Chuck Schuldiner, John Tardy, Martin van Drunen, Dave Ingram, Jan-Chris de Koeijer, L-G Petrov… Zdania będą podzielone, ale z pewnością wielu z Was, na piedestale ryczących niedźwiedzim barytonem wokalistów, postawi właśnie Vincenta. Pamiętacie, jak Beavis z Buttheadem puszczali „God Of Emptiness” i śmieszkowali: „Ooo, co to? Niedźwiedź zaryczał? He, he, he…” Pewnie, że nie pamiętacie (tj. część z Was nie pamięta), bo ja też nie pamiętam, gdyż nie było mnie jeszcze na świecie. 😀 Ale archiwalne odcinki tego serialu obejrzałam w sieci i przy okazji odkryłam sporo ciekawej muzy.

Zanim w Wasze łapska wpadnie książka „Uwolnić furię” stanowiąca, hmm, dziesięć lekcji „wyciągniętych z ekstremalnego metalu, krainy banitów i siły samostanowienia” (to zdecydowanie najfajnieszy rozdział!), poczytajcie, proszę, co nieco o niejakim panu Davidzie Justinie Vincencie, urodzonym właśnie dnia dzisiejszego, ha!, tj. 22 kwietnia 1965 roku. Evil D! Sam Diabeł! Nasz jubilat! Zatem gdy już zaśpiewamy mu sto – yyy – 666 lat, przypomnijmy od razu pikantny wątek w biografii owego dżentelmena. David Vincent był ongiś aktywnym członkiem Kościoła Szatana, do którego przystąpił pod koniec lat osiemdziesiątych, w skład którego wchodzili, lub wchodzą, również niejaki Marilyn Manson, o którym ostatnio dosyć głośno, Sammy Davis Junior (nieżyjący, ciemnoskóry – można tak jeszcze pisać? – piosenkarz, tancerz, aktor, artysta wodewilu, komik, ha!) i… Jayne Mansfield (największa rywalka Marylin Monroe, która rzekomo straciła głowę w wypadku samochodowym – nie tyle ją straciła, co poważnie, bo śmiertelnie pokiereszowała). Czy to naprawdę dziś istotne, że David zakumplował się z La Veyem, sami wywnioskujecie kilka akapitów niżej.

Pan Vincent od dawna miał i wciąż ma wiele przemyśleń na różne tematy: religię, środowisko, politykę i ogólną kondycję ludzkości, co jest dość budujące w czasach powielania schematów myślowych wtłoczonych ludziom poprzez mass media. Z pewnością nie jest optymistą, raczej realistą, a w takim przypadku trudno być optymistą… Ot, chociażby sugerował już jakiś czas temu, że bliżej nieokreślony wirus może nas zlikwidować w jednej chwili i to wydaje mi się dziś wręcz prorocze, a przeczytałam tę jego wypowiedź bodajże w 2019 roku. Twierdzi, choć nie chce wyznać skąd, że wie, iż przed zamachami na WTC 11 września 2001 roku część pracujących tam osób otrzymywała ostrzeżenia różnymi drogami, by feralnego dnia pod żadnym pozorem nie pojawiać się w pracy… Kategorycznie uważa, że rząd USA skrzętnie ukrywa prawdę sprawie tych zamachów. Inna sprawa, że islam uznaje za jeszcze gorszą religię niż kiedykolwiek było nią chrześcijaństwo. Mówiąc o terroryzmie przeprowadzanym w imię islamu, Vincent powiedział: „Każdy, kto cokolwiek o mnie wie, ma świadomość, że nie jestem fanem religii w żadnym wydaniu, a islam nie jest wyjątkiem.” Z jego słów dowiedziałam się, że jest wystarczająco pewny siebie, aby podążać własną ścieżką lewej ręki. Co ciekawe, mały Dave dorastał w rodzinie europejskich imigrantów (jego ojciec to Austriak, pilot wojskowy), przejawiającej dość surową dyscyplinę, katolickie wychowanie (jako pacholę uczęszczał do szkoły katolickiej, a nawet udzielał się w chórze kościelnym; kto by pomyślał, że później ten smyk zaryczy: „Lieeees… your crown is falling…”). To ojciec nauczył go posługiwać się bronią, całkiem nieźle strzelać i polować. Wpoił przy okazji synowi zasadę, że człowiekowi nigdy nie wolno strzelać do zwierząt wyłącznie dla satysfakcji. Jeśli już, to celem zjedzenia mięsa. W przeciwnym razie nie okazuje się zwierzęciu należytego mu szacunku, gdyż wszystkie istoty żywe są sobie równe. To przekonanie także będzie miało swoje reperkusje w dorosłym życiu wokalisty. Mimo żelaznej niemal dyscypliny, w której dorastały dzieci państwa Vincentów, senior familii wbił do głowy synowi, by zawsze kwestionować to, co inni bezkrytycznie uznają za pewnik. Szczególnie gdy płynie to z ust polityków, dziennikarzy, nauczycieli czy wątpliwej proweniencji osób duchownych. Tę lekcję David odrobił wręcz wzorowo. Niejednokrotnie udowodnił, że zdecydowanie nie po drodze mu tak zwanymi autorytetami. Kiedyś byli to głównie przedstawiciele kościoła katolickiego, dziś politycy i przedstawiciele rządu.

Wracając do ciekawostek związanych z naszym bohaterem. David przyznał kiedyś, że oglądając serial telewizyjny „Star Trek”, nie zdawał sobie sprawy, jak wszystko w tym, bądź co bądź, wytworze fantazji stanie się któregoś dnia rzeczywistością: komunikatory, łączność bezprzewodowa, skanery medyczne. A może nawet teleportacja w przyszłości, kiedyś. Po latach przyznał, że wszystkie te rzeczy wydają się wręcz namacalne ze względu na postęp w nauce i medycynie, który z racji średniego wieku Vincenta był jego udziałem, oraz ze względu na to, jak szybko niektóre z tych rzeczy ziściły się w jego życiu. Dało mu to nadzieję, że wszystkie rzeczy, które wymyśli ludzka głowa, są wykonalne i zarazem są dowodem wielkości rozumu człowieka. Coś co zaczyna się od pomysłu, idei, prędzej czy później staje się rzeczywistością. Kiedyś chyba wszyscy myśleli, że science fiction w czasach czarno-białego kina jest niewiarygodne, a jednak tak wiele z tego udało się osiągnąć. Rewolucje technologiczne zaczynają się od marzeń lub fantazji, a potem pojawia się jakaś szalona, w pozytywnym znaczeniu, osoba i sprawia, że dzieją się one na jawie. Vincent zachwyca się na przykład szybkością, z jaką manipulacja genetyczna postępowała w ciągu kilkunastu ostatnich kilku lat (hej David, poczęstujesz się sztucznie wyhodowanym steakiem od Billa Gatesa? 😛 ), cieszy się, że naukowcy znaleźli geny powodujące choroby i oto jesteśmy u progu możliwości leczenia tych niepożądanych cech rodzinnych już w życiu płodowym. Ale nie jest w tym zakresie bezkrytyczny i wrzuca kamyk do ogródka osiągnięć ludzkości, bowiem stwierdza, że jako gatunek nie zachowujemy się dobrze! Traktujemy planetę prawie tak źle, jak traktujemy siebie nawzajem, a większość z nas w ogóle nie myśli o tym, co nas czeka za kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat. Wiele osób nie jest aktywnymi uczestnikami życia: są biernymi osobami, które szukają jedynie sposobów, aby oderwać się od codziennej bezbarwnej egzystencji i utrzymać dopływ pieniędzy na przeżycie, a może raczej na wegetację. David Vincent często odnosi się do tych właśnie rzeczy, spoglądając wstecz na własną osobistą ewolucję od krnąbrnego dziecka, którym był, do dojrzałego, pokornego mężczyzny, którym jest dzisiaj. Mama muzyka (dyplomowana pielęgniarka włoskiego pochodzenia) opowiadała, że zdecydował się zostać artystą, gdy miał… trzy lata. Oddajmy głos szacownej mamusi: „Otóż mawiałeś synku, że chciałeś mieć ciężarówkę, a potem wpadłeś na pomysł, by umieścić w niej zespół, jeździć i grać piosenki. Inne dzieciaki chciały zostać strażakami lub gliniarzami, ale nie ty!” Cóż, kobieta zapamiętała to, co istotne! Bo oto dorosły David jawi nam się jako spełniony artysta, osoba bardzo inteligentna i życzliwa, lubiąca ludzi, która promieniuje osobistą energią i przekonaniem, co do słuszności swych życiowych wyborów. A te bywały zaskakujące!

Zaczął grać na basie, gdy miał dziewięć lat, dokładnie na kontrabasie, w szkolnej orkiestrze w trzeciej klasie. Podobało mu się to, ponieważ mógł sobie wyjść z klasy na lekcje muzyki, a także dlatego, że w zespole była dziewczyna, którą lubił… W szkole potrzebowali basisty, ale młodzian nie traktował tego jeszcze poważnie, a to czego uczyli ich grać, nie było tym rodzajem muzyki, który by go interesował. Mimo to jego nauka gry na basie trwała jakiś czas, a skończyło się na tym, że w każdym utworze, który usłyszał głównie zwracał uwagę na sekcję rytmiczną. Wsiadanie i wysiadanie ze szkolnego autobusu było dla niego tyleż nudne, co inspirujące, bo większość przedmiotów go nudziła a on sam z wiekiem stawał się coraz bardziej  niegrzeczny i nieposłuszny nauczycielom. Do tego stopnia, że został wydalony ze szkoły. Vincent nie chciał być bowiem takim, jak inne dzieci. Jego wczesne muzyczne inspiracje to Alice Cooper, Kiss, Black Sabbath, Judas Priest. Dziś może wydawać się to dość dziwne, ale kiedy Dave był nastolatkiem w późnych latach 70., radio było znacznie bardziej zróżnicowane niż obecnie. To, co uważano za muzykę pop – ot choćby numer „Kung Fu Fighting” Carla Douglasa lub „Paranoid” Black Sabbath, teraz jest nie do usłyszenia w eterze, bo radio rock ‘n’ rollowe miało wtedy znacznie szerszą paletę dźwiękową do zaoferowania niż obecnie, kiedy wszystko jest tak bardzo komercyjnie, wykalkulowane, wtórne i nudne, niestety… Ach, szkoda strzępić ryja, jak mawiał klasyk.

David przyznaje, że lubi muzykę soul, ale ubolewa z powodu spadku jej jakości. Nie mniej wciąż lubi wokalistki R&B, takie jak Erykah Badu, która jego zdaniem ma bardzo namiętny, instynktowny głos. Film „Blues Brothers” wciągnął go w sferę tej muzyki. W punk rocku lubił Misfits i DC hardcore. Uwielbiał Black Flag, Minor Threat i Iron Cross. Podobała mu się ich energia. Nie chodziło o samą technikę gry, ale o nastawienie. Wydawało mu się, że wszyscy tak zwani wielcy muzycy tamtych dni nie mieli takiej niespożytej energii. Vincent zawsze starał się znaleźć coś, czego jeszcze nie znał. Próbował nakłonić metalowców, aby zrozumieli energię punka, ale zwykle mówili, że brzmiało to jak zbiór bezsensownego hałasu. Cóż, później inni to samo mówili o metalu…

Głos Davida obniżył się w naprawdę młodym wieku, może nawet kiedy miał siedem lub osiem lat, jakkolwiek brzmi to niewiarygodnie. Toż to szok, ale słuchając jego dokonań choćby na „Covenant”, dochodzimy do wniosku, że to jednak jest możliwe! 😉 Jego rodzice w tamtym czasie słuchali zespołu o nazwie Kingston Trio, który uprawiał folkowy styl muzyczny, z trzema wokalistami. Śpiewali nisko i wysoko, w stylu gospel. Chłopiec zapamiętał wszystkie partie wokalne, ale zawsze najbardziej lubił… pasaże basowe. Było to dla niego czymś naturalnym. I ta dziecięca miłość do basu, do rytmu, do tempa wywarła ogromny wpływ na podrostka, który za kilkanaście lat miał stać się gwiazdą (sic!) death metalu.

Bo oto w 1983 roku na Florydzie powstał pewien zespół, w którego pierwotny skład wchodzili  Dallas Ward (bas / wokal), znany później z genialnej kapeli Nile, Trey Azagthoth (George Emmanuel III, ur. 26 marca 1965, Bellingham, Waszyngton, USA; gitara / klawisze) i Mike Browning (wokal / perkusja) – wiadomo – założyciel późniejszego wyśmienitego Nocturnusa. Teraz najlepsze. Terri Samuels, pochodząca z Largo wokalistka,  śpiewała w kapeli przez pewien czas w 1984 roku. Czujecie to? Laska na wokalu w Morbid Angel! Wielu basistów przeszło przez skład Chorobliwego Anioła w ciągu następnych lat przed rekrutacją niejakiego Sterlinga Von Scarborougha. Trio szybko zyskało zwolenników na undergroundowej scenie death metalowej dzięki swojemu ekstremalnemu, ultraszybkiemu muzycznemu podejściu do grania. Morbid Angel włączył do swojego repertuaru covery Slayera, Angel Witch i Mercyful Fate. Kapela nagrała za własne pieniądze demo „Abominations Of Desolation” w 1986 roku. Jednak niezadowoleni z nagrań muzycy, zdecydowali się nie wydawać ich, jak pierwotnie zamierzano, w wytwórni Gorque Records, należącej do niejakiego… Davida Vincenta. To demo zostało później ponownie wydany przez Earache i Del Imaginario Discos. Po raz kolejny przeszli zmianę personelu, rekrutując gitarzystę Richarda Brunelle’a, zastępując Browninga Pete’em Sandovalem, a Scarborougha – uwaga, uwaga –  Vincentem. Tak krąg wzajemnej adoracji uległ zamknięciu, a ten ostatni dżentelmen nadał zespołowi znacznie bardziej charyzmatyczny wizerunek. Wcześniej, co warto przypomnieć, był on producentem wspomnianego „Abominations Of Desolation”. David grał teraz na basie i udzielał się na wokalu. Morbid Angel w tym składzie szybko stał się wiodącym undergroundowym zespołem o wybornej wręcz technice, dobrze znanym ze swojego szorstkiego, surowego death metalowego brzmienia oraz w pewnym stopniu okultystycznej doktryny, na którą wpływ miał m.in. „Necronomicon”, co zbliżało go w pewnym stopniu do sceny black metalowej. Zarówno fascynacje Vincenta, jak i Azagthotha świadczą o wpływie tak rozległych pogańskich inspiracji, jak starożytni sumeryjscy bogowie (stąd zresztą ksywa Treya) oraz myślicieli i pisarzy pokroju Crowley, Lovecraft, La Vey, de Sade Voltaire, czy nawet Machiavelli a wiele lat później… Tony Robbins – amerykański doradca życiowy, motywujący ludzi poprzez przekazywanie swoich życiowych doświadczeń i wiedzy. Ktoś pokroju Jordana Belforta. 😉 Szatan był dla nich wówczas symbolem buntu przeciw niesprawiedliwemu Bogu, mającemu ludzi za swoich bezwolnych niewolników. Szatan był dla nich tym dającym wybór. Szatan dający ludziom wolność. Pozwalający na to, byludzie mogli zrozumieć występki Boga…

 

 

Vincent przyznawał w tamtym czasie: „Robimy różne rzeczy, aby przygotować się do walki, a obejmuje to medytację i inne praktyki, które od czasu do czasu wyrażamy w taki czy inny sposób. Zawsze byliśmy bardzo uduchowionym zespołem i takim pozostajemy. Początki kapeli to był okres burzenia. Dla mnie to jedyny aspekt, czym jest satanizm i do czego jest przydatny – mianowicie po to, aby przełamać skostniałe paradygmaty, którymi jesteśmy wbrew naszej woli uwarunkowani. Wielu z nas jest wychowanych w Ameryce jako chrześcijanie ze wszystkimi regułami i systemami wierzeń, które zasadzają się na takich doktrynach. Niektóre z tych rytualnych zachowań są częścią mojego życia osobistego i rozwoju.” Morbid Angel na nowo zdefiniował pojęcie pionierów gatunku. Chłopaki okazały się nie tylko grupą kochających heavy metal dzieciaków z całej Ameryki, także Ameryki Południowej, ale kolesiami którzy przełamali szereg uprzedzeń przemysłu muzycznego, osiągnęli wielkie komercyjne wyżyny i wyprowadzili na świat zupełnie nową formę ekstremalnej muzyki. Buntownicze, prowokacyjne nastawienie kapeli niejednokrotnie napytało im biedy natury prawnej i to w przypadkach o wiele bardziej błahych, prozaicznych niż publiczne podarcie Biblii… David razu pewnego  został aresztowany za posiadanie pasa z łuskami po nabojach. Jak wiadomo, to często używany rekwizyt sceniczny wśród metaluchów. Oczywiście pas był bez spłonek i prochu. Gdyby jednak nie postawił się wówczas włoskim karabinierom, bo zajście miało miejsce właśnie we Włoszech, być może do dziś jego stopa nie mogłaby postać na Półwyspie Apenińskim. Vincent podał ich do sądu, a ten nie zostawił suchej nitki na nadgorliwych karabinierach. To jeszcze nic!  Niespełna 20 lat wcześniej zostali aresztowani wszyscy członkowie kapeli, bo w ich busie śmierdziało dymem z kadzideł (sic!), co gliniarze zinterpretowali jako znak jarania jointów. Leżało tam także kilka książek o tematyce okultystycznej. Potem funkcjonariusze zauważyli łuski po pociskach w popielniczkach, a gdy odkryli, że gdzieś na tyłach pojazdu wala się ludzka czaszka, to dostali psiego orgazmu! No i tym sposobem zespół zaliczył kilka dni paki, zanim sąd podjął decyzję co do dalszego losu Aniołków z Florydy. Tymczasem przed jego obliczem musieli stanąć w jednym rzędzie skuci kajdankami Trey, Richard, Pete i David. Nie pamiętam, czy Rzeźnik też trafił do puszki… Ale bardzo możliwe. PS Rzeźnik to pitbull Davida, który często z nimi podróżował. Feralnego dnia o mało nie rozszarpał policyjnego owczarka niemieckiego, który przewąchiwał busa.

Vincent jednak po kilku tłustych latach w Morbid Angel, kiedy to kapel popełnił swe trzy najwybitniejsze albumy,  zrobił sobie przerwę od pracy w zespole. Po wydaniu „Domination” i koncertowego „Entangled In Chaos” dołączył do industrial metalowego bandu Genitorturers, którego liderką i wokalistą była jego żona, Gen. Jego odejście (wraz z Rutanem) wydawało się mieć niewielki wpływ na brzmienie Morbid Angel, kiedy nowy basista / wokalista Steve Tucker dołączył do składu, udzielając się  na kolejnych albumach: „Formulas Fatal To The Flesh” (1997), „Gateways To Annihilation” (2000) i „Heretic” (2003). „FFF” okazał się, moim skromnym zdaniem, znacznie lepszym i szalonym albumem niż jego studyjny poprzednik. Gitarzysta Erik Rutan powrócił do składu „Heretic”, ale odszedł ponownie przed jego wydaniem. Jared Anderson (ur. 1976, zm. 14 października 2006) zastępował Tuckera między albumami, zanim ten ostatni odszedł na dobre w 2004. David Vincent powrócił wtedy jako tymczasowy zastępca, ale jakoś tak się sprawy potoczyły, że zasiedział się w zespole na kolejnych jedenaście lat.

Wróćmy jednak do przyczyn odejścia Vincenta z Morbid Angel w 1996 roku. Okazuje się, że nie nie miało aż tak wiele wspólnego z zespołem, jak można by przypuszczać. Raczej z nim samym – z jego przerośniętym ego, arogancją, pyszałkowatością. Poczuciem bycia na szczycie, ponad którym nie ma już nic do zdobycia. Po latach przyznał wprost, że w okolicach „Covenant” nieźle mu odwalało, a on sam z perspektywy kilkudziesięciu lat postrzega siebie z tamtego okresu jako WIELKIEGO DUPKA. David uznał, że musi w swym życiu poprawić kilka rzeczy. Wyznał, że przeżywał kryzys i nie przyjaźnił się z… facetem w lustrze. Przykładowo, potrafił w trakcie tourné, w hotelu wyrzucić na korytarz tacę z jedzeniem, jeśli uznał, że jest ono niewystarczająco smaczne albo niestarannie podane. Gwiazdor, jako żywo! Notorycznie bywał złośliwy i chamski. Nie zapominajmy, że Trey również w tamtym czasie cierpiał na chorobliwy – nomen omen – przerost ego, możemy więc sobie wyobrazić, że między panami dochodziło do częstych spięć. David jednak dyplomatycznie opuszcza na to zasłonę milczenia. Któregoś dnia, po festiwalu Graspop Metal Meating wycofał się ze wszystkiego, co miało związek z zespołem. Spędził dużo czasu samotnie w górach przez kilka miesięcy, rozmyślając. To było przebudzenie. Stawił czoła swym demonom, głównie agresji, którą celowo pielęgnował, aby dać upust furii podczas koncertów. Zafundował sobie wieloletnią terapię, polegającą np. na jeżdżeniu taksówką, co było, jak można się domyślić ciekawą przygodą i na… promowaniu wrestlerów.

Przyznał, że przed opuszczeniem Morbidów sporo imprezował, przespał się z tabunem kobiet i przetestował na sobie wiele różnych narkotyków, ale na szczęście z żadnym z nich nie zaprzyjaźnił się. Wyzwania, przed którymi stają ludzie sceny, są realne niekiedy ogromne. Niektórzy dobrze sobie z nimi radzą, inni nie. David nie mógł powiedzieć tego samego o mnóstwie jego przyjaciół, którzy pozwolili na to, by problemy pokonały ich, jak na przykład Jareda Andersona czy Richarda Brunelle’a.  Niektórzy ludzie znajdują Boga. Vincenta to nie interesowało… Zawsze uważał, że Bóg tkwi w każdym z nas i tylko  w nas. „Jesteś Bogiem – uświadom to sobie!”

Kilka lat później w „Pit Magazine” pojawił się na okładce David Vincent i Glen Benton. Ten ostatni zaprotestował, że został umieszczony na obwolucie ze… „znanym homoseksualistą”, co było aluzją do wizerunku tego pierwszego kreowanego w Genitortures. 😀 Co prawda Deicide i Morbid Angel wyruszyli w trasę koncertową w 2001 roku, ale jak wiemy Vincent był od 5 lat poza zespołem, więc do niesnasek na tle, hmm, orientacji seksualnych, nie dochodziło. „Heretic” był podobno najmniej sprzedającym się albumem zespołu od 1989 roku. Był nagrywany w DOW Studio w Seffner na Florydzie. Heretic to także wczesna nazwa zespołu. Taka kolejna ciekawostka. Grupa opuściła Earache, odbywając trasy z Despised Icon, Behemoth, Krisiun w 2006 roku. Na tym etapie nieco pozbawiony animuszu band zapadł w stan hibernacji, aż do podpisania kontraktu z francuską wytwórnią Season Of Mist, która podpisała również kontrakt z… Genitorturers. Stąd ta przydługawa relacja historii Morbid Angel z ery około „Heretyckiej”, bo tak to się jakoś klamerką czasową spina. 😉

Cofnijmy się do tego przedostatniego zespołu, bo to całkiem pocieszne komando było, jest… Przypomnijmy, Genitortures był od początku dowodzony przez Jennifer „Gen” Zimmerman. Niesławny z powodu swojego wizerunku bondage / S&M, inspirowany industrialem alternatywny zespół rockowy, cieszył się pozycją kultową w undergroundzie i był szczególnie popularny w społeczności fetyszowej. Pierwotnie   podczepiany był do gatunku hardcore. Ich pierwsze skromne występy odnotowano na początku lat ‘90. Wówczas z innymi zespołami z Florydy usilnie starali się zdobyć serca tamtejszej zbuntowanej młodzieży. Gen i spółka mieli zaszczyt wystąpić m.in. u boku stawiającej wówczas pierwsze sceniczne kroki grupy Marilyn Manson & The Spooky Kids. Wspólne przesycone seksem, prowokacją i wygłupami występy obu grup przeszły na Florydzie do historii. Do czasu wydania drugiego albumu „Sin City” w 1998, Genitorturers zyskało godną odnotowania reputację dzięki swoim osobliwym, ekstrawaganckim występom związanym z BDSM, w wyniku czego zespół pojawił się w różnych programach telewizyjnych w USA jako ciekawostka przyrodnicza, w tym VH1, Fox News, Hard Copy, „Real Sex” na HBO i „Sexcetera” w Playboy TV. EP-ka „The Flesh is the Law” zawierała utwór „Lecher Bitch”, który znalazł się również w grze wideo „Vampire: The Masquerade – Bloodlines” z listopada 2004 roku. Wcześniejsze wydawnictwo „Machine Love”, zawierało cover hitu Divinyls „Touch Myself”, wyprodukowanego przez Roba Zombie. W 2004 roku Genitorturers pojawiło się na 12-stronicowej rozkładówce miesięcznika pornograficznego „Hustler”, jedynej wielostronicowej publikacji tegoż magazynu z zespołem rockowym.  „Hustler” opisał Genitorturers jako „najseksowniejszy zespół na świecie”. Żona Vincenta, Gen Torturer, oprócz tego, że jest liderką zespołu, jest też dominą i piercerką  a ich koncerty obejmują właśnie przekłuwanie na scenie, chłostę, często tu wspominany bondage i burleskę z dużą ilością odsłoniętego ciała. Na szczęście Vincent terminując tamże, nigdy nie zdjął ubrania… 😉 Już sama nazwa jest kontrowersyjna – wśród fetyszystów termin „genitorture” odnosi się do sadomasochistycznych czynów dokonywanych na genitaliach człowieka. Gen określiła markiza de Sade jako „mistrza literatury” (David zresztą już we wkładce do „Covenant” także), a koncerty zespołu obejmowały wiele, wiele innych perwersyjnych czynności… Trasy koncertowe po Stanach Zjednoczonych, Europie i Japonii sprawiły, że grupa zyskała rozgłosu i znalazła pokaźną rzeszę fanów, którzy ochrzcili się mianem „Genheads”, co zostało zaprezentowane na DVD „Live in Sin City” w 2007 roku. Nie mniej podkreślić należy, że jeżeli chodzi życie pozamuzyczne Evil D, starał się zachować prywatność. Dzielił to, czym się zajmował na życie publiczne oraz życie prywatne i starał się nie przekraczać granic żadnego z nich. Jeśli nawet na potrzeby kapeli żony zachowywał się jak rasowy fetyszysta, to nie liczcie na to, że kiedykolwiek zamierzał zdradzać tajemnice alkowy.

Opuszczenie Morbid Angel przez Davida było szokiem dla fanów. Wielu z nich nie wyobrażało sobie tej kapeli bez niego jako frontmana. Zaczęły mnożyć się plotki odnośnie kulis odejścia wokalisty, a sam Trey raczył był krótko podsumować tę kwestię: „Odszedł z zespołu, więc jest martwy!” Liczni sympatycy zespołu byli zdezorientowani. Zaczęła krążyć stugębna plotka, że nastąpiło to z powodu tego, iż David był… faszystą, nazistą lub jakimś tego typu podejrzanym typkiem. Czy to prawda? W tamtym czasie szemrano, iż kilku wybitnych członków amerykańskiej sceny death metalowej było członkami National Alliance (neonazistowskiej organizacji). Inni twierdzili, że Dave był po prostu, jak go określano, dupkiem z ideami społecznego darwinizmu, cokolwiek to znaczy. A wszystko przez to, że powiedział coś o ludziach głodujących w afrykańskich krajach, mianowicie że zasługują na swą nędzę, gdyż są słabi. Zatem niegdysiejsi fani zakładali wówczas, iż David był rasistą. Atmosferę podsycał pewien incydent z Kreatorem. Otóż Morbid Angel koncertował z Niemcami (i bodajże z  Immortal) w Europie. Podczas występu Kreatora jakiś skin zaczął salutować w kierunku Mille. Petrozza był znanym anarchistą i antyfaszystą, więc wkurzył się na tego głupka i kazał ochronie go wyrzucić.  David widząc całą akcję, interweniował, mówiąc, że Mille nie ma prawa tak postępować: „W Ameryce nie możemy tego robić… My mamy wolność słowa… Ludzie mogą przychodzić na koncerty niezależnie od ideologii, o ile nie przeszkadzają i nie wszczynają rozrób.” Riposta Vincenta spowodowała, że stosunki między Morbid Angel i Kreator popsuły się. Mille narzekał potem na to w wywiadzie dla jakiegoś niemieckiego magazynu, więc tamtejsza prasa zaczęła doprawiać gębę nazisty Davidowi i tak zaczęły się kontrowersje. Ludzie twierdzili nawet, że Vincent poświęcił Hitlerowi album „Blessed Are The Sick”. Byli też tacy, którzy którzy sugerowali, że tekst do „Dawn of the Angry” (niektórzy wspominali, że czytali wywiad z Treyem w „Kerrang”, w którym podobno powiedział, że oryginalny tytuł brzmiał w tłumaczeniu na polski „Biały palec na spuście”…) i „This Means War” to liryki rasistowskie, o białej supremacji. Oczywiście, nie ma na to żadnego dowodu! Bliżej całej tej akcji był oczywiście Trey, który wówczas powtarzał, że raczej był rozczarowany występem Dave’a na „Domination” i poprosił go o odejście. W wywiadzie na bagnach w programie „Metalla” z Marcusem Kafką jako prowadzącym, z czasów „FFF” wspomniał o tym, że frontman pisał teksty w studiu, niejako na kolanie – nie miał tego samego zaangażowania i pasji, co w przeszłości. Nie było w tych lirykach okultyzmu i starożytnych mitologii, które ich obu inspirowały drzewiej. Cóż, ta wersja wydaje mi się  bardziej prawdopodobna. A sam David Vincent mógł być pomylony z Jasonem Blachowiczem (nie mylić z Williamem Josephem „B.J.” Blazkowiczem!), którego ongiś wykopał z kapeli Phil Fasciana za występ na koncertach Malevolent Creation w koszulce Ku Klux Klanu… Nevermind. Nie sądzę też, żeby chodziło o pieniądze, ponieważ David zaangażował się w coś o wiele mniej dochodowego finansowo. Genitorturers wkrótce po jego dokooptowaniu został usunięty przez dużą wytwórnię i nie wydaje mi się, aby album z Vincentem w ogóle miał szanse znaleźć się na listach przebojów. Tymczasem Morbid Angel wciąż byli na Earache, a ich trasy koncertowe w USA  były całkiem udane – nadal grali w wielu zacnych miejscach i wypełniali hale po brzegi. Dlaczego więc frontman Morbid Angel odszedł? Uważam, że główną przyczyną była utrata przekonania do występów w tym zespole, osobiste problemy emocjonalne, zaangażowanie w związek uczuciowy z ciekawą i silną osobowością, jak jest Jennifer. Do tego dochodzi rozłam artystyczny między nim a Treyem i chyba przede wszystkim  chęć spróbowania czegoś nowego, innego – koncertowania w egzotycznych, czyli gotyckich, klubach z ekscentryczną partnerką, w otoczeniu skąpo odzianych niewiast i żądza czynienia rzeczy zakazanych… Aha! Swego czasu  śmigał też wywiad z Barneyem z Napalm Death, który stwierdził, że lubi i szanuje Morbid, odkąd usłyszał ich po raz pierwszy, ale David Vincent, którego znał wcześniej, nigdy taki nie był i zmienił się w „szalonego, pieprzonego nazistę!” Cóż, Barney jako zdeklarowany i zagorzały lewicowiec, zahaczający wręcz o poglądy komunistyczne, zdaje się być tu mało wiarygodnym i mało obiektywnym komentatorem…

fot. Alexandro Cardoso

Pozostając w świecie erotyki… Wiedzieliście, że David zadebiutował jako aktor w filmie „The Vanessa Del Rio Film Project”? Co wzbudziło jego zainteresowanie się tym projektem? Chyba odpowiedzią są wcześniejsze moje akapity. Vincent lubi wyzwania i różne rodzaje ekspresji. Ten konkretny projekt filmowy to jego zdaniem wspaniała historia, rzecz typowo amerykańska. To  biografia  Vanessy, słynnej gwiazdy porno, która po zakończeniu kariery zajęła się pracą w przemyśle erotycznym w roli m.in. prezenterki gal nagród porno. Pojawiła się także w wielu epizodach seriali telewizyjnych, w tym „Nowojorscy gliniarze” (1996) czy „Z muzyką soul” („Soul Men” z 2008 roku) z Samuelem L. Jacksonem. To opowieść z czasów, gdy rynek rozrywki dla dorosłych kontrolowała mafia. Ta historia jest naprawdę interesująca i nie jest to pornografia, jak można by przypuszczać. Nie ma to nic wspólnego z tym, że główna bohaterka rzeczywiście została znaną jako gwiazda filmów dla dorosłych. To tak, jakby „Taksówkarz” spotykał „Boogie Nights”. David przyznawał jednocześnie i to dość często, że jest fanem oldschoolowych horrorów. Lubi dużo rzeczy od takich klasyków jak Lucio Fulci i Dario Argento. Hammeromaniacy będą wniebowzięci! Jest też pewien hiszpański reżyser, którego lubi – Jesus „Jess” Franco. Ciekawa postać! Vincent ma całkiem pokaźną kolekcję materiałów, które zbierał przez lata. Jest nieco staroświecki i… nadal kupuje płyty czy filmy. Ma bowiem świadomość, że jeśli tego nie zrobi, to zespół lub artysta mogą nie nagrać kolejnej płyty lub nie nakręcić nowego filmu… No raczej wie, co mówi. 😉

Jak już wspominałam, David po wieloletniej przygodzie z Genitortures, dość niespodziewanie powrócił na łono macierzystej kapeli w roku pańskim 2004. W zasadzie można powiedzieć, że od tamtej chwili miał okres intensywnego koncertowania ze starym zespołem. Znów za mikrofonem i z basem na ramieniu. Co się zmieniło, to S/M image artysty ubranego w lateksowe wdzianka z pentagramem, z kruczoczarną, przystrzyżoną fryzurką na łepetynie i pekaesami, których pozazdrościć by mu mógł Jurek Kiler. Jedni przyjęli to z pogardą, jako spadek po działalności w kapeli Gen, inni przełknęli bez popitki. W 2011 r. ukazał się najbardziej kontrowersyjny album Morbid Angel pt. „Illud Divinum Insanus”, który zawierał elementy industrialne i elektroniczne utopione w tradycyjnym death metalowym brzmieniu. Był to pierwszy studyjny album grupy, na którym pojawił się Vincent od czasów „Domination”. „Eksperyment wykonany, lecz niestety nieudany.” Vincent chciał bardziej tradycyjnego death metalowego albumy, Trey zaś odpłynął w rejony dubstepu. Sielanka nie trwała długo. Kiepski odbiór, kiepskiego – co tu dużo gadać – albumu wpłynął na nieporozumienia wewnątrz zespołu, co do przyszłego kierunku rozwoju. Trey i David, czego nikt nie kwestionuje, dokonali razem mnóstwo niesamowitych rzeczy w ciągu 30 lat, ale tym razem rozstali się chyba na dobre. ​​Morbid Angel ponownie połączył się ze Stevem Tuckerem i zaczął pracować nad materiałem na następny album zespołu. Ale to inna historia.

No i teraz nie uwierzycie… W 2015 po zakończeniu współpracy z Morbid Angel David zajął się solową działalnością artystyczną jako piosenkarz country!!! Tak, tak. Jedni wiedzą, a ci którzy nie interesowali się działalnością Vincenta, mogą być w szoku. Evil D w 2016 roku, połączył siły ze znaną legendą gitary, Dannym B. Harveyem (Headcat, The 69 Cats), aby zadebiutować muzyką teksańską 30 kwietnia w najważniejszym lokalu w Austin w Teksasie, „The White Horse”. Zespół wykonał jeszcze niewydane oryginalne utwory wraz z listą kilku wyjętych spod prawa, jak to mawia Vincent, klasyków country. Już wcześniej dołączył do Harveya na scenie 22 stycznia podczas NAMMJAM 2016 w City National Grove w Anaheim w Kalifornii, aby wykonać covery utworu „Big River” Johnny’ego Casha, ale to był incydent, którego większość fanów metalu nie potraktowała poważnie i tu owa większość się pomyliła. David wydał w końcu swój debiutancki country singiel „Drinkin ‚With The Devil” nakładem Chicken Ranch Records. Jako legendarny głos wyznaczający gatunek ekstremalnego metalu, którego nieskrępowane, buntownicze podejście było wartością samą w sobie w muzycznym świecie od połowy lat 80-tych, wywołał niemałe trzęsienie ziemi w muzycznym światku. Vincent przyznawał, iż zdawał sobie sprawę, że to nie będzie do przyjęcia przez każdego jego fana. Zapewniał jednak, że nadal pozostaje metalowcem i zawsze nim będzie: ”Tak jak powiedziałem wcześniej, rozumiem, dlaczego ludzie mogli unikać mnie lub być zaskoczeni, kiedy pojawiły się teledyski na żywo z Teksasu, ale nadal jestem zagorzałym fanem metalu. Odkąd po raz pierwszy usłyszałem Black Sabbath, gdy miałem sześć lat, mam to we krwi. Nawet gdybym starał się już nie grać lub nie cieszyć metalem, nie sądzę, żeby to było możliwe. Wybrałem tę ścieżkę dla siebie wiele dekad temu i miałem to szczęście, że teraz pozwoliło mi to robić inne rzeczy i nadal być szczęśliwym. Co z tym jest nie tak? Nic. Nie pozwalam tylko jednej rzeczy definiować tego, kim i jaki jestem, i nie sądzę, by ktokolwiek inny też powinien. Nie oznacza to, że nigdy więcej nie zagram w metalu, w żadnym wypadku, ale country to jest miejsce, w którym teraz jest moje serce, więc chcę wydać najlepszy materiał, jaki potrafię, i dobrze się nim bawić. Mamy wiele fajnych rzeczy, które mogą zaskoczyć niektórych ludzi, ale wszystko polega na pisaniu najlepszych piosenek i dobrej zabawie. W tym momencie jestem cholernie szczęśliwy.” Co istotne, piosenki te są solidne w tradycyjnym stylu country lub „outlaw”. Nie ma tu pop-country. Wokal Davida jest niesamowity. Brzmi świetnie, pewnie i dobrze się spisuje. Ci którzy znają go wyłącznie z występów w legendarnym death metalowym zespole, będą zszokowani. Vincent brzmi jak doświadczony artysta country!

To nie jedyny pomysł, w który zaangażował się nasz bohater. Jakiś czas temu potwierdził swój udział w Nero 54/68, nowym projekcie z udziałem gitarzysty Niclasa Engelina (In Flames, Engel) i perkusisty Magnusa „Adde” Andreassona (Hardcore Superstar). Pracował nad tym już od jakiegoś czasu, ponieważ miał go nieco do dyspozycji. Jednak nie ma pewności, jak potoczyły się losy tego trio. Mieli nagrać pełen album, ale chyba nic z tego nie wyszło, bo nie ma jakichkolwiek śladów muzycznych tego przedsięwzięcia. Natomiast w projekcie Headcat zastąpił nieżyjącego  Lemmy’ego Kilmistera. Pozostając konsekwentnym metaluchem, David sformował projekt o nazwie I Am Morbid, który jeździł po świecie, grając kawałki, zgadnijcie czyje… Argumentował, że numery Morbid Angel to jego dzieci. A że rodzice się rozwiedli, nie oznacza, że ​​przestał kochać swoje dzieci. Jakoś tak. Vincent połączył siły z byłym perkusistą Morbid Angel Timem Yeungiem, który opuścił szeregi Anioła (bo Trey nie chciał mu podnieść pensji) i gitarzystami Billem Hudsonem (Circle II Circle, Trans-Siberian Orchestra) oraz Irą Black (Metal Church, Lizzy Borden), aby grać klasyczne utwory macierzystej kapeli z albumów „Altars Of Madness”, „Blessed Are The Sick”, „Covenant”  i „Domination”. Nie spodobało się to Janell Emmanuel, mamie Trey’a Azagthotha, która dała upust swym emocjom na Facebooku. W publicznym poście odnosząc się do nadchodzącego, debiutanckiego koncertu I Am Morbid w São Paulo Janell napisała: “David, co ty do cholery robisz? Ciągle odcinasz kupony od tego, czego dokonał Trey? Powodzenia, jeśli myślisz, że bez żadnych konsekwencji będziesz używał nie tylko muzyki Morbid Angel (nic nie zrobiłeś, wszystko należy do Trey’a, więc zapłacisz za każdą użytą piosenkę), ale też logo, do którego prawa również posiada Trey, to jesteś w błędzie. Twoje nowe logo jest takie samo jak wcześniejsze… Ty jedynie zmieniłeś kolor. Bierz swoją kapelę, a Morbid Angel zostaw w spokoju… Czy proszę o zbyt wiele?” W dalszych komentarzach pani Emmanuel pisała, iż jej syn nic nie wie, o jej internetowej aktywności. Mama Trey’a podsumowała, że nie życzy sobie, aby Vincent kontynuował twórczość Morbid Angel, skoro sam rozstał się z kapelą i już do niej nie należy.

Połajanki chyba odniosły skutek, bo David wkrótce potem zasilił szeregi projektu Flo Mouniera z Cryptopsy i Rune „Blasphemera” Eriksena z Mayhem  o nazwie Vltimas. 29 marca 2019  została wydana debiutancka pełna płyta zatytułowana „Something Wicked Marches In”, która została ciepło przyjęta zarówno przez metalową prasę jak i fanów. Co ciekawe, grupa nie jest kopią Morbid Angel, Cryptopsy ani Mayhem, a jedynie są wyczuwalne dalekie echa twórczości tych trzech kapel, z których najlepiej znani są wymienieni muzycy. Raczej starała się połączyć mroźne skandynawskie riffy z brutalnym mrokiem death metalu. Muzyka była istotnie agresywna, szybka i wymagająca technicznie, ale jednocześnie chwytliwa i epicka. Głębokie pomruki Vincenta tylko sporadycznie przerywano wyraźnym wokalem. Teksty były autorstwa Davida, ale tematyka piosenek została wcześniej przedyskutowana przez wszystkich członków. Liryki traktowały o Imperium Rzymskim i szatańskiej dominacji nad światem. Skąd my to znamy? Inicjatywa powstała w głowie Blasphemera, który miał chętkę na wspólny projekt ekstremalny z Flo, na co szef Seasons Of Mist Michael S. Berberian zaproponował Davida, bo go dobrze znał od czasów jeszcze sprzed „Ilud…”  Eriksen i Vincent planowali razem coś zmajstrować od 2012 roku, ale nie było to możliwe ze względu na zaangażowanie Davida w Morbid Angel i „Blasphemera” w inne projekty. Vincent nagrał jeden z najcięższych albumów w swoich dorobku! Może nawet lepszy niż ostatni album Morbid Angel „Kingdoms Disdained” ponownie ze Stevem Tuckerem na wokalu i z basem na ramieniu. Żeby było jasne, utwory Vltimas niekoniecznie są zaskakujące, ale to są cholernie satysfakcjonujące, wpadające w ucho numery. Sam Mister z Traumy przyznał, że ten album powalił go na kolana, a przecież Pan Misterkiewicz w ciemię bity nigdy nie był i sam tworzy death metal na najwyższym światowym poziomie! Na „Something Wicked Marches In” jest także wątek polski – okładkę zaprojektował Zbigniew M. Bielak. Na tej grafice, jak zawsze od Bielaka, dużo się dzieje. Niektórym szczegółom trzeba naprawdę dobrze się przyjrzeć. W 2019 roku zespół można było zobaczyć na różnych festiwalach, takich jak duński Copenhell, francuski Hellfest, nasz rodzimy Mystic Festival, norweski Tons of Rock czy słynny niemiecki Wacken Open Air. W styczniu i lutym 2020 r. Vltimas odbył europejską trasę koncertową z Abbath i 1349. Plany Vltimas pokrzyżowała pandemia. David przyznał, że jest ciężko. Zarobił mniej pieniędzy w samym 2020 r., niż przez ostatnie czterdzieści lat. Jednocześnie dodaje, że słucha wyłącznie swojego lekarza i nie słucha – a jakże! – polityków, którzy jego zdaniem kłamią odnośnie pandemii i tego się zasadniczo trzyma.

Ale ale, wiedzieliście, że David kocha zwierzęta? Nie no,  bez żadnych podejrzeń o chorobliwe (!) perwersje jakieś. To że był mężem Gen i grał z nią w Genitortures, jeszcze (chyba) o niczym zdrożnym nie świadczy. 😉 Otóż  jest miłośnikiem zwierząt i żyje w otoczeniu licznych ich gatunków. Vincent uważa, że jeśli nie kocha się zwierząt, to nie kocha się i siebie. Coś w tym jest. Sama dorastałam w towarzystwie braci mniejszych i obecnie także opiekuję się kilkoma. Nie wyobrażam sobie własnej egzystencji bez towarzystwa zwierząt. Ale nie o mnie tu mowa.

David ma siedem osłów, osiem koni, pięciu przedstawicieli bydła zwanego Texas Longhorns, jednego ukochanego muła i… bardzo gadatliwego kota. Wszystkie te osobniki żyją sobie na farmie w Teksasie z wolnym wybiegiem na około 1500 akrach, także przemieszczają się swobodnie, kiedy chcą i gdzie chcą – miejsca jest bowiem wystarczająco dużo. Osły zdaniem naszego kowboja są pożytecznymi zwierzakami. Wszyscy myślą, że są uparte, i w pewnym sensie są, ale to tylko dlatego, że są tak sprytne – tłumaczy. Są wedle zapewnień właściciela nieustraszone! Opowiada, iż pilnują dobytku przed kojotami, ponieważ te lubią się kręcić wokół farmy celem skonsumowania przekąski, gdy na świecie pojawiają się cielęta. Są one także dość płodne i przez lata musiał kilka sztuk wymienić celem mieszania genów, ponieważ po prostu wciąż rodziły się masowo ośle dzieci, gdyż dorosłe osobniki były niezwykle zakochane! Widzicie, jaki romantyk? David opowiada, że osiołki są bardzo towarzyskie i nie lubią być same. Natomiast wspomniana rasa Texas Longhorn to odmiana wyróżniająca się bardzo długimi (sięgającymi nawet do 2,5 m długości!), ostrymi rogami. Trzeba bardzo uważać, by zwierzę niechcący nie wbiło takiego rogu człowiekowi, gdyż cios mógłby okazać się śmiertelnym. Vincent wymienia ich imiona: Buster, Ben, Cutter, Cash i Sneaky.  Sneaky jest młodym gostkiem, a swe imię zawdzięcza temu, że jest cichy i lubi się skradać. Przy tym jest niezwykle ciekawski! David miał też klacz, a na ranczo pewnego dnia pojawił się… ogier-reproduktor. Po prostu ranczer chciał mieć championa. Klacz rzeczywiście zaszła w ciążę. W końcu urodziła źrebaka. Nasz pan hodowca denerwował się porodem i patrzył na oboje myśląc: „Coś nie jest w porządku z tym źrebaczkiem”. Wszystkie konie rżały pobudzone, Dave obgryzał paluchy, a potem… dało się usłyszeć dziecinne nawoływanie: „Eee-awe Ee-awe”, dochodzące od malca i wówczas Evil D pomyślał był: „God Bless America!” 🙂 Na ranczu zdarzyła się inna niesamowita historia miłosna. Do jednej z klaczy, nie wiedzieć jakim sposobem, zakradł się zakochany osioł. W ten sposób klacz powiła cudownego muła. Nazywa się Annie i jest na ranczo pupilką. Podobno Annie najbardziej lubi grać w dużą piłkę.

David zawsze kochał naturę, przyrodę, bo kiedy byłem dzieckiem, dołączył do zgrupowania harcerzy, jeździł na obozy. Wiele go to nauczyło. Według niego przebywanie na łonie natury jest rzeczą wprost duchową. Chociaż rolnictwo jest stosunkowo nowym interesem muzyka, jego model biznesowy jest rozsądny, stawiający na jakość a nie ilość, i zarazem humanitarny wobec zwierząt. Tłumaczy to w ten sposób, że symbioza, jaką mamy, egzystując z przyrodą za pan brat, polega na tym, że dajemy i bierzemy. Dopóki istnieje właściwa równowaga tej wymiany, to pozwala mu ona, by dobrze się czuć jako hodowca. Jest wielu ludzi, którzy wybrali wegański styl życia, ponieważ tak jak Vincent są zniesmaczeni tym, jak traktuje się zwierzęta hodowlane. Pamiętacie, jak na wstępie pisałam o tym, że ojciec wpoił Davidowi szacunek dla zwierząt? Teraz to procentuje, jak widać. W domu oddalonym około 1 godziny i 15 minut jazdy od jego rancza mieszka kot Peyton. Siada przy oknie, patrzy na ptaki i wiewiórki i wydaje paplaninę, ponieważ chce je rzekomo zdobyć, ale gdy otworzą się drzwi, biegnie do sypialni jak oparzony. Tjaaa, skąd ja to znam… 😀 Udaje, że chce polować, ale gdy przyjdzie co do czego, ucieka, gdzie pieprz rośnie. Peyton jest bardzo głośny, ciągle gada. Rozmawia nie tylko z domownikami, ale i gośćmi. David śpiewa kotu, kiedy go szczotkuje i wygląda na to, że mu się to podoba. Po prostu poprzez ten śpiew wyczuwa,  że jest jego przyjacielem. Myślę jednak, że śpiewa mu numery w stylu country a nie „Where The Slime Live”. Nasz kowboj jako zapalony kierowca już od lat szczenięcych, i to zarówno samochodowy, jak i motocyklista, uwielbia jeździć konno. Mówi, że to te same emocje, tyle że konie mechaniczne zastąpił siłą mięśni koni żywych.

Jakie są plany naszego człowieka-orkiestry, człowieka renesansu, o wielu jak widać talentach? Oddajmy głos samemu zainteresowanemu: „Jedyne, czego naprawdę pragnę, to mieć wolność bycia sobą. Nie potrzebuję matkowania, niańczenia. Skończyłem z tym, gdy miałem 16 lat a teraz rzecz jasna mam 56. Spora różnica. Nigdy wcześniej nie znalazłem się w sytuacji lockdownu, czyli takiej w której powiedziano by mi, że nie mogę być sobą i nie mogę robić tego, czego chcę, czyli grać. A muzyka to nie tylko praca, to przygoda. Oczywiście oznacza to brak dochodów z grania, ale także ogranicza mnie jako osobę. To prawie tak, jakby odmawiano mi mojej osobowości, poprzez to że nie jestem w stanie występować na deskach. To dość przygnębiające, ale staram się nie skupiać na tym aż tak bardzo, a kiedy czuję teksański upał, wsiadam na motocykl lub jadę na ranczo. To nie rozwiązuje problemu, ale poprawia mi samopoczucie…”

Monika Nowacka

 

FENOMENALNA AUTOBIOGRAFIA DAVIDA VINCENTA „UWOLNIĆ FURIĘ” DOSTĘPNA JEST W PRZEDSPRZEDAŻY TU W CENIE PROMOCYJNEJ 33 ZŁ!

(Łącznie odwiedzin: 420, odwiedzin dzisiaj: 1)