Pewnego dnia w styczniu 1991 roku Jeremy Delle spóźnił się do szkoły. Zdarzało się to już wcześniej a Jeremy nie należał do uczniów mogących szczycić się przesadnym oddaniem misji zdobywania wiedzy. Jego życie nie przebiegało zgodnie z wyznaczonym mu przez społeczeństwo i dorosłych cyklem, a problemy z którymi się borykał powodowały, że szkolna edukacja i związane z nią obowiązki schodziły na dalszy plan. Zresztą szkoła niosła dla niego inne wyzwania: walkę o akceptację i zrozumienie wśród rówieśników, którzy wielokrotnie potwierdzali, że to właśnie dzieci należą do najbardziej bezwzględnych drapieżników stąpających po ziemi.

Jedne zajęcia przepadły, chłopiec musiał teraz w jakiś sposób wytłumaczyć się nauczycielce angielskiego z którą miał najbliższą lekcję. Tego konkretnego dnia udobruchanie profesorki nie wydawało się jednak czymś, co zaprzątało głowę chłopaka. Wszedł więc do klasy, po czym – tak jak się spodziewał – poproszony został przez anglistkę na środek sali. Po twarzach kolegów i koleżanek z klasy ponownie przebiegł, dobrze mu znany, grymas pogardy zmieszany z obojętnością graniczącą z obrzydzeniem. Jeremy nie zdołał nigdy spotkać bratniej duszy, która podzielałaby jego zainteresowania, wspierała go w jego problemach i radościach. Jeremy był sam.

Nie chciał tłumaczyć, czemu się spóźnił. Nie miało to dla niego znaczenia. Został więc wysłany do szkolnej administracji. Do sali wrócił po dłuższej chwili, której nie spędził jednak na „dywaniku” u dyrektora. Do gabinetu zwierzchnika szkoły nigdy nie trafił. Nie taki miał cel wychodząc z klasy. Nauczycielce niezadowolonej przedłużającą się absencją ucznia powiedział: „Proszę Pani, wróciłem z tym po co tak naprawdę poszedłem”, wyjął broń po czym zastrzelił się na oczach znienawidzonych rówieśników. Prosto przed oniemiałymi twarzami swoich dotychczasowych biernych oprawców. Dzieciaki często z niego drwiły, „zaczynali się w niego”, nie dawali mu żyć w spokoju. „Wydawał się takim nieszkodliwym gnojkiem” –  śpiewa E. Vedder – „Ale obudziliśmy lwa. Jak mógłbym zapomnieć o tym dniu”. Tamtego bowiem dnia Jeremy przemówił w klasie i w końcu został wysłuchany.

Eddie Vedder napisał jedne z najbardziej poruszających i przejmujących słów, jakie wydała z siebie niezwykle prężna scena grunge (chociaż kwalifikowanie w ten sposób twórczości Pearl Jam wydaje się odrobinę krzywdzące). Potrafił z zaangażowaniem i szczerością opowiedzieć historię Jeremy’ego – którego przecież nigdy nie poznał a swoje wiadomości opierał na kilku prasowych notkach – ponieważ sam w czasach szkolnych uczestniczył w podobnym zdarzeniu. Wówczas na szczęście nie doszło do tragedii. Chłopiec, którego Vedder wraz z kolegami w typowo szkolny sposób prześladował przyniósł do szkoły broń, ale zamiast strzelać do siebie czy kolegów, dał wyraz swojej frustracji rozwalając w drobny mak klasowe akwarium. „Dobrze pamiętam, jak zaczynaliśmy się w tego chłopaka. Wydawał się takim nieszkodliwym gnojkiem” – ponownie przypominając słowa Veddera – „Ale obudziliśmy lwa. Uderzył mnie zamarkowanym lewym sierpowym. Stałem tam z otwartą ze zdziwienia, obolałą szczęką”. Słowa te odnoszą się do osobistego wspomnienia Veddera i dlatego też niosą ze sobą taki pokład wiarygodności i emocji.

Jeremy był jednak zdesperowany a metoda jaką postanowił rozwiązać swoje problemy okazała się tragiczna. „W domu rysował szczyty gór, a on stał na samym wierzchołku na tle żółtego niczym cytryna słońca, wznosząc ręce w geście zwycięstwa”. Osamotniony, zamknięty w swoim świecie, w którym znaleźć mógł radość i ukojenie, której odmawiała mu szkolna codzienność. „Ułomny król Jeremy rządził swoim światem”. Od tego tragicznego dnia nikt do jego świata nie miał już wstępu.

Kuba Kozłowski

(Łącznie odwiedzin: 682, odwiedzin dzisiaj: 1)