To, że Zappa jest mistrzem parodii i wprawnym, chociaż odwołującym się do mocno zwulgaryzowanego języka, komentatorem społecznym wiadomo nie od dzisiaj. Kto miał okazję wsłuchać się w albumy muzyka, ten wie w jaki sposób Frank buduje swoje poszatkowane, niespójne ale fascynujące uniwersum będące odbiciem w krzywym zwierciadle bolączek i absurdów otaczającej go rzeczywistości. Nie ważne zresztą, czy sięgniemy po albumy nagrane z The Mothers of Invention czy płyty solowe (pomijając jego kilka, bardzo udanych, stricte jazz-rockowych wycieczek, jak np. „The Grand Wazoo”). Frank Zappa zawsze był typem osoby zajmującej w zatłoczonym pomieszczeniu miejsce z tyłu sali. W końcu to właśnie stamtąd rozciąga się najlepszy widok na wszystkie irytujące zachowania stadne pozostałych osób.

Miłośnik Doo Wop, producent, muzyk, zjadliwy krytyk amerykańskiego konsumpcyjnego społeczeństwa, przeciwnik narkotyków, miłośnik chilli con carne i swobód obywatelskich. Jego koncerty były zawsze niepowtarzalne, płyty intrygujące i kontrowersyjne a wąs najsłynniejszy w historii muzyki popularnej. Zappa całą karierę zbudował na własnych warunkach, chociaż pozbawiony złudzeń odnośnie możliwości percepcyjnych odbiorców jego muzyki wprowadzał wiele elementów rockowych, których w gruncie rzeczy nie cenił. Pisał teksty piosenek, których nie zacytowałyby żadne anglojęzyczne media, ponownie bawiąc się konwencją i purytańskimi podwalinami amerykańskiej moralności. Nie miał litości dla polityków, subkultur, konformizmu i częstokroć również dla słuchaczy.

Katalog Franka Zappy to ponad 60 albumów nagranych na przestrzeni trzydziestu z okładem lat kariery scenicznej. Gdyby dodać do tego również płyty pośmiertne, wydane na podstawie zarchiwizowanych przez muzyka kompozycji i występów na żywo należałoby katalog ten poszerzyć jeszcze o kolejne 50 płyt. Dlatego bez wątpienia niełatwo zacząć przygodę z muzyką Franka Zappy. Metoda „zacznij od początku” wcale nie zawsze musi się sprawdzać w przypadku twórcy tak nieoczywistego i niepoddającego się jasnej klasyfikacji.

Frank Vincent Zappa przyszedł na świat 21 grudnia 1940 roku. Zmarł po ciężkiej walce z rakiem prostaty 4 grudnia 1993. Urodził się w Baltimore w stanie Maryland ale ze względu na pracę swojego ojca bardzo często zmieniał miejsce zamieszkania aby ostatecznie osiąść w Kalifornii. W Cucamonga, po zakończeniu edukacji, kupił podupadające studio nagraniowe (jako jedne z niewielu w tamtych czasach posiadało ono pięciościeżkowy rejestrator) przyjmując wszelkie nadarzające się zlecenia. Jedno z takich zleceń, efekt prowokacji lokalnej policji, doprowadziło go do skazania na sześć miesięcy kary pozbawienia wolności. Mianowicie jeden z „tajniaków” namówił Zappę aby ten zarejestrował kasetę z filmem pornograficznym. Zappa zgodził się jedynie na rejestrację dźwięków erotycznych. To właśnie zdarzenie doprowadziło go do konfliktu z prawem i oskarżenia o rozpowszechnianie obscenicznych materiałów, pomimo faktu, że do transakcji z „klientem” nigdy nie doszło. W więzieniu spędził dziesięć dni.

Epizod ten wpłynął głęboko na światopogląd Zappy, który przez całe życie pozostał niezmiennie krytyczny wobec działalności autorytetów religijnych, społecznych czy centrum amerykańskiej władzy. Frank znany będzie ze swojej walki z cenzurą oraz politycznymi i rasowymi uwarunkowaniami ówczesnych Stanów Zjednoczonych a zagadnieniom tym poświęcił wiele utworów. Swoją krytykę zawsze wyrażał w sposób jak najbardziej profesjonalny, poważny i „na zimno” – doskonale argumentując swoje stanowisko.

W roku 1965 Zappa dołącza do zespołu Soul Giants grającego przeróbki rythm and bluesowych standardów. Niemal w mgnieniu oka przekształci go w zarządzany przez siebie twardą ręką The Mothers of Invention. W roku 1966 na rynek trafił fenomenalny a dziwaczny debiut zespołu – „Freak Out”, w roku 1969 fani mogli z kolei cieszyć się drugim, ale zdecydowanie dojrzalszym od „Lumpy Gravy”, albumem solowym Zappy, zatytułowanym „Hot Rats”. Jest to bez wątpienia jedna z najważniejszych płyt w historii dość szeroko pojętego jazz Fusion.

W roku 1971 z kolei nastąpiły dwa bardzo ważne, chociaż niezbyt szczęśliwe wydarzenia w życiu Franka. Najpierw stracił cały sprzęt w pożarze kasyna w Montreaux a tydzień później został bardzo silnie poturbowany przez napastnika. W Anglii w trakcie koncertu zaatakował go uczestnik występu (bo trudno tu napisać: „fan”), który uderzył Zappę i zepchnął ze sceny. Zaowocowało to pęknięciem krtani, uszkodzeniem kręgów szyjnych oraz złamaniem obu nóg („One of my legs is shorter than the other And both my feets too long” śpiewał później w utworze „Dancin’ Fool”). Okres rekonwalescencji Zappa poświęcił na przygotowanie albumów mniej typowych dla jego dyskografii, mających charakter niemal czysto jazzowy, rozpisany na cały big band.

Jeżeli chodzi o pewne ogólniki tyczące się samej twórczości Zappy to bardzo o nie trudno. Scharakteryzowanie w zwięzły sposób twórczości Franka to prawdziwe wyzwanie. Stanowi to zresztą jego największą zaletę. Zappa całą karierę łączył style: doo whop z jazzem i elementami bluesa, wpływy alternatywnej muzyki klasycznej spod znaku Edgara Varèse, Igora Strawińskiego czy Antona Weberna z rockiem. Jego muzyka cechuje się niespotykaną u żadnego innego twórcy różnorodnością, dzięki czemu w katalogu Zappy znajdziemy albumy tak zaawansowane kompozycyjnie jak „Hot Rats”, „The Grand Wazoo” czy „Waka/Jawaka” oraz bardziej rockowo prześmiewcze, niebywale lekkie i ciepłe w odbiorze „Over-Nite Sensation” czy „Apstrophe” i „Sheik Yerbouti”.

Zappa był przeciwnikiem narkotyków, ale dążył do ich pełnej legalizacji. Nie zgadzał się na ingerencje polityków w swobody obywatelskie, walczył z cenzurą. Odnosił się z pogardą do kaznodziei telewizyjnych, polityków czy celebrytów. Należał do najinteligentniejszych, najbardziej asertywnych, pewnych siebie i ironicznych muzyków w historii. Nikt mu nie dorównywał i nadal nie dorównuje w kategorii wyrazistości charakteru. Dysponował ciętym językiem i umiejętnością jasnego argumentowania wyznawanych przez siebie zasad. Wymagał olbrzymich umiejętności muzycznych od swoich współpracowników oraz nieograniczonych wręcz zdolności improwizacyjnych. Dzięki temu zespół Zappy, regularnie się zresztą zmieniający, stał się prawdziwą wylęgarnią talentów, z której muzycy trafiali do mainstreamowego świata rocka.

Jak sam mówił, nigdy nie był muzykiem rockowym, nie utożsamiał się również z progresywem, który jego zdaniem nie miał wiele wspólnego z „postępem” muzycznym. Pamiętam doskonały wywiad dla MTV, przebiegający w bardzo typowy dla niego sposób, w którym zapytany o to, czy Yes, King Crimson, Jethro Tull, Genesis, ELP grają muzykę progresywną, odparł: „czasami”.  Zdarzało mu się nagrywać płyty jazz rockowe, ale nie miał przesadnie wysokiego mniemania o wielu spośród jazzmanów. Twierdził, że umie zagrać na gitarze jedynie to, czego wcześniej się nauczy, co nie przeszkadzało mu wypracować jednego z najbardziej rozpoznawalnych stylów gry, cechującego się rozwlekłymi i intrygującymi solówkami. Twierdził, że nie ma przyjaciół a jedynie pracowników – a jednak potrafił wydobyć to, co najlepsze od wielu wybitnych muzyków, którzy z nim współpracowali. Jeżeli grałeś z Zappą, nic już nie mogło cię zaskoczyć na scenie. To u Zappy szlify zdobywali Terry Bozzio (perkusja – później współpracownik Johna Wettona, UK, Duran Duran, Jeffa Becka, Korn), Ansley Dunbar (perkusja – Lou Reed, David Bowie, Sammy Hagar, John Mayall & The Bluesbreakers), Steve Vai (gitara – David Lee Roth Band, Whitesnake, Alcatrazz), Andrew Belew (gitara – King Crimson), Eddie Jobson (klawisze – UK, Jethro Tull, Roxy Music, Curved Air) i wielu, wielu innych.

Zapewne jednak nikogo z Państwa, czytelników fantastycznej autobiografii Franka Zappy,  nie trzeba przekonywać o jego wyjątkowej pozycji i roli, jaką odegrał w kształtowaniu amerykańskiej sceny muzycznej. Ba, nawet Black Sabbath, a więc stylistycznie przedstawiciele zupełnie innego świata muzycznego, podchodzili do jego twórczości z wielkim szacunkiem. W dużej mierze dlatego, że powszechnie (i słusznie) uchodził za wizjonera. Nie sądzę, aby Ozzy (w którego autobiografii znajdziemy parę bałamutnych informacji o wspólnych spotkaniach z Zappą) przesadnie rozumiał muzykę Franka. Na pewno jednak szanował i odrobinę bał się go ze względu na niezwykłą inteligencję i cięty język Zappy.

Ponownie uciekając się do, czasami nieodzownych, uogólnień, to właśnie Zappa stanowił, moim zdaniem, najinteligentniejszego twórcę w historii muzyki popularnej. Zresztą od czasu jego śmierci nie urodził się jeszcze muzyk, który z równą asertywnością, wiedzą i charyzmą mógłby rozprawiać na wszelkie tematy – od zagadnień konstytucyjnych i cenzurowanie muzyki po wzajemne relacje między rockmanami a groupies. Wielu próbowało, a jednak tylko Frank robił to w sposób wiarygodny i niepozbawiony swady. Inteligencja Zappy przebija nie tylko z komponowanych, przesiąkniętych jazzem i artystycznym szaleństwem, utworów zapełniających dziesiątki nagranych przez niego albumów. Inteligencja ta przejawiała się również w abstrakcyjnych, prześmiewczych, czasami niemal wulgarnych tekstach, których forma pozwalała unikać patosu, samopobłażania i banału często wkradającego się do muzyki innych twórców. Nie ma również żadnego muzyka, którego wywiady oglądałoby się z większą przyjemnością niż te, których udzielił Zappa na przestrzeni wielu lat spędzonych na scenie – chociaż bynajmniej nie był rozmówcą wyrozumiałym czy otwartym. Czasami aż trudno jest patrzeć, gdy dziennikarz traci grunt pod nogami pod spojrzeniem Franka w milczeniu czekającego na kolejne pytanie.

Gdyby kiedyś wpadł do mojego domu szalony naukowiec, krzyknął, że muszę natychmiast wybrać jedną postać z historii muzyki a on przetransportuje mnie do niego na kilka tygodni to nie musiałbym się zastanawiać. Dla Franka nie ma alternatywy.

Pamiętam, jak będąc nastoletnim dzieciakiem po raz pierwszy wczytywałem się w biografię Zappy. Pamiętam też, w jaki sposób książka ta sprawiała mi radość. Nie wynikała ona tylko z samej lektury. Brała się za to z faktu, że mogłem odrobinę bliżej poznać osobowość naprawdę nietuzinkową, przepełnioną charyzmą. Od „Freak Out” poczynając poprzez „Absolutely Free”, „Hot Rats”, „Chunga’s Revenge”, „Over-Nite Sensation”, „Apostrophe”, „Joe’s Garage” po „Ship Arriving Too Late to Save a Drowning Witch” i wszystko co pomiędzy oraz to, co Frank nagrał później. Są to albumy genialne, porywające i sycące. Chyba właśnie „sycące” jest słowem najlepiej oddającym meritum tej muzyki. U Franka Zappy każdy album jest absolutnie inny od poprzedniego a równocześnie przepełnia go niemal identyczny duch twórczy. Szaleństwo i ironia, inteligencja i kompletny brak poszanowania dla szablonów muzycznych. W jaki sposób Zappa był w stanie ze swojej podziemnej, dziwacznej i nietypowej twórczości zrobić sposób na życie? Nie mam pojęcia… A jednak znalazł tylu oddanych fanów, że do dnia dzisiejszego jego albumy sprzedają się w ilościach, na które ich wymagająca zawartość muzyczna nigdy by nie wskazywała. Co więcej, bardzo rzadko wracają na „wtórny rynek”. Gdy już kupisz płytę Franka – nie będziesz chciał się jej pozbyć. Rozpoczynając pisanie tego tekstu planowałem w zasadzie ograniczyć się do kilku słów o autobiografii o Franka – książce, którą z czystym sumieniem zaliczyć mogę do najwybitniejszych pozycji, jakie kiedykolwiek wyszły spod palców muzyków. Zastanawiam się jednak, czy to ma sens – Państwo wiedzą przecież z jak nietuzinkową pozycją mają do czynienia. Inaczej nie czytaliby Państwo tego wstępu.

Nie wiem nawet, czy na miejscu byłoby zachęcanie do zabawy z twórczością Franka – i to w sposób wyrwany z kontekstu. Proponuję inną drogę – proszę przeczytać książkę posiłkując się albumami wzmiankowanymi w tekście autobiografii. Trudno mi w tym momencie wyobrazić sobie większą przyjemność od zanurzenia się po raz pierwszy w świecie Franka Zappy i chłonięcia dźwięków jego płyt i wspomnień zawartych na kartach książki.

Na koniec dodam tylko, że gdybym miał wybrać dyskografię jednego twórcy, którą mógłbym zabrać ze sobą na bezludną wyspę, to byłby to właśnie Frank Zappa. Dlaczego? Przy natłoku wykorzystywanych gatunków muzycznych (i jazz i rock, i muzyka klasyczna. Odrobina bluesa, sporo progresywu, muzyki atonalnej), pomysłów, szaleńczych aranżacji, zmian tempa żadna płyta Zappy nie ma prawa się znudzić. No, i jest ich grubo ponad setka.

Jakub Kozłowski: Entuzjasta muzyki hard rockowej, progresywnej, metalowej oraz klasycznego southern rocka. W zasadzie entuzjasta rocka i heavy metalu wszelkich odmian. Były dziennikarz Lizard Magazyn, twórca i redaktor naczelny strony Muzyka z Bocznej Ulicy, dziennikarz Radia Poznań, tłumacz takich pozycji jak „W bocznej ulicy. Historia muzyki niegranej”, „Prawdziwy Frank Zappa”, „Ryk Bestii” czy „Dla dobra metalu”. W jego tłumaczeniu ukaże się również autobiografia Davida Vincenta i oficjalna biografia Paradise Lost. Nałogowy nabywca płyt wszelakich.

(Łącznie odwiedzin: 996, odwiedzin dzisiaj: 1)