Rainbow – Tęcza- to brzmi… dziwnie. Szczególnie jako nazwa dla hard rockowego zespołu, który od samego początku istnienia pokazywał czym tak naprawdę są dobre, emocjonujące utwory rockowe. Trudno dociekać, czy to właśnie odrobinę zbyt delikatny w wymowie szyld – odwołujący się bądź to do legendarnego klubu Rainbow w Hollywood bądź do palety muzycznych barw, które odnaleźć można było w twórczości Ritchiego Blackmore’a – spowodował, że zespół nigdy nie zdołał w pełni wymościć sobie miejsca na podium przynależnym zespołom legendarnym. A na takie miejsce bez wątpienia zasługiwał. Nie ze względu na swoją przynależność do szerokiej „rodziny” zespołu Deep Purple i nie ze względu na wcześniejsze dokonania i zasługi Blackmore. Na miejsce w panteonie największych rockowych gigantów zasługiwał chociażby ze względu na drugą w dyskografii „Tęczy” płytę „Rising”, która bez najmniejszej wątpliwości należy do albumów kompletnych. Takich, których zdjęcie znajduje się w encyklopediach pod nazwą „album rockowy”, będących kwintesencją stylu na którym wszyscy tworzący „Rising” muzycy zjedli w kolejnych latach swoje zęby.
A stworzył ją nie byle kto. W odróżnieniu od pierwszej płyty zespołu noszącego wówczas jeszcze nazwę „Ritchie’s Blackomre Rainbow”, kiedy to do dominującego gitarzysty dokooptowany został po prostu zespół akompaniujący w postaci niemal całej formacji ELF w przypadku „Rising” na wezwanie gitarzysty pojawili się w studiu prawdziwi wirtuozi. Po pierwsze, genialny, charakterny perkusista Cozy Powell znany z obecnie już odrobinę zapomnianego, doskonałego hard rockowego projektu Bedlam oraz zespołu Jeffa Becka. Na basie Jimmy Bain – jedyny debiutant w zespole – wunderkind zaproszony do formacji po tym, jak w trakcie występu w klubie The Marquee zespołu Harlot Blackomore nie mógł oderwać wzroku od wyczynów basisty. Na klawiszach Tony Carey, podkupiony prosto z zespołu Blessings, który w studiu znajdującym sie obok miejsca, gdzie Ritchie przeprowadzał przesłuchania, nagrywał swój debiutancki album. Na koniec okrzepły już na scenie, dysponujący fenomenalnym wokalem i nieskończoną pewnością siebie Ronnie James Dio – muzyk, który pracował z gitarzystą również przy debiucie zespołu Rainbow.
Współpraca tych mocno zróżnicowanych osobowości, tworzących pod okiem producenta Martina Bircha, zaowocowała płytą –najkrócej to ujmując- znakomitą. Pomimo sukcesu osiągniętego już w momencie premiery „Rising” (11 miejsce na UK Album Charts i 48 na Billboard Pop Albums) oraz rosnącego kultowego statusu w latach kolejnych, Rainbow nadal dla wielu pozostaje zespołem tkwiącym głęboko w cieniu Deep Purple. Jest to błąd. Deep Purple będący w wielu aspektach pionierami hard rocka, wprzęgającym w swoje niebanalne kompozycje elementy muzyki klasycznej, nie nagrali bowiem chyba płyty, która od samego początku aż do ostatniej nuty trzymałaby tak równy poziom, co „Rising”. Można spierać się o to, która formacja lepiej uchwyciła ducha hard rocka, można kierować się własnym gustem stawiając jedną formację ponad drugą ale nie można nie doceniać olbrzymiej roli Rainbow dla historii rocka. Nie wypada również odbierać jej prawa do samodzielnego bytu, traktowanego w oderwaniu od dokonań Purpli. Byłoby to po prostu nieuczciwe dla muzyków.

Wielu spośród artystów wskazuje „Rising” jako jeden z najważniejszych albumów w historii muzyki popularnej, by wymienić tylko Roba Halforda, Larsa Urlicha, Snowy Shawa czy Michaela Akerfelda. Brytyjski magazyn Kerrang! posunął się nawet do uznania „Rising” za najwspanialszy heavy metalowy album w historii. Ba, nawet krytyczny Rolling Stone umieścił „Rising” na 48 miejscu najważniejszych płyt wśród cięższych odmian rocka. Pomimo licznych słów uznania, płynących ze strony osób, które swoją własną twórczością udowodniły, że na muzyce się niewątpliwie znają, Rainbow nadal pozostaje jednym z najmniej docenianych, klasycznych formacji hard rockowych, tworzących w latach największego rozwoju stylistyki. Wielu znanych mi fanów rocka, potrafiących długo rozprawiać o albumach Led Zeppelin, Black Sabbath, Uriah Heep czy nawet Whitesnake wzrusza ramionami na wspomnienie o Rainbow. Zawsze mnie to dziwiło a konstatacja, że Rainbow to, cytat: „popłuczyny po Deep Purple” powoduje, że zaczynam rwać włosy z głowy. O ile bowiem nie każda płyta zespołu zasługuje na równe zainteresowanie, to nieznajomość „Rising” – a do tego często sprowadza się negatywne ustosunkowanie malkontentów – właściwie powinno kończyć rozmowę. Nie można nie znać „Rising” i nie jest to kwestia gustu czy wyboru. To jest kwestia znajomości żelaznego kanonu.

 

Jak wiele spośród innych genialnych albumów w historii rocka, proces nagrywania „Rising” był raczej krótki i intensywny. Zespół nie spędził na pracach studyjnych więcej niż miesiąc. Na miejsce nagrań wybrano Monachium (przy „Stargazer” skorzystano również z usług orkiestry lokalnej filharmonii) a konsoletę powierzono doświadczonemu, potrafiącemu wydobyć z utworów prawdziwą siłę Martinowi Birchowi. Krótki czas spędzony na dopieszczaniu kompozycji, nowy skład, dzięki któremu uniknięto jakichkolwiek objawów rutyny, zaowocował albumem z którego aż wylewa się spontaniczna energia wspólnego tworzenia. Muzycy znajdowali się na etapie w którym chciało im się jeszcze zaimponować kolegom. Każdy instrument brzmi tak, jak gdyby jego właściciel nigdy więcej nie miał już nagrać kolejnych albumów. Płyta „Rising” nie jest produktem, ani przemyślanym w najdrobniejszym szczególe projektem kilku inżynierów. Jest to album, który poprzez swoją spontaniczność, w stu procentach ucieleśnia żywiołowego ducha muzyki rockowej. Na dodatek ta arcy-heavy metalowa, przepiękna okładka…
Płyta trwa zaledwie nieco ponad trzydzieści trzy minuty, dzięki czemu niemal automatycznie uruchamiamy krążek ponownie, zanim jeszcze do końca wybrzmią ostatnie takty „A Light in The Black”. Zawsze byłem zwolennikiem płyt skondensowanych, krótkich, mięsistych a „Rising” stanowi ideał, do którego porównuje inne rockowe krążki. Natłok doskonałych melodii jest tu wręcz obezwładniający. Poczynając od doskonale wprowadzającego w świat Rainbow utworu „Tarot Woman” poprzez prostszy, ale nadspodziewanie wciągający „Run With the Wolf”, „Starstruck” i odrobinę mniej intrygujący, „Do You Close Your Eyes”. Następny w kolejce, magiczny, fenomenalny „Stargazer” to już absolutna profesura i wyznacznik stylu Rainbow, do którego zespół niestety nie zbliżył się już na kolejnych albumach. Płytę kończy „A Light In The Black” będący niejako dalszą częścią „Stargazera”. Co ciekawe, na albumie w trakcie którego odsłuchu możesz nie zdążyć zaparzyć zielonej herbaty dwie najważniejsze kompozycje przekraczają granicę ośmiu minut. Ryzykowne rozwiązanie, biorąc pod uwagę kwestie komercyjne, które jednak nadają płycie wyjątkowego charakteru. Oba, a w szczególności „Stargazer” należą do absolutnych arcydzieł muzyki rozrywkowej XX wieku. Dały równocześnie początek stylowi, który można nazwać „rycerskim hard rockiem” skupiającym się w swojej warstwie lirycznej na smokach, rycerzach, tajemniczych baśniowych krainach i fantastyce. W późniejszych latach Dio stanie się jednym z najgorliwszych „wyznawców” tego właśnie kierunku twórczego.
Kuba Kozłowski, Ocena: 5
1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

 

(Łącznie odwiedzin: 141, odwiedzin dzisiaj: 1)