Dzisiaj chciałbym Państwu zaprezentować jeden z najbardziej szalonych utworów Franka Zappy. Kompozycję, która w sposób niemal perfekcyjny oddaje ducha trzecioligowych horrorów kręconych w Hollywood lat czterdziestych i piędździesiątcyh. Filmów, na których Zappa się wychował. Jak sam wspominał,  nakręcenie horroru tak złego, że staje się genialny, nie ma nic wspólnego z budżetem, chociaż jego nie posiadanie zdecydowanie pomaga. Aby nakręcić doskonale zły film klasy C potrzebny jest konkretny stan umysłu, specyficzny wgląd w najbardziej podstawowe zapatrywania osób, które podobną kinematografię śledzą i doceniają. Film to produkt, rozrywka a ta trafia do konkretnego odbiorcy. Podobnie jak film jest produktem tak samo może nim być muzyka. Zresztą Frank regularnie używał właśnie podobnego merkantylnego słownictwa w stosunku do własnej twórczości, wprawiając w zakłopotanie co bardziej egzaltowanych fanów. Utwór „Cheepnis” jest właśnie tego typu rozrywką, która korzystając z prostych środków wyrazu (pokrzykiwania, przyspieszenia, mówione interludia, nietypowe dźwięki) miała wywołać uśmiech. Oczywiście będąc równocześnie, jak to u Zappy, przemyślaną szyderą z przemysłu filmowego i jego twórców, którzy dostarczając produkt o znikomych wartościach artystycznych nie byli w stanie przyjąć, że ich dzieło odbiega daleko od przyjętych standardów. Tym samym tracili możliwość docenienia, że właśnie w tym tkwi ich piękno.  Zappa ten właśnie aspekt postanowił uwypuklić, przedstawiając „Furnobulaxa” potwora opisanego w utworze jako bardzo dużego pudla. Pudle powracają zresztą regularnie u Zappy stając się elementem jego „kontinuum konceptualnego”. Wersja której wysłuchamy pochodzi z legendarnego albumu koncertowego „Roxy and Elswhere”.

 

Miłośnik Doo Wop, producent, muzyk, zjadliwy krytyk amerykańskiego konsumpcyjnego społeczeństwa, przeciwnik narkotyków, miłośnik chilli con carne i swobód obywatelskich. Kompozytor, genialny gitarzysta, twardy charakter i band leader wymagający absolutnego posłuszeństwa muzyków oraz nieograniczonych umiejętności improwizatorskich. Frank Zappa niejako wbrew sobie wdarł się do głównego nurtu sceny muzycznej lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, co osiągnął nie chodząc na żadne kompromisy. Jego koncerty były zawsze niepowtarzalne, płyty intrygujące i kontrowersyjne a wąs najsłynniejszy w historii muzyki popularnej. Zappa całą karierę zbudował na własnych warunkach, chociaż pozbawiony złudzeń odnośnie możliwości percepcyjnych odbiorców jego muzyki wprowadzał wiele elementów rockowych, którymi w gruncie rzeczy gardził. Pisał teksty piosenek, których nie zacytowałyby żadne anglojęzyczne media, ponownie bawiąc się konwencją i purytańskimi podwalinami amerykańskiej moralności. Nie miał litości dla polityków, subkultur, konformizmu i częstokroć również dla słuchaczy, których uważał za bezrefleksyjnych nabywców produktu, jaki im dostarczał.

Jak sam mówił, nigdy nie był muzykiem rockowym, nie utożsamiał się również z progresywem, który jego zdaniem nie miał wiele wspólnego z „postępem” muzycznym. Zdarzało mu się nagrywać płyty jazz rockowe, ale nie miał przesadnie wysokiego mniemania o wielu spośród jazzmanów.  Twierdził, że umie zagrać na gitarze jedynie to, czego wcześniej się nauczy, co nie przeszkadzało mu wypracować jedego z najbardziej rozpoznawalnych stylów gry, cechującego się rozwlekłymi i intrygującymi solówkami.  Twierdził, że nie ma przyjaciół a jedynie pracowników a jednak potrafił wydobyć to, co najlepsze od wielu wybitnych muzyków, którzy z nim współpracowali, a grali dla Zappy chociażby George Duke, Terry Bozzio, Steve Vai, Vinnie Colauita, Adrian Belew czy Eddie Jobson. Co jednak najdziwniejsze, mało kto zdaje się słuchać jego albumy, ale wszyscy znają Zappę. W ramach zainicjowanej właśnie serii postaram się przedstawić Państwu piętnaście utworów Franka Zappy, które bez wątpienia warto poznać. Jest to jednak oczywiście wybór subiektywny i absolutnie nie chronologiczny.

(Łącznie odwiedzin: 150, odwiedzin dzisiaj: 3)