Jeden z najważniejszych albumów w dorobku Zappy „One Size Fits All” może pochwalić się prawdziwie jazz rockowym duchem, mającym swoje źródło w najlepszym zestawieniu muzyków, jakim dysponował Zappa w całej swojej historii. W nagraniu albumu, jak i legendarnych koncertach w klubie Roxy udział brali George Duke, finezyjny jazzowy pianista, genialna Ruth Underwood grająca na instrumentach perkusyjnych, saksofonista Napoleon Brock czy więcej niż kompetentna sekcja rytmiczna Chestera Thompsona i Toma Fowlera. Album otwiera monumentalny, chociaż nie do końca poważny tematycznie „Inca Roads” odnoszący się do kontaktów Inków z obcymi rasami.

O ile pierwsze wersy zdają się do pewnego stopnia na poważnie zajmować się zagadnieniem związków Inków z kosmosem, to wraz z rozwojem utworu tematyka ta staje się coraz bardziej bełkotliwa, poprzecinana niezwiązanymi z tematem wtrąceniami poszczególnych muzyków by w abstrakcyjny sposób zacząć odnosić się do sytuacji wewnątrz zespołu, przekształca się w zrozumiałe w zasadzie tylko dla członków formacji żarty. W jednym miejscu pojawi się napomknięcie o zauroczeniu Ruth Underwood, jakie wykazywał w trakcie pracy dla Zappy Chester Thompson a to w innym pojawiają się okrzyki o królowej Guaqamole. „Inca Roads” jest również do pewnego stopnia szyderą z wzniosłych tematów i duchowych zapatrywań formacji tworzących w duchu rocka progresywnego, i wydaje mi się, że niemała ilość prztyczków w noc kierowana jest w stronę formacji Yes. Warto posłuchać wersji utworu z legendarnego koncertu w Helsinkach zarejestrowanego na potrzeby drugiej części serii „You Can’t Do That On Stage Anymore”.

W pierwszych miesiącach 2020 na rynku ukaże się nowa wersja legendarnej autobiografii Zappy – nowa okładka, nowe tłumaczenie przygotowane przy współpracy z Frank Zappa Trust.

Miłośnik Doo Wop, producent, muzyk, zjadliwy krytyk amerykańskiego konsumpcyjnego społeczeństwa, przeciwnik narkotyków, miłośnik chilli con carne i swobód obywatelskich. Kompozytor, genialny gitarzysta, twardy charakter i band leader wymagający absolutnego posłuszeństwa muzyków oraz nieograniczonych umiejętności improwizatorskich. Frank Zappa niejako wbrew sobie wdarł się do głównego nurtu sceny muzycznej lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, co osiągnął nie chodząc na żadne kompromisy. Jego koncerty były zawsze niepowtarzalne, płyty intrygujące i kontrowersyjne a wąs najsłynniejszy w historii muzyki popularnej. Zappa całą karierę zbudował na własnych warunkach, chociaż pozbawiony złudzeń odnośnie możliwości percepcyjnych odbiorców jego muzyki wprowadzał wiele elementów rockowych, którymi w gruncie rzeczy gardził. Pisał teksty piosenek, których nie zacytowałyby żadne anglojęzyczne media, ponownie bawiąc się konwencją i purytańskimi podwalinami amerykańskiej moralności. Nie miał litości dla polityków, subkultur, konformizmu i częstokroć również dla słuchaczy, których uważał za bezrefleksyjnych nabywców produktu, jaki im dostarczał.

Jak sam mówił, nigdy nie był muzykiem rockowym, nie utożsamiał się również z progresywem, który jego zdaniem nie miał wiele wspólnego z „postępem” muzycznym. Zdarzało mu się nagrywać płyty jazz rockowe, ale nie miał przesadnie wysokiego mniemania o wielu spośród jazzmanów.  Twierdził, że umie zagrać na gitarze jedynie to, czego wcześniej się nauczy, co nie przeszkadzało mu wypracować jedego z najbardziej rozpoznawalnych stylów gry, cechującego się rozwlekłymi i intrygującymi solówkami.  Twierdził, że nie ma przyjaciół a jedynie pracowników a jednak potrafił wydobyć to, co najlepsze od wielu wybitnych muzyków, którzy z nim współpracowali, a grali dla Zappy chociażby George Duke, Terry Bozzio, Steve Vai, Vinnie Colauita, Adrian Belew czy Eddie Jobson. Co jednak najdziwniejsze, mało kto zdaje się słuchać jego albumy, ale wszyscy znają Zappę. W ramach zainicjowanej właśnie serii postaram się przedstawić Państwu piętnaście utworów Franka Zappy, które bez wątpienia warto poznać. Jest to jednak oczywiście wybór subiektywny i absolutnie nie chronologiczny.

Jakub Kozłowski

(Łącznie odwiedzin: 138, odwiedzin dzisiaj: 1)