Miłośnik Doo Wop, producent, muzyk, zjadliwy krytyk amerykańskiego konsumpcyjnego społeczeństwa, przeciwnik narkotyków, miłośnik chilli con carne i swobód obywatelskich. Kompozytor, genialny gitarzysta, twardy charakter i band leader wymagający absolutnego posłuszeństwa muzyków oraz nieograniczonych umiejętności improwizatorskich. Frank Zappa niejako wbrew sobie wdarł się do głównego nurtu sceny muzycznej lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, co osiągnął nie chodząc na żadne kompromisy. Jego koncerty były zawsze niepowtarzalne, płyty intrygujące i kontrowersyjne a wąs najsłynniejszy w historii muzyki popularnej. Zappa całą karierę zbudował na własnych warunkach, chociaż pozbawiony złudzeń odnośnie możliwości percepcyjnych odbiorców jego muzyki wprowadzał wiele elementów rockowych, którymi w gruncie rzeczy gardził. Pisał teksty piosenek, których nie zacytowałyby żadne anglojęzyczne media, ponownie bawiąc się konwencją i purytańskimi podwalinami amerykańskiej moralności. Nie miał litości dla polityków, subkultur, konformizmu i częstokroć również dla słuchaczy, których uważał za bezrefleksyjnych nabywców produktu, jaki im dostarczał.

Jak sam mówił, nigdy nie był muzykiem rockowym, nie utożsamiał się również z progresywem, który jego zdaniem nie miał wiele wspólnego z „postępem” muzycznym. Zdarzało mu się nagrywać płyty jazz rockowe, ale nie miał przesadnie wysokiego mniemania o wielu spośród jazzmanów.  Twierdził, że umie zagrać na gitarze jedynie to, czego wcześniej się nauczy, co nie przeszkadzało mu wypracować jedego z najbardziej rozpoznawalnych stylów gry, cechującego się rozwlekłymi i intrygującymi solówkami.  Twierdził, że nie ma przyjaciół a jedynie pracowników a jednak potrafił wydobyć to, co najlepsze od wielu wybitnych muzyków, którzy z nim współpracowali, a grali dla Zappy chociażby George Duke, Terry Bozzio, Steve Vai, Vinnie Colauita, Adrian Belew czy Eddie Jobson. Co jednak najdziwniejsze, mało kto zdaje się słuchać jego albumy, ale wszyscy znają Zappę. W ramach zainicjowanej właśnie serii postaram się przedstawić Państwu piętnaście utworów Franka Zappy, które bez wątpienia warto poznać.

 

Muffin Man

Zaczniemy od utworu najmniej typowego dla Zappy. Mocno hard rockowo zabarwiony „Muffin Man” znalazł się na albumie „Bongo Fury” będącego ukoronowaniem wspólnej trasy koncertowej z innym legendarnym twórcą, Captain BeefHeartem. Cała trasa okazała się przedsięwzięciem nad wyraz irytującym tak dla Zappy jak i towarzyszących mu muzyków i managera trasy. Don Van Vliet, czyli Captain Beefheart był w jej trakcie na skraju wyczerpania, nie miał środków do życia z powodu licznych umów podpisywanych z każdym wydawcą, który miał akurat długopis. Z tego powodu Don nie mógł publikować nowej muzyki, a wydawcy nie wywiązywali się z płacenia tantiem. Cały dorobek swojego życia nosił w plastikowej torbie, którą zresztą regularnie gubił na postojach, zmuszając zespół do zawracania z trasy i szukania jego zaginionych własności. Utwór „Muffin Man” zarejestrowany został pod koniec maja  1975 roku, w trakcie koncertu w teksańskim Armadillo World Headquarters. Samo sformułowanie „Muffin Man” czyli „Człowiek Muffinka” odnosi się do pewnej kategorii osób, którymi Frank Zappa w pewnym stopniu pogardzał – chodzi o osoby, które podobnie jak Muffinki mają „duże głowy”, co należy rozumieć jako wybujałe ego.  Zappa śpiewa, w wolnym tłumaczeniu: „Dziewczyno, myślałaś, że on jest prawdziwym facetem a to jedynie egocentryk. Kręcił się koło ciebie tak długo, aż zrozumiałaś, że nic sobą nie prezentuje”. Kompozycja należy do jednych z ulubionych uczestników koncertów Zappy i często wracała do set listy jako ukoronowanie całego występu.

Kuba Kozłowski

(Łącznie odwiedzin: 194, odwiedzin dzisiaj: 2)