„To był rok 1989, czerwiec, a ja byłem na początku swej, jak się później okazało (i cały czas okazuje), życiowej przygody z muzyką metalową. Wtedy właśnie, zupełnie przypadkiem nagrałem sobie z radia pewną płytę. Do dziś się uśmiecham, gdy przypomnę sobie moje nieudolne próby prawidłowego zapisania na kasecie tytułu. Wyszło na to, że pisałem „Eutenol Idol”, a dopiero jakiś czas później dotarło do mnie, że płyta zatytułowana jest „The Eternal Idol” zupełnie wówczas dla mnie nieznanego i egzotycznego zespołu o nazwie Black Sabbath. Do dziś pamiętam jak urzekły podniosłe utwory pokroju „Ancient Warrior”, oraz wyróżniającego się wspaniałą, quasi-epicką atmosferą „Glory Ride”. Zachwycałem się także świetną akustyczną miniaturką „Scarlett Pimpernel”. I o ile w późniejszym czasie okazało się, że nie jest to ani najlepsza, ani najważniejsza płyta w przebogatym dorobku Anglików, to „The Eternal Idol” do dziś jest jedną z płyt do których mam największy sentyment”.
Tak właśnie przed laty zacząłem swój artykuł o najważniejszej dla mnie grupie muzycznej w historii oraz najukochańszym zespole, jaki miałem zaszczyt kiedykolwiek słyszeć. Nadal nie wyobrażam sobie, abym inaczej mógł zacząć recenzowanie tego właśnie albumu. W tym tekście nie znajdziecie opisów wokaliz, solówek, ani gry perkusisty. To recenzja w której postaram się zwrócić Wam uwagę na fakt, że każdy z nas posiada płytę, którą darzy sentymentem wprost niedopisania. I nie musi być ona wcale najlepsza, ani najbardziej wartościowa w dorobku danej grupy (ba nawet często / jak właśnie „The Eternal Idol” / uważana jest za jedną z najsłabszych). Ważne, że jest w niej coś takiego, że, włączając ją, zawsze trzęsą nam się ręce.
Dlaczego? Być może, a tak jest w moim przypadku, płyta ta niesie za sobą zapach chwil które wraz z nią spędziliśmy, wypowiedzianych słów, obietnic, radości, wylanych łez – tego co minęło, tego co nie wróci a co naprawdę wciąż w nas żyje i to mocniej niż cokolwiek innego.W moim przypadku były to słoneczne lata 1989 – 1992, kiedy dorastałem jako człowiek, dojrzewałem jako mężczyzna – chłonąłem muzyczną wiedzę, wymieniałem poglądy, zacząłem zakochiwać się już tak na poważniej – konglomerat wszystkiego, wspomnienie tamtych dni – i od razu myśli me kierują się właśnie na tą płytę – najpierw nieudolnie nagraną z radia, a potem już wprost z CD (echh, te przegrywalnie kompaktowe), na czczonej jak bóstwo niebieskawo-przezroczystej kasecie marki Sony. Mam ją do dziś i właśnie z niej odsłuchuję „The Eternal Idol”. Płyta kompaktowa byłaby w przypadku tej recenzji nietaktem. Ale wracając do meritum – „zapach” i wspomnienia tamtych chwil – gdzie tak naprawdę ukształtował się mój muzyczny gust i muzyczna wrażliwość, niezmiennie prowadzą mnie do płyty, która zaczyna się „delikatno-mocniejszymi” partiami gitary, wprowadzając quasi-mistyczny nastrój, którym cechuje się cały utwór rozpoczynający „The Eternal Idol”, czyli „The Shining”. Jak dziś pamiętam, jak urzekła mnie jego podniosła atmosfera i tajemniczość oraz napięcie jakie umiejętniej budował w swych liniach wokalnych debiutujący wtedy w Black Sabbath Tony Martin. Właśnie dzięki patosowi jakim dla mnie ociekał (i wciąż ocieka) „The Shining” 14-letni wówczas Michał zdecydował, że płytę o której myślał iż, nosi tytuł „Eutenol Idol” nagra w całości. Skąd mogłem wówczas wiedzieć, że zaczynam jedną z najważniejszych i najwspanialszych przygód swego życia, która będzie kontynuowana zapewne aż do mej śmierci…

Jak już wspomniałem na wstępie – „Ancient Warrior” to jeden z moich ukochanych utworów na tej płycie – od samego początku, od pierwszego przesłuchania, tam wtedy przy radio z wypiekami na twarzy. Ten potężny, również patetyczny wstęp gitarowy oraz sam utwór, pełen uniesień oraz galopu. Jakże dziś ubogi jestem przesłuchując tej płyty po raz nie wiem który, jak bardzo ubogi i jak wiele bym dał, aby jeszcze raz przeżyć te magiczne chwile kiedy dane mi było słyszeć ten utwór po raz pierwszy. Nigdy już nie będę w stanie oddać słowami tego co czułem wtedy – i to kolejny, niepodważalny dowód na to, że muzyka to tak naprawdę uczucia, a nie nuty, riffy, triady czy co innego. Wracając, do „Ancient Warrior”, analogiczne uczucia mam w stosunku do czwartego na płycie „Glory Ride”, a riff prowadzący cały ten utwór na długie lata był synonimem patosu w metalu, żeglowania wśród chmur, wolności i radości, pełni przestrzeni. Słowem – brakiem tego wszystkiego co nas krępuje i sprawia, że żyjemy przytłoczeni ciężarem życia codziennego, przyciśnięci do ziemi niczym słabe rośliny w czasie burzy i wichury. Brak ciążącej na nas klątwy grawitacji – to właśnie plastyczny obraz uczuć przelewających się we mnie podczas delektowania się zarówno „Ancient Warrior” jak i „Glory Ride”.

Ale to nie wszystko – dzięki tej płycie poznałem też – a może lepiej powiedzieć, iż nieśmiało zacząłem poznawać – mrok w muzyce. Pełen niepokoju klawiszowy wstęp do „Nightmare” i sam utwór nie dający spokoju swą aurą, napiętą atmosferą. Dziś, po przesłuchaniu tysięcy płyt wprost przesiąkniętych atmosferą mroku, zupełnie inaczej patrzę na Nightmare, ale wtedy, 17 lat temu w moim młodym umyśle wydawało się niepojęte, że można tak udanie oddać atmosferę grozy, napięcia i mrocznego piękna ( tak, także i takie uczucia budzi we mnie ten utwór, a szczególnie jego wstęp ).

Ale „The Eternal Idol” wbrew pozorom nie jest płytą jednorodną. Nie oferuje nam tylko patosu okraszonego elementami mroku. Na tej płycie definiowałem swe pierwsze rozumienie muzycznego piękna. A stało się tak dzięki miniaturce „Scarlett Pimpernel”. Jakaś dzika łąka, wiosna, wstaje dzień po nocnej burzy – wszystko rozkwita w oślepiających promieniach słońca. Tysiące roślin budzi się do życia, manifestując swą wolę życia. Majestat życia oddający pokłon naturze. Może to zbyt górnolotne określenia w stosunku do utworu, w którym powtarza się dość prosty motyw odegrany na gitarze akustycznej, ale tak jak wspomniałem powyżej – muzyka to uczucia – własne, bardzo osobiste. Ja takowe posiadam i zawsze będę ich bronił.

Płyta kończy się kolejnym niepokojącym utworem, mianowicie tytułowym „The Eternal Idol” – i w zasadzie uważam ten pełen senno-mrocznej atmosfery utwór za pomost łączący tą płytę z jej następczynią – wielką „Headless Cross”. To doskonałe uwieńczenie płyty – utwór w którym w zasadzie skumulowana została większość emocji i uczuć umieszczonych na całym longplayu.

Zawsze jak piszę recenzję, odsłuchuję album ponownie. Dziś zrobiłem podobnie, choć w zasadzie nie musiałem. Znam każdy dźwięk na pamięć. „The Eternal Idol” zamieszkała w mym sercu i duszy 29 lat temu, wypaliła swe piętno i tak już pozostanie. Ktoś powie, że ta płyta stylistycznie leżąca na pograniczu heavy metalu/hard rocka i muzyki AOR jest wtórna, słaba i kala legendę Black Sabbath. Być może, ale ja wciąż czuję zapach tamtych lat, zapach młodości – a tego nie da się opisać ani ująć w karby nauki. Dziękuję, że mogłem przesłuchać „The Eternal Idol”, dziękuję, że płyta ta wzbogaciła mnie jak w zasadzie żadna inna. Dziękuję za to kim jestem, bo w części jestem taki dzięki niej. Pewne wartości nie umierają nigdy….Ogień wciąż płonie….
Michał Grenda

(Łącznie odwiedzin: 118, odwiedzin dzisiaj: 1)