Paradise Lost do zespół, który towarzyszy mi od początku lat 90. Jak każda grupa z takim stażem miała lata tłuste i chudsze, czasy wzmożonej kreatywności i czasy odcinania kuponów. Należy jednak Brytyjczykom przyznać, że nigdy nie nagrali płyty słabej. Osobiście z ich twórczością mam tak, że nawet te mniej zajmujące albumy po latach zyskały. Nie do wszystkich wracam równie często, ale wszystkie mam na kompaktach, stare wciąż na kasetach, a ten moim zdaniem najlepszy na winylu – najszlachetniejszym nośniku, którym składam hołd najważniejszym płytom mojego życia. Tak. Najważniejszym, bo ocena muzyki często się zmienia i ewoluuje, podobnie jak ewoluowała twórczość Paradise Lost.

Nie mam pojęcia skąd, ale mój kolega ze szkolnej ławki, z którego na siłę próbowałem zrobić metalowca, znał Paradise Lost. Możliwe, że tylko z nazwy, ale znał i gdy przyszły szkolne mikołajki zażyczył sobie kaset z metalem. Kupiłem mu dwie kasety Iron Maiden i dwie Paradise Lost – „Lost Paradise” i „Gothic”. To był świetny prezent, bo bardzo szybko trafił z powrotem w moje ręce. O ile Ironii po kilku miesiącach, bo kumpel z nimi dzielnie walczył, mówiąc, że próbuje doszukać się w nich muzyki, tak Paradise Lost wylądowało w moim magnetofonie już po kilku dniach. Kolega nie miał wątpliwości, że muzyki na tych kasetach nie ma.
– Przynajmniej nie takiej, która by się nadawała do słuchania – ocenił z fachowym okiem 14-latka próbującego zostać metalowcem. – Najgorszy jest wokal. Facet drze się jak obłąkany, wypluwa bebechy na mikrofon.

Odkrycie pierwiastka paradajsowości.

Lost Paradise

Wróciłem z kasetami do domu i jako pierwszą wepchnąłem do magnetofonu „Lost Paradise”, którego okładka bardziej przypadła mi do gustu. Złowieszcze intro z obłędnym śmiechem w tle – poruszyłem się niespokojnie na krześle i czekałem aż głośnik mojego magnetofonu eksploduje. Zaczął się pierwszy utwór – powolny, ociężały, z potężnym growlem. Gdy lekko przyśpieszył uśmiechnąłem się nie mając wątpliwości, że mój kolega się mylił. Oczywiście to była muzyka i to wcale nie tak brutalna jak się spodziewałem – nie pozbawiona  melodii, potężna, ciężka, walcowata z rytmicznymi przyspieszeniami i świetnymi partiami gitar, niosącymi zalążki unikalnego „paradisowego” stylu, który w pełni miał rozwinąć się dopiero na kolejnych płytach. Bo mimo stylistycznych zmian – często zaskakujących i wręcz rewolucyjnych,  ten pierwiastek „paradisowości” towarzyszy zespołowi na wszystkich dotąd nagranych albumach, a sprawne ucho słuchacza jest w stanie go wyizolować i określić. „Lost Paradise” początkowo wydał mi się jednak jako całość albumem nieco siermiężnym i monotonnym, owszem miał bardziej porywające momenty, ale w pierwszych latach od jego poznania, nie wracałem do debiutu zbyt często. Prawdziwa miłość do pierwszego albumu Paradise Lost przyszła z wiekiem – a dziś kto wie czy właśnie do niego nie wracam najczęściej. Zresztą chyba nie tylko ja – sądząc po ostatnich dokonaniach Brytyjczyków (nie tylko pod macierzystym szyldem) chyba i oni sami z czasem poczuli miętę do tych nieco naiwnych i nieokrzesanych początków.

Death metalowa symfonia

Gothic


Dużo lepsze wrażenie zrobiła na mnie „Gothic” – z tą płytą odpłynąłem właściwie z pierwszym przesłuchaniem i pod koniec podstawówki wymieniałem ją w gronie ulubionych albumów. Płyta rzeczywiście brzmi dojrzalej, jest bogatsza aranżacyjnie i bardziej zróżnicowana. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie kobiece wokale, które w tej stylistyce w drugiej połowie lat 90. zupełnie mi obrzydły i w owym obrzydzeniu tkwię właściwe do dziś. Z „Gothic” było inaczej – ta delikatność kobiecego śpiewu połączona z brutalnością wokaliz Holmesa, miażdżącym ciężarem gitar, monumentalnością i wyniosłością linii melodycznych oraz niezwykle przestrzenną lekkością kompozycyjną zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. „Gothic” była dla mnie death metalową symfonią – muzyką łączącą agresję i ciężar z kunsztem i majestatem klasycznych kompozytorów. Warto jednak pamiętać, że to był początek lat 90. a ja nie miałem większego pojęcia ani o muzyce death metalowej, ani tym bardziej o muzyce poważnej. Po latach oczywiście zupełnie inaczej postrzegam ten album –  wstałem już z kolan, ale uważam, że wciąż się broni i przerasta ówczesne dokonania My Dying Bride czy Anathema, które poznałem chwilę później.

 

Wielki hit i duch Hetfielda

Shades of God, Icon

Duży problem miałem z trzecim krążkiem Paradisów, który poznałem z blisko rocznym opóźnieniem, w czasie gdy rozpoczynałem naukę w ogólniaku. Kasetę dostałem od kolegi, który bardziej siedział w muzyce grunge niż metalu, ale zaklinał się, że „Shades of God” jest jedną z najlepszych płyt jakie w życiu słyszał. Oczywiście nie znał ich wcześniejszych dokonań. Ja wówczas śmiało płynąłem ku coraz bardziej ekstremalnej muzyce i z kierunkiem stylistycznym jaki obrali sobie Brytyjczycy nieco się rozminąłem. Album wydał mi się zbyt miękki i mało zwarty kompozycyjnie, rozwinięta warstwa instrumentalna jawiła mi się jako heavy metalowe pitolenia, a wokal sprawił wrażenia zachowawczego.

Jedynym utworem, który porwał mnie od razu i na długie lata był „As I Die”. Wydawało mi się wówczas, że jakościowo odstaje od całej płyty o przynajmniej dwa poziomy. Z czasem oczywiście zweryfikowałem swój pogląd i dziś gdy spotykam się z opiniami, że „Shades of God” to najlepsza płyta w dyskografii Brytyjczyków, nie podejmuję żarliwej polemiki.


Jednak moje prawdziwa wiara w zespół powróciła dopiero w roku 1993, gdy ukazał się czwarty album zatytułowany „Icon”.
– Gość śpiewa jak James Hetfield – przestrzegł mnie kolega z klasy, wręczając przegrywaną kasetę BASF.  Przy pierwszych odsłuchach „Icon” to podszeptane skojarzenie rzeczywiście mnie nie opuszało, a płyta wokalnie rzeczywiście przewodziła na myśl Metallikę.

O ile na poprzedniczce bez trudno potrafiłem wskazać najlepszą kompozycję, tak w przypadku „Icon” było to zupełnie niewykonalne. Spodobała mi się jako całość, urzekła klimatem, uwiodła ciężarem i zniewoliła melodyką jak syrena Odyseusza. „Icon” to album spójny, wyważony i dojrzały – nagrany przez zespół w pełni ukształtowany i świadomy swojego stylu. Gitarowa erudycja w partiach solowych, która na poprzedniczce mi przeszkadzała i wydawała się burzyć dramaturgię utworu, tu zapierała dech w piersiach i jawiła się nie tyle jako dobrze dopasowany ornament, co żywa tkanka, będąca nierozerwalną częścią muzycznego organizmu.

W świecie dźwiękowego bogactwa

Draconian Times

Nic dziwnego, że na kolejną płytę Brytyjczyków czekałem bardziej niż na jakąkolwiek inną pozycję z ich dyskografii, czy to wcześniej czy później. Pamiętam jak na początku wakacji 1995 roku szedłem do kumpla czytając po drodze Metal Hammer, w którym podziwiałem bajeczne grafiki z nowego albumu. Pamiętam pierwsze recenzje, podsycające wyobraźnię i  coraz bardziej windujące moje oczekiwania. Te sięgnęły zenitu i unosiły mnie nad ziemią niczym balon, gdy w dniu premiery ruszyłem po kasetę wydaną u nas przez Metal Mind Production z numerem 200 (nie pytajcie mnie dlaczego pamiętam takie rzeczy).
„Draconian Times” w moim odczucie nie była krokiem na przód tak zdecydowanym jak poprzednie płyty Paradise Lost. Nie zdziwiło mnie to, bo przecież na „Icon” zdążyli już w pełni określić swój styl. Uważałem, że idąc dalej musieliby przestać być Paradise Lost. Nie przestali – nagrali kontynuację „Icon”, ale bardziej kolorową, rozpościerającą szerszą paletę muzycznych barw, bogatszą w ornamenty. Jeśli „Icon” była gotycką katedrą o strzelistej bryle, która w swoje zimne mury wpuszczała słoneczne światło przez różnokolorowe szkiełka witraży, „Draconian Times”  zmierzała w stronę baroku. Im więcej jej słuchałem tym wyraźniej widziałem tłuste aniołki pokryte złotą farbą i mnogość kolorowych zdobień, które wylewały się jak nadmiar sosu z hamburgera. Zimny kamień zastąpiły ciepłe gipsy, a mroczną atmosferę i stoicką elegancję wyparła epikurejska radość, balansująca na granicy przaśności. Do dziś mam z tym album problem – z jednej strony wydaje mi się udoskonaleniem poprzedniczki, z drugiej jednak nieco przeładowanym i przesłodzonym.

Zdrada ideałów

One Second

Na „One Second” nie czekałem w ogóle – w 1997 roku wciąż przeżywałem wielką fascynację black metalem i wolałem posłuchać black metalowej hordy z Filipin, która gra covery Burzum niż jakiegoś tam Paradise Lost, wchodzącego tak głęboko w mainstream, że zaczynał być kojarzony przez coraz więcej osób spoza metalowej sceny. Chcąc nie chcąc od płyty się nie uchroniłem i niedługo po premierze wpadła w moje ręce.

Zupełnie mnie odrzuciła – raził mnie jej popowy puls, nie podobały mi się nawiązania do Sisters of Mercy oraz radiowy rozmach i luz. To był Paradise Lost wyzbywający się metalu, bez ciężkich riffów i czającej się agresji. I znów muszę przyznać, że po latach inaczej postrzegam ten album – nie wracam do niego zbyt często, ale uważam, że wstydu zespołowi nie przynosi. Ba, szanuje go chyba nawet bardziej niż te z pozoru lepsze, ale nieco koniunkturalne i sztuczne płyty z ostatnich lat. Paradoksalnie odchodząc od metalu Paradise Lost wydawali się bardziej szczerzy, niż gdy po latach do niego powracali. Ale to oczywiście subiektywne odczucie nie mające bezpośredniego przełożenia na muzykę.

Generator Depeche Mode i refleksja po latach

Host

O ile „One Second” budziła lekką konsternację tak „Host” wywołała pusty śmiech. Ot kolejny zespół, który wyrósł z metalu i sprzedał duszę za garść srebrników. Śmiałem się wówczas, że swój stary generator „paradajsowych” płyt sprzedali Kreatorowi, a sami odkupili oprogramowanie od Depeche Mode. Też stare. Paradise Lost bez gitar, Holmes stękający na tle elektronicznego plumkania, image zmieniający metalowców w wymuskanych depeszowców i kontrakt z dużą wytwórnią. Precz z tym! W chwili premiery chyba nie przesłuchałem albumu nawet do końca. Ba, nie wiem czy dotrwałem do połowy pierwszego utworu.
Po latach oczywiście zupełnie inaczej postrzegam „Host” – słyszę nie tylko elektronikę i klawisze, ale też smyczki i wysmakowaną gitarę Mackintosha, który potrafi czarować partiami solowymi. Owszem ma ona melancholijny i lekko ckliwy klimat przywodzący skojarzenia z Depeche Mode, ale ten paradisowy pierwiastek, o którym wspominałem przy okazji debiutu wciąż jest obecny, nawet jeśli przetworzony i osadzony w nieco innym środowisku.

Nie wracam do tej płyty przesadnie często, ale dziś oceniam ją dużo lepiej niż w chwili premiery. Uważam, że jest bardzo ciekawie zaaranżowana i nie tak banalna jak pozornie może się wydawać. Z pewnością daleki byłbym od nazwania jej „najgorszym albumem w dyskografii” zespołu.

 

Początki niekończącego się powrotu do korzeni

Believe in Nothing, Symbol of Life

W recenzji „Believe in Nothing” na łamach Metal Hammera przeczytałem, że Paradise Lost wracają do korzeni. Załamany poprzedniczką nawet nie zamierzałem sprawdzać, ale trafiłem na  pirackie wydanie na Stadionie X-lecia i za 10 złotych postanowiłem zaryzykować. Okazało się, że owszem – gitary powróciły, ale o żadnym powrocie do korzeni nie ma mowy. Słychać, że zespół całkowicie oderwał się nie tylko od swoich death doom metalowych początków, ale także od późniejszych dokonań. Gra bardziej rockowo, z dużą swobodą i pewnością siebie – Holmes nie pokrzykuje już jak Hetfield, śpiewa bardzo czysto i lekko. W chwili premiery „Believe in Nothing” przyjąłem balansując pomiędzy chłodną obojętnością, a życzliwą aprobatą. Do dziś nie mam zbyt wielkiego serca do tej płyty, ale po latach znów muszę przyznać, że to krążek więcej niż solidny.

Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie dziewiąta płyta „Symbol of Life” – album, który w zbiorowej świadomości raczej w dyskografii Brytyjczyków nie zajmuje szczególnie eksponowanego miejsca stał się jednym z moich ulubionych. Jest w tej płycie więcej ciężaru, jest witalność i motoryka, w sposób niezwykle naturalny i zgrabny łącząca się z paradisowym klimatem. Są klawisze i elektronika, ale użyto ich z umiarem i w doskonałych proporcjach.

Są nawet żeńskie wokale, ale również nie rażą i nie rozmiękczają siły przekazu. Na tej płycie Paradise Lost grają bez żadnych kompleksów – nie pragną metalowej uniformizacji, ani nie szukają swego miejsca na salonach mainstreamu. Zdają się być zespołem, który znów wie dokąd zmierza i jest świadomy własnej wartości. To zaowocowało zaskakująco udaną płytą.

 

Lata solidnej poprawności

Paradise Lost, In Requiem, Faith Divides Us, Death Unites Us, Tragic Idol

„Paradise Lost” to kolejna płyta, przy okazji której trąbiono o powrocie do metalowych korzeni, ciężaru i brutalności znanej z pierwszych albumów. Album rzeczywiście wydaje się mroczniejszy od poprzedniego, wyzbyty elektroniki, stylistycznie bliższy metalowym archetypom. Tyle, że paradoksalnie właśnie przez to jest mniej ciekawy i sprawia wrażenie trochę wymuszonego i skostniałego. Oczywiście wciąż w warstwie gitarowej to ekstraklasa, ale mam wrażenie, że samym  kompozycjom zabrakło luzu, swobody i pomysłów na tyle świeżych, by mogły pozostać na dłużej w pamięci czy zapoczątkować jakiś nowy etap w twórczości Brytyjczyków.


Kolejne płyty Paradisów pamiętam niewyraźnie, choć zdaje sobie sprawę że to pewnie bardziej wina moja niż ich. Każdej z nich towarzyszyły szumne zapowiedzi o powrocie do korzeni, a za każdym razem czułem mniejszy lub większy niedosyt. Owszem, o całkowitym rozczarowaniu nie mogło być mowy, bo zespół tworzą świetni muzycy i żadnej chały nigdy nie wypuścili. Miałem jednak wrażenie, że weszli w bezpieczne, letnie rejony – mocno się okopali i tej swojej solidnej fortyfikacji nigdy już nie opuszczą. Gdy wydawali zaledwie poprawną ale nie porywającą „In Requiem”, czy nieco lepszą, ale nie więcej niż solidną – „Faith Divides Us – Death Unites Us” zacząłem powoli tęsknić za czasami, w których zespół potrafił słuchaczem wstrząsnąć i rzucić mu jakieś wyzwanie. Nawet jeśli robił to w sposób tak bezwzględny i bezkompromisowy (lub jak kto woli koniunkturalny i komercyjny) jak na „Host” wydawał się przecież niepokorny, głodny muzycznych poszukiwań i odważny. Tymczasem nastał rok 2012 a Paradise Lost nagrał kolejną zachowawczą płytę – „Tragic Idol” – owszem zgrabną, ze szlachetnymi odwołaniami do przeszłości, na poziomie, o którym większość zespołów mogłaby tylko pomarzyć. Ale dla mnie to było za mało. Tym bardziej, że z upływem lat nie dość, że na scenie metalowej pojawiała się coraz większa konkurencja, to ja jako słuchacz zacząłem poza nią coraz śmielej wychodzić. Świat Paradise Lost z każdą płytą zaczynał mi się kurczyć, a każdy kolejny krążek w większym stopniu jawił się jako chwilowa przystań, niż wyspa na której chciałoby się pozostać na dłużej, czy zupełnie nieznany ląd niosący obietnicę znalezienia nowego domu. Ale czy można winić zespół za to, że wykształtował swój unikalny styl i osiadł w bezpiecznym punkcie, który przez lata wywalczył, wypracował i zagospodarował? Wierni fani zawsze będą zadowoleni, a ci nieprzekonani pewnie już nigdy się nie przekonają.

 

Panny z Wilka z makijażem i bez

The Plague Within

 

Gdy usłyszałem, że na kolejnej płycie „The Plague Within” czeka nas powrót do korzeni szeroko ziewnąłem i przeciągnąłem się jak kot Bonifacy na zapiecku. Ileż razy to już słyszałem? Przed każdą płytą, począwszy od  „Believe in Nothing” z 2001. 14 lat to dostatecznie dużo czasu by przestać wierzyć w takie slogany.
Gdy po raz pierwszy usłyszałem „The Plague Within” nie mogłem uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Głębokie, ciężkie, chropowate brzmienie, potężna sekcja rytmiczna i Nick Holmes z potężnym growlem. Innym niż na debiucie, ale brutalnym, dosadnym, z rzadka poprzetykanym czystym śpiewem. Temu Paradise Lost z okresu „Host” żel by się wykruszył w włosów na dźwięk tak brutalnych dźwięków. Teoretycznie jako stary fan Paradisów to właśnie ja jestem adresatem tej przemiany stylistycznej. Powinienem kupić sobie tej płyty kilka sztuk i każdego wieczoru przed snem nacierać nimi klatę piersiową krzycząc „jest tak jak dawniej, a dawniej było lepiej!”. I być może rzeczywiście popuściłbym w pampersa przy tej płycie gdyby był rok 1999 i nagrano by ją zamiast „Host”.

Dziś jednak nie mogę pozbyć się wrażenia koniunkturalizmu, który towarzyszy tej fantastycznej przemianie. Słuchając „The Plague Within”czuję się trochę jak bohater iwaszkiewiczowskiego opowiadania „Panny z Wilka”. Próbuję znaleźć świeżość doznań i przywołać uczucia sprzed lat, ale wychodzi to trochę tak jakbym chciał przywdziać garnitur, w którym wysłano mnie do pierwszej komunii świętej i wymyślić grzechy, którymi mógłbym się podzielić z księdzem.

Mimo całego swojego sceptycyzmu o szczerość intencji udało mi się jednak do „The Plague Within” przekonać. To płyta zróżnicowana, spójna z kilkoma naprawdę porywającymi momentami. Czy autentyczna i szczera? – to chyba nie ma większego znaczenia, bo i tak wszystko się sprowadza do intymnej relacji słuchacza z płytą.

Lepiej gdy nie chcą nic udowadniać

Medusa, Obsidian

Nie wiem czy artystyczna satysfakcja, czy wyniki sprzedaży sprawiły, że ten old school tak się Paradisom spodobał, że dwa lata po „The Plague Within” postanowili nagrać album „Medusa” i udowodnić, że są jeszcze bardziej udergroundowi, piwniczni i prawdziwi. Niestety efekt moim zdaniem wyszedł nieco karykaturalny – na tej płycie Brytyjczycy przypominają spoconego i napiętego kulturystę na syntholu, który z żyłą na czole stara się przez kilka minut utrzymać pozycję by zaimponować sylwetką i pokazać się z jak najlepszej strony. Paradoksalnie płyta, która powinna wpisać się mój skostniały metalowy gust dość mocno mnie uwiera i doprawdy nie wiem już czy nie wolałem elekroniczno synth-popowej wersji Paradise Lost sprzed dwóch dekad?

W tym roku wyszedł już 16. album Paradise Lost. Jakby mi ktoś tego dnia – gdy byłem uczniem siódmej klasy szkoły podstawowej i przyniosłem do domu dwie kasety mg Paradise Lost, które okazały się nietrafionym prezentem mikołajkowym, powiedział, że w 2020 roku będę wciąż słuchał tego zespołu to prawdopodobnie pobiegłbym do najbliższej budki telefonicznej i zadzwonił po pogotowie. Niespodziewanie okazało się, że w 2020 roku Ziemia nie jest pod okupacją Marsjan, ja wciąż żyję, a Paradise Lost nagrywają kolejne płytę. Na dodatek bardzo zgrabną i przyjemną. Mam wrażenie, że na „Obsidian” zespół wycofał się z konkursu na najbardziej imponującą erekcję facetów po 50. i wrzucił na luz. Na płycie pojawiło się mniej growli, a więcej śpiewania – co wyszło zdecydowanie na plus, bo Nick zdecydowanie lepiej śpiewa niż growluje. Muzycznie płyta sprawia wrażenie nieco pogodniejszej, zagranej z większym rozmachem i wyobraźnią. Bywa brutalnie i dosadnie jak choćby w pełnej determinacji i ekspresji partii wokalnej gdy Holmes cedzi słowa „God asks not to kill, God asks not to kill”, ale nie brakuje też Paradise Lost, które nie wstydzi się odejścia od doom/death metalu, jest zespołem świadomym własnej wartości, który nie patrzy na aktualne trendy.

Kusząc się na podsumowanie niezwykle bogatego dorobku Paradise Lost nie mogę im odmówić oryginalności i pozycji jednego z najbardziej wyrazistych i oryginalnych zespołów metalowych lat 90. Zespołu, który próbował z tej metalowej sceny uciec, a na później coraz śmielej do niej powracając. Czy jako niewolnicy i zakładnicy fanów, czy z własnego wyboru, pchani siłą sentymentu i w poszukiwaniu utraconego raju młodości? Tego pewnie nigdy do końca się nie dowiemy. Możliwe jednak, że jakieś tropy znajdziemy w zapowiadanej oficjalnej biografii zespołu, która przybliży nam jego historię, zachęci do odświeżenia bogatego dorobku muzycznego, a być może pozwoli wyjaśnić kilka kluczowych kwestii, które sama muzyka pozostawia w niedopowiedzeniu?

 

  

Kamil Staniszek – Autor od 7 lat prowadzi na Facebooku fan page Maria Konopnicka, a okazjonalnie też blog mariakonopnicka.pl Na co dzień dziennikarz i pisarz – autor dwóch powieści kryminalnych „Kocia Morda” i „Zemsta ma smak CZERWIENI”. W tym roku wydał dwie książki – „Kucem być” ze wspomnieniami starych metalowych czasów, w których muzykę poznawało się na pirackich kasetach, a na koncerty chadzało z duszą na ramieniu, oraz „Headbanger’s Fiction” – zbiór muzycznych i okołomuzycznych felietonów oraz opowiadań.

 

 

NA POCZĄTKU ROKU 2021 W KSIĘGARNIACH UKAŻE SIĘ OFICJALNA, PEŁNA BIOGRAFIA ZESPOŁU PARADISE LOST. ŚLEDŹCIE DONIESIENIA NA MUZYKA Z BOCZNEJ ULICY!

 

(Łącznie odwiedzin: 1 560, odwiedzin dzisiaj: 1)