Jestem wielkim fanem The Cure od wielu, wielu (wielu!) lat. W zasadzie The Cure w czasach licealnych nie opuszczał mojego discmana (i walkmana również). Muzyka zespołu towarzyszyła mi w dobrych, złych i emocjonalnie wymagających chwilach. Zjadłem na niej zęby, przeżułem je, połknąłem, urosły mi nowe i zjadłem je raz jeszcze. Od dawna jednak nie wracałem już do albumów, które od tamtych czasów spokojnie czekają na mojej półce. Kilka tygodni temu przypomniałem sobie ponownie, dlaczego The Cure tak mocno zrósł się z czasem dla mnie najbardziej burzliwym i obfitującym w doznania. Ta muzyka jest desperacko, agonalnie, ożywczo i przerażająco depresyjna. Równocześnie przepełniona życiem i humorem. Jest nie dającą nadziei serenadą nieszczęścia a równocześnie potrafi podnieść na duchu i natchnąć nowymi siłami.

Przygotowując się do napisania tego tekstu zerknąłem dla odświeżenia pamięci na dyskografię zespołu. I w zasadzie mógłbym wybrać do recenzji dowolny album The Cure. Popatrzmy: „Seventeen Seconds”, „Faith”, „Pornography” – przepełniony gotyckim mrokiem I melancholia tryptyk na stałe determinujący sposób w jaki postrzegano, wielowymiarową przecież, muzykę zespołu. Genialne utwory „A Forest”, „Primary” czy „One Hundred Years”, nastrój oczekiwania, poczucie samotności i zimnej przestrzeni. Klasyki. „Head on The Door” z odrobinę bardziej zdystansowanym, bardziej ironicznymi i nie pozbawionym humoru podejściu do własnej artystycznej maski – płyta przyniosła również dwa hity, zobrazowane ciekawymi, odrobinę odrealnionymi, dziwacznymi teledyskami – „Inbetween Days” oraz „Close To Me” – ponownie klasyka i do tego wytyczenie nowego kierunku stylistycznego. Później fantastyczne, przepięknie dziwaczne i przepełnione radością i nostalgią „Kiss me, Kiss me, Kiss me” z wywołującym ciarki „If Only Tonight We Could Sleep” czy przepięknym „Just Like Heaven” i szalonym „Hot! Hot! Hot!”. Nie można też nie wspomnieć o przełomowym „Disintegration”, kontrowersyjnym ale pełnym dobrych pomysłów „Wild Mood Swings” czy porażająco refleksyjnym „Bloodflowers”.

Mógłbym wybrać każdą z tych płyt. Ale wybrałem „Wish”. Dlaczego? Bo na tym właśnie, nie do końca równym albumie znalazły się kompozycje, które najmocniej wbiły się w mój umysł, podatny na sztucznie wyolbrzymianą i, przyznaję, lekko wymuszoną melancholię. To właśnie „Wish” najczęściej odpowiadał i dopełniał uczucia rozgoryczenia, smutku czy euforycznej radości, które w umyśle nastolatka bardzo często gotują się w jednym kotle tworząc mieszankę, po której zgaga pali niemiłosiernie. Dla mnie jedynym lekarstwem okazywał się The Cure.

„Wish” powstawał w trudnym dla The Cure okresie. Dla grupy wiecznych introwertyków momentem przełomowym, ale nie w pozytywnym znaczeniu, okazał się bowiem olbrzymi sukces płyty „Disintegration”. Sprawił on, że formacja przeskoczyła kilka poziomów w muzycznej hierarchii. Z zespołu kultowego ale znanego relatywnie niewielkiej grupie fanów, The Cure stali się mainstreamowym ewenementem. Koncerty z klubów przeniosły się do wielkich hal, zobowiązania marketingowe zaczęły pochłaniać dużo więcej czasu, niż Robert Smith i zespół skłonni byli poświęcić. Z mroku i melancholii wypełniających albumy zespołu zrobiono towar, który dobrze się sprzedawał. Nie działo się to oczywiście wbrew dążeniom i oczekiwaniom zespołu, który długie lata pracował na swoją rozpoznawalność. Rzeczywistość nie przystawała jednak do wyobrażeń muzyków o sławie.  Gdy tylko The Cure trafili do mas, muzycy poczuli się jak więźniowie swojego sukcesu.

Na etapie prac nad „Wish” nie zamierzali jeszcze zmieniać swojego podejścia do komponowanych melodii. Nie uciekali od kompozycji, które bez wątpienia niosły ze sobą komercyjny potencjał. To nastąpi później. A jednak wewnętrzny niepokój i poczucie osaczenia znalazło swój wyraz w przygotowywanych utworach. Odbiło się zresztą również na wewnętrznej sytuacji zespołu. Już w roku 1990 odszedł klawiszowiec Roger O’Donnell, obdarzony charakterystycznym brzmieniem, mający spory wpływ na kształt muzyki zespołu. Na jego miejsce przyjęto Perry’ego Bamonte, dotychczasowego technika gitarowego, multiinstrumentalistę znającego się w równym stopniu na basie, gitarze jak i klawiszach. Do tego człowieka mającego zdecydowanie bardziej rockowe ciągotki. Wkrótce po premierze i trasie „WIsh” formację opuszczą tak ważni muzycy jak Porl Thompson i Boris Williams. Wszystko przez dezintegrujące się relacje pomiędzy muzykami oraz coraz bardziej przytłaczającą rzeczywistość związaną z funkcjonowaniem w zespole z pierwszego szeregu mainstreamu. Wszystkie te problemy i napięcia słychać idealnie na płycie „Wish”. Gdyby pominąć bowiem dwa singlowe utwory, „High” oraz „Friday I’m In Love” okaże się, że dziewiąty album zespołu jest płytą niezwykle pesymistyczną.

 Być może nie powinno być zaskoczeniem dla fanów zespołu, okrzykniętego królami depresyjnego gothic rocka. A jednak najbardziej przeszywające utwory na płycie to kompozycje, w których Smith postanawia rozprawić się z przemożnym uczuciem osaczenia, jakie towarzyszyło mu od momentu, w którym „Disintegration” wkroczyło na listy przebojów. „Wish” jest albumem intrygującym nie tylko ze względu na poruszany regularnie temat braku zrozumienia, alienacji i poczucia przemijania. Sytuacja, w jakiej znalazł się Robert Smith ze względu na swoją coraz bardziej rosnącą pozycję w przemyśle muzycznej zawarta została w dwóch najmocniejszych, i najbardziej wyrazistych utworach, jakie dotychczas trafiły na albumy The Cure – otwierającej „Open” i zamykającej „End”.

Gdyby ktoś postanowił poznawać twórczość The Cure tylko i wyłącznie na podstawie singli, uzyskałby obraz diametralnie różniący się od tego, co zespół przekazywał w obrębie swoich albumów. „Open” stanowi bowiem przeraźliwy krzyk rozpaczy osoby będącej niewolnikiem zobowiązań biznesowych, interpersonalnych koligacji i obowiązków narzucanych mu wbrew woli i ze szkodą dla psychicznego komfortu. „Wish” od samego początku daje do zrozumienia, że sława i rozpoznawalność stała się dla Roberta jedynie pochyłą ścieżką w dół:

„Naprawdę nie wiem, co tu robię. Naprawdę uważam, że powinienem dzisiaj wcześniej się położyć (…) następna szklanka w dłoni a moje usta wykrzywione w uśmiechu (…) ręce klepiące mnie po ramieniu nie mają imion i nie chcą zostawić mnie w spokoju (…) wciąż wpadam na obcych mi ludzi a nie wybiła jeszcze jedenasta, stoję tu i gapię się niczym dziecko, padam na kolana zupełnie jak setki razy wcześniej i wpatruje się w podłogę”

O ile można by powiedzieć, że trudy związane z rosnącą popularnością i sprzedażą płyt należą do problemów wydumanych, wyolbrzymianych przez dostatnio żyjące osobistości nie mogące przestać użalać się nad sobą samym, to tekst „Open” jak i towarzysząca mu muzyka przeszywają do szpiku kości. Zagrało tu bowiem wszystko: utrzymany w średnim tempie riff przewodni utworu, przesterowane, miękkie ale szarpiące gitary, coraz bardziej szaleńcza maniera w głosie Smitha, posuwająca się do granic paniki wraz z rozwojem tekstu oraz sam tekst, który w sposób niezwykle bezpretensjonalny a do tego poetycki opisuje uczucia, jakie wybuchają w głowie muzyka zmuszonego po raz tysięczny do umizgiwania się do obcych ludzi, tylko po to, by zwiększyć zainteresowanie albumem. Słuchając Smitha czuje się jego zagubienie i poczucie osamotnienia, potrzasku z którego nie sposób się uwolnić. Stanowi to olbrzymi kontrast w stosunku do tych kompozycji, które zespół postanowił rozpowszechnić w ramach singli. Zamykający album „End” to w zasadzie kontynuacja utworu rozpoczynającej płytę, choć ubrana w słowa bardziej zwiewne, mniej dosłowne i mogące również odnosić się do relacji uczuciowych:

„Wydaje mi się, że dotarłem do etapu w którym równie bezsensownym zdaje się kontynuowanie jak i poddanie się. Proszę, przestań mnie kochać. Nie spełniam żadnych z twoich oczekiwań”.

Oba utwory spinają klamrą płytę wypełnioną smutkiem i ironią podszyytą rezygnacją oraz niemą zgodą na wykrzywiony obraz rzeczywistości, jaki oplatał The Cure w trakcie ich rynkowej dominacji. Tak należy tłumaczyć chociażby tekst „Wendy Times” -utworu radosnego melodycznie, sprawiającego wrażenie, kolejnej miłosno-słownej igraszki z której The Cure było tak dobrze znane chociażby z albumu „Kiss me, Kiss me, Kiss me”. A jednak Smith rozprawia się w nim z pokusami, prostymi rozwiązaniami problemów i sztuczną sympatią osób otaczających muzyków w trakcie trasy. Zwłaszcza kobiet i ich interesownej chęci umilenia artystom czasu.  Nie jest to utwór muzycznie przesadnie udany ale w połączeniu z tekstem, sprawia wrażenie złowieszcze, przywołując jeszcze klaustrofobiczne obrazy zamknięcia w sztucznie wytworzonej bańce i życiu nie mającym przełożenia na funkcjonowanie w realnym świecie.

To nie koniec jednak utworów, które zapadają w pamięć. Jest ich znacznie więcej. Bez wątpienia wskazałbym bardziej cure’owo-depresyjne „Apart” zaopatrzone w jeden z najbardziej otępiających i pozbawionych nadziei tekstów jakie wydała na świat współczesna (zabrzmi to niczym żart) muzyka rozrywkowa. Nikt nigdy wcześniej i nigdy później nie zdołał ubrać w tak piękne słowa bólu i poczucia osamotnienia dwójki ludzi – emocji związanych z nieuchronnym i pewnym już rozpadem więzi łączących dotąd kochanków, jak zrobił to Robert Smith:

Czeka by zrozumiała/Ale ona nie jest w stanie zrozumieć/Ona czeka całą noc by w końcu zadzwonił/Ale on już nigdy nie zadzwoni/On czeka, by powiedziała: „Wybacz”/Ale ona jedynie spuszcza swoje oczy w kolorze czarnych pereł/Modląc się by on powiedział: „Kocham cię”/Ale on już nie będzie kłamał/ W jaki sposób oddaliliśmy się tak od siebie?/ Byliśmy przecież tak blisko/ Myśleliśmy, że ta miłość będzie trwała wiecznie

Każdy kto potrafi wykazać się odrobiną chociaż empatii musi odczuć olbrzymi ładunek emocjonalny płynący z tych słów. Nie mniejsze wrażenie robi genialny, monumentalno-psychodeliczno-rockowy, posągowy niemal „From The Edge Of The Deep Green Sea”. Tematyka niemal ta sama a jednak ujęta w sposób tak diametralnie inny, że zamiast uczucia przegranej wywołuje nostalgię za czymś minionym, straconym, co jednak wbrew woli dwóch osób staje się niejako naturalnie częścią przeszłości.

„Jedyne czego pragnę to utrzymać to uczucie/ Ty i ja samotnie/sekretne pocałunki/nie odchodź nie pozwól by to się skończyło/ proszę pozostań”

Utwór „From The Edge Of The Deep Green Sea” należy do najpiękniejszych utworów, jakie kiedykolwiek słyszałem. Nie jestem w stanie uwolnić się od niego pomimo wielu lat, w trakcie których miałem okazję się z nim osłuchać, lat w których zdążyłem dawno wyrosnąć z nastoletniego weltschmerz’u. Czas przemija, przeminęły też niezykle-ważne-i-nie-do-rozwiązania problemy dawnych lat, ale utwór utrzymał swój ładunek emocjonalny, który trafia do mnie zawsze, gdy tylko włączę płytę „Wish”. Album kompletny i poruszający.

Kuba Kozłowski, Ocena 6

CZY CHCIELIBYŚCIE ZOBACZYĆ MUZYKĘ Z BOCZNEJ ULICY W POSTACI TRADYCYJNEGO, DRUKOWANEGO KWARTALNIKA?

Drodzy miłośnicy wspaniałej muzyki – niemodnej, niegranej, niepopularnej. Muzyki zbyt ambitnej na mainstream. Muzyki już zapomnianej i odchodzącej do lamusa – czy Wy też uważacie, że na Polskim rynku brakuje pisma muzycznego skierowanego bezpośrednio do Was? Spełniającego wasze potrzeby? Pisma, które nie ustawałoby w próbach przybliżenia wam muzycznych perełek z przeszłości bądź skierowania uwagi na nowe, dotąd nieznane twórcze alejki?

Wesprzyj nasz projekt! Przekazując datek na Pomagam.pl

(Łącznie odwiedzin: 941, odwiedzin dzisiaj: 1)