Pisząc o muzyce często zapomina się o czymś tak podstawowym, jak jej regularne słuchanie… Dlatego też postanowiłem poświęcić kilka wolnych godzin, jakie udało mi się wyrwać tylko dla siebie z przepełnionego planu dnia, na posłuchanie czegoś z mojej zabałaganionej kolekcji. 
 
I mówiąc „zabałaganiona” mam na myśli, że czasami zapominam nawet, że daną płytę nabyłem. Tak właśnie było z albumem „Volume One” zespołu The Human Beast. To znaczy, znałem go i nieraz miałem okazję odsłuchać materiał, ale wypadło mi z głowy, że zakupiłem również wznowione wydanie wypuszczone na rynek przez wytwórnię Sunbeam. Posłuchałem więc sobie cały materiał na słuchawkach i… no, kurczę, dobrze pamiętałem. Ta płyta potrafi stopić mózg. Klimatem, hipnotycznymi improwizacjami i pewnym, nie wiem jak to inaczej określić, niepokojem, który wytwarza w głowie słuchacza. Oczywiście nie jest to materiał na evergreen i też nigdy nim się nie stał… Wiecie, nikt nie słyszał o „Volume Two” – tyle, że takie właśnie płyty są najlepsze.
Dostarczają one słuchaczowi przeżyć, które trudno byłoby odtworzyć na kolejnych albumach. Prawdę mówiąc nie wiem nawet, czy chciałbym je odtwarzać. Human Beast prezentuje muzykę, która jest dobra na ten jeden raz, kiedy to po raz pierwszy poznajesz utwory, dźwięki i pomysły wykonawcy. Wtedy podoba się najpełniej. Do płyty warto oczywiście wracać ale… nie za często. „Volume One” zostało nagrane w czasach, kiedy wytwórnie mogły sobie pozwolić na ryzyko a rynek był tak chłonny, że nawet nietrafiony pomysł (a mało kto w ogóle zaprzątał sobie głowę aby zakontraktowany zespół po prostu p r z e s ł u c h a ć) pozwalał wyjść decydentom na swoje. Dzięki temu pojawiały się dziwadła i potworki tak specyficzne i intrygujące, że po przesłuchaniu nie pozostaje nic innego jak zapytać „Co też się przed chwilą stało?”.  
Warto jednak wspomnieć, że sami muzycy, którzy dostali 12 godzin na rejestrację płyty, nie byli zadowoleni z finalnego efektu. Ba, byli z niego tak bardzo niezadowoleni, że podobno ich zainteresowanie całym projektem wygasło jeszcze zanim wysłuchali finalnego miksu, który zresztą doprowadził ich niemal do płaczu. Teraz, po latach, nie znając ich pierwotnego zamysłu, nie odczuwam jakichś wielkich braków w produkcji albumu, ale podobno efekt był dla The Human Beast tak okropny, że od nagrania się odcięli. Jeżeli wierzyć wspomnieniom zespołu, to utwory nijak nie mają się do potężnych, przepełnionych siłą i energią wersji na żywo.  Zresztą o czym tu mówić, skoro przed nagraniami zespól jadąc do Londynu z Edynburga zapomniał wszystkich talerzy do perkusji…
Czego by jednak muzycy nie myśleli o albumie, to mamy do czynienia z genialną, mroczną psychodelią i to z charakteru tej „cięższej”. Poza improwizacjami, jak „Naked Breakfast” czy pokaźnego fragmentu „Mystic Man” mamy niezwykle, naprawdę niezwykle klimatyczne i „narkotyczne” „Apperance is Everything, Style is A Way of Living” – z którego zresztą formacja zaczerpnęła swoją nazwę (pierwotna, „Skin” była już zajęta). Oprócz tego chociażby „Circle of the Night” w trakcie którego można wyczuć, że zespół nie do końca zadowolony był z efektu prac i postanowił ograniczyć zaangażowanie.
„Volume One” jako całość stanowi obecnie bardzo inspirujące przeżycie, pozwalające przenieść się w wyobraźni (lubię z niej skorzystać słuchając albumów) na początek lat 70. Prosto w czasy, kiedy to pamięć o lecie miłości była jeszcze żywa, ale muzyka skręcała niejeden raz w bardziej mroczne, boczne rejony ludzkiej psychiki.
Kuba Kozłowski, Ocena: 4+
U nas obowiązuje skala szkolna:
1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

(Łącznie odwiedzin: 106, odwiedzin dzisiaj: 1)