Wielki Entombed! Można by powiedzieć swoista wizytówka szwedzkiego death metalu. Przez wielu uważany za najważniejszy zespół szwedzkiej sceny obok takich potęg jak nieistniejący już Dismember (szkoda po tysiąckroć) czy Unleashed. Zaczynając jako Nihilist dorobili się uznania w okresie demówkowego boom’u, a po przekształceniu w Entombed zdobyli sławę debiutem „Left Hand Path”, który do tej pory uznawany jest za ich najwybitniejsze dzieło.

Następujący po nim „Clandestine” powstawał w nieco trudnych okolicznościach, i nie była to tylko ogromna presja związana z oczekiwaniami wobec kolejnej płyty. Wokalista, L.G Petrov, został nagle wykopany z grupy przez jej lidera Nick’ego Anderssona, jako, że podobno startował do dziewczyny Nick’ego, co oczywiście nie było prawdą. Sam L.G był mocno tym faktem zaskoczony i zszokowany, zanim Nicke ochłoną to wiele mocnych słów zostało powiedzianych i nie było już odwrotu, przynajmniej w tamtej chwili.

Jak wiadomo L.G rok później wrócił do Entombed. Zanim się to jednak stało Andersson musiał znaleźć na cito nowego wokalistę. Pierwszym pretendentem był Orvar Safstrom z Nirvany 2002 z którym nagrali Epkę „Crawl”. Ostatecznie jednak został nim Johnny Dordevic. Wbrew temu co napisane we wkładce do „Clandestine” Dordevic nie zaśpiewał ani jednej nuty na albumie, wszystkie wokale zostały nagrane przez Nick’ego. Nowy wokalista nie sprostał oczekiwaniom, Nicke później przyznał, że o przyjęciu Dordevic’a zadecydował głównie fakt, że byli dobrymi kumplami. Johnny zaśpiewał z zespołem dopiero na trasie promującej płytę.

Powiem szczerze, że wolę ten album niż „Left Hand Path”. Dlaczego? Za klarowne, wyraziste brzmienie. Jest masywne i tłuste jak to u Entombed, a jednocześnie słychać te wszystkie smaczki. Wszystko dzięki podkręceniu na maksa średnich tonów w gitarach. Płyta może utraciła trochę ze swojej brutalności w porównaniu do poprzednika, ale ze względu na efekt końcowy można im to wybaczyć. Wokale Nicke’ego są sporo słabsze od tych którymi włada L.G i to słychać, ale za to jak on wali w bębny, mistrzostwo!

Gdyby nie cała afera z opuszczeniem zespołu przez Petrova „Clandestine” miałby spore szanse prześcignąć „Left Hand Path” oraz wiele innych death metalowych płyt powstałych w tamtym czasie, ale cóż, life is brutal and full of zasadzkas, więc tak się nie stało. Mocno się nie pomylę stwierdzając, że większości z was ta płyta jest bardzo dobrze znana, tym którzy nie mieli jeszcze okazji z nią obcować (a takich raczej nie ma) zalecam rychłe nadrobienie zaległości.

Przemysław Bukowski

Welcome to the Morbid Blog

(Łącznie odwiedzin: 112, odwiedzin dzisiaj: 1)