„Ten zespół reprezentuje amerykańską kulturę młodzieżową. Kształtują ją ludzie tacy jak Wino, którzy nie mają nic do stracenia i w zasadzie nie mają po co żyć”. Bez dwóch zdań opinia Henrego Rollinsa jest przesadzona i nastawiona na tani efekt. Robert Scott „Wino” Weinrich nie był i nie jest lunatykiem, straceńcem ani osobą dystansującą się od codzienności życia (chociaż jego kariera w szeregach posępnych Saint Vitus mogłaby sugerować coś innego). Wino jest za to bez wątpienia charyzmatycznym, oddanym muzyce twórcą, którego w sposób oczywisty  przyrównać można do Iana Kilmistera. Chociaż nigdy nie zdobył nawet namiastki popularności jaką mógł się cieszyć legendarny lider Motörhead, to jego wpływ na kształtującą się amerykańską scenę doom metalową i stoner rockową jest nie do przecenienia. A jednak początkowe muzyczne projekty Wino, w tym również niezwykle intrygujący i odrobinę już zapomniany The Obsessed w większym stopniu korzystały z wpływów klasycznego hard rocka oraz dorobku niezwykle wpływowej na początku lat 80. sceny hardcore punku. Gdyby jednakże sprowadzić muzykę The Obsessed jedynie do tych dwóch składowych, nie oddałoby się zespołowi należnej sprawiedliwości. Scott Weinrich i jego twórczość to o wiele, wiele więcej.
Opinia Rollinsa dążącego do uwypuklenia nihilistycznych i „doomowych” cech charakteru Weinricha jest symptomatyczna ustach osoby znanej ze swojej pokaźnej muskulatury i twardego charakteru. Ten w oczywisty sposób sztucznie budowany na potrzeby fanów i prasy obraz utwierdzać miał zmaskulinizowany wizerunek Weinricha. Trudno jednak wyobrazić sobie, aby w kontaktach z Wino nie było miejsca na dyskusje. Przeczy zresztą temu eklektyzm tworzonej przez niego muzyki – wpływy Black Sabbath, wczesnego NWOBHM (a w zasadzie Motörhead) i wściekłość punk rocka wzbogacona o beatlesowskie wyczucie melodii i bluesowy feeling dopełniają się na płytach The Obsessed. Tworzą tym samym nową jakość, która z czasem zacznie być utożsamiana  z początkami dojrzałej amerykańskiej sceny doom metalowej na równi z Trouble czy Saint Vitus wpływając ponadto na brzmienie stonerowych instytucji pokroju Kyuss, Sleep czy Orange Goblin.
W okresie poprzedzającym założenie The Obsessed, Wino działał już na podziemnej scenie stanu Maryland tworząc wraz z zespołem Warhorse. W roku 1978 stanowili rozpoznawalną markę wśród bywalców lokalnych koncertów, jednak ich występy nigdy nie wyrosły ponad nieznaczące imprezy organizowane w okolicznych liceach. W okresie dominacji muzyki disco docierali jednak do zbuntowanej młodzieży czekającej na renesans gitarowego grania, znajdującego się w głębokim odwrocie po roku 1976 i upadku popularności klasycznego blues i hard rocka. Przesterowane gitary, często nienastrojone i pozbawione niezbędnych do czystego grania strun zaczęły stawać się wyrazem buntu ubogiej klasy robotniczej, wśród której coraz większą popularność zdobywał kakofoniczny jazgot pierwszej fali punk’a. Zespoły Sex Pistols, The Dammned, The Clash, czy Ramones w USA przywróciły pierwotną energię muzyce, która coraz częściej wyrażała niezgodę na otaczającą rzeczywistość, rezygnując z hedonistycznych i pseudo artystycznych zapatrywań dotychczasowych ikon rocka. Wkrótce nadeszła druga fala a scena hardcore’owa rozpoczęła dominację wśród najbardziej anarchistycznej i społecznie uświadomionej młodzieży. Buntowano się i to niejednokrotnie w sposób niezwykle agresywny. Podejście to najlepiej wyraża, dosyć wyświechtana już maksyma „jesteś z nami albo przeciwko nam”. Jeżeli nosiłeś długie włosy automatycznie uznawano cię za relikt starych czasów, anachronizm nieprzystający do realiów, nie dostrzegający tkwiącej w muzyce siły mogącej doprowadzić do społecznych zmian. Fryzura mogła określić, czy budujesz nową społeczno-kulturową pokoleniową świadomość,  czy zadowalasz się wypiciem kilku piw i dobrą zabawą – co stanowiło wówczas synonim rockersa stojący w absolutnej opozycji do propagowanego np. przez Iana McKaye’a (Minor Threat i Fugazi) ruchu straight edge. W przypadku Scotta Weinrich’a było jednak inaczej. Muzyk potrafił znaleźć dla siebie miejsce na zdominowanej przez punków scenie muzycznej pomimo tego, że, jak zauważył Dale Crover z The Melvins, „The Obsessed grali Sabbathowskie riffy w czasach, kiedy uważano to za szczyt obciachu”.
W tamtym czasie działalność zespołu zatrzymała się jednak na opublikowaniu trzech taśm demo nagranych w latach 1980, 1982 i 1985. Utwór „Concrete Cancer” trafił co prawda na składankę Metal Massacre VI wydawanej przez Metal Blade a zespół podpisał umowę z wytwórnią na przygotowanie pełnoprawnego albumu, jednak płyta z marszu trafiła na pięć lat do archiwum wydawcy. Jej podstawę stanowiła kompilacja utworów z wydanych wcześniej demówek. Kompozycje te od dawna znajdowały się w koncertowym obiegu i to właśnie jakość występów na żywo The Obsessed zapewniła Weinrichowi posadę w Saint Vitus. Zaangażowanie w nowy projekt, obowiązki koncertowe jak i zawód z braku postępów  w rozwoju macierzystego zespołu zadecydowały o jego rozwiązaniu. W roku 1990 niewielka wytwórnia Hellhound Records, która niedługo wcześniej przejęła wydawanie Saint Vitus, odkupiła prawa do debiutanckiego albumu The Obsessed od Metal Blade dzięki czemu materiał trafił w końcu do sklepów. Wino zyskał tym samym możliwość reaktywowania zespołu, przygotowując wydany raptem rok później „Lunar Womb”.   

W roku 1994, jeszcze przed wydaniem „The Church Within”, najlepszego w dyskografii The Obsessed albumu, wspomniany już Henry Rollins – jedna z największych legend hardcore’u – opisywał swoje pierwsze spotkanie z Wino: „We wczesnych latach 80. gdy wychodziłem z pracy zauważyłem po drugiej stronie ulicy groźnie wyglądającego, długowłosego gościa. Ja byłem ogolony na łyso a w tamtych czasach takie spotkanie oznaczało kłopoty. W każdym razie musiałem przejść przez ulicę, dokładnie w jego kierunku. Można było z góry założyć, że dojdzie do konfrontacji. Przechodzę koło niego a on mnie zaczepia. No to się zaczyna – pomyślałem – pytam jednak, o co chodzi. Zauważyłem, że obserwuje moje przypinki. Miałem między innymi jedną z Motörhead, podobnie jak on. Długowłosy pokazuje na nią i mówi, że to świetny zespół. Potem wskazuje na przypinkę z moją kapelą (był to zespół State of Alert –przyp. JK) i mówi, że jest całkiem niezła. Wywiązała się rozmowa i Wino na szczęście mnie nie zabił (śmiech)”.

Ku zdumieniu Rollinsa (a podobne odczucia towarzyszyły również członkom kultowych zespołów Minor Threat i Rites of Spring) okazało się, że można mieć długie włosy nie odcinając się równocześnie od sceny punkowej, w tamtych latach, dzięki drugiej fali, coraz bardziej nowatorskiej i inspirującej. Wpływy te będą się zresztą przejawiać poprzez kolejne albumy The Obsessed bardzo wyraźnie. Faith, Bad Brains, Black Flag, The Stooges, The Dictators czy The Saints, wspomniana już klasyka hard rocka ale też np. eklektyczny blues rock ZZ Top – znajdywały swoje odzwierciedlenie w utworach pisanych przez Weinricha. Nawet, jeżeli sprowadzały się do kilku akordów, ogólnego klimatu piosenki czy wymowy tekstu. Inaczej ma się sprawa z elementami czysto doom metalowymi. Chociaż porównania między Saint Vitus i The Obsessed powracają regularnie, to wydają się one wynikać głównie z faktu, że Weinrich udzielał się w obu projektach. O ile jednak jego rola w szeregach legendy doom’u sprowadzała się w zasadzie do funkcji wokalisty i gitarzysty (kompozytorsko udzielał się okazjonalnie – na „Mournful Cries” napisał dwa utwory: „Intro/Bitter Truth” oraz „Looking Glass” a przy okazji prac nad „V” jego pomysły wykorzystano wyłącznie w utworze „When Emotion Dies”) to The Obsessed było w całości podporządkowane jego wizji artystycznej. Bardzo wyraźnie różnice między Weinrichem a Davem Chandlerem, głównym kompozytorem Saint Vitus, widać już przy okazji materiału, który The Obsessed przygotował w roku 1985. Utwory nagrane przez pierwotny skład The Obsessed zaskakiwały swoim przemyślanym charakterem i nieoczywistą przebojowością. Kompozycje  „Tombstone Highway”, „The Way She Fly” czy „Forever Midnight” (w takiej kolejności umieszczone na płycie) maja wyraźną, charakterystyczną i raczej chwytliwą melodię, kształtowaną dobrą pracą gitary i niespiesznym tempem sekcji rytmicznej. Jest w tych utworach coś nostalgicznego, co od razu przywołuje na myśl muzykę połowy lat siedemdziesiątych. Wszystkie trzy nagrane zostały w stylu najlepszych dokonań podziemnego hard rocka spod znaku Buffalo, Bang czy Orang Utan chociaż, generalnie, wyzbytych z elementów psychodeli. Kolejne kompozycje „Ground Out”, „Fear Child” i „Freedom” to już czysty heavy metal, z tą jednak różnicą, że specyficznie ciepła i chropowata barwa głosu Wino łagodzi ich wymowę. Z  doomem kojarzy się w zasadzie wyłącznie „Red Disaster”, któremu chyba najbliżej do dokonań Saint Vitus. Wraz z utworem „Inner Turmoil” pojawiają się za to wyraźne wpływy hardcore’u. Warto jednak zwrócić uwagę w jaki sposób elementy te wprzęgnięte zostały w kompozycje – nie są to zapożyczenia oczywiste i narzucające się przy pierwszym odsłuchu. Twórczość The Obsessed płynie własnym nurtem do którego od czasu do czasu wpływają strumyki łączące je z innymi stylistykami dominującymi na rynku.  
  

 

Kolejne płyty przygotowane dla Hellhound Records komercyjnie nie spełniły pokładanej w nich nadziei, chociaż artystycznie nie odbiegały znacząco od doskonałego debiutu. Płyta „Lunar Womb” nagrana została w zmienionym składzie. Na perkusji zaangażowano Grega Rogersa a na basie Scotta Reedera, który jednak wkrótce po premierze płyty odszedł aby zasilić szeregi Kyuss. Jego wpływ na kształt poszczególnych utworów jest jednak zauważalny, dzięki specyficznie sennej pracy basu oraz wokalizom Reedera wykorzystanym w utworach „Bardo” (kompozycja generalnie mało charakterystyczna brzmieniowo) oraz „Back To Zero” (najlepszy na albumie, o typowo stonerowskiej motoryce). Szczególnie ten drugi nadaje płycie świeżość i energię, której często brakowało w głosie Weinricha. Warto wsłuchać się również w chwytliwy, gnany doskonałym hard rockowym riffem „Brother Blue Steel” oraz „Jaded” – progresywnie zaplątany proto stoner rock budujący przestrzenny klimat albumu. W porównaniu do debiutu „Lunar Womb” jednak zawodził, co bynajmniej nie oznacza, że nie wart jest uwagi. Dyskografię zamyka dojrzały „The Church Within” ponownie nagrany w zmienionym składzie (Reedera zastąpił Guy Pinhas). Jak każdą płytę zespołu, album rozpoczyna porywające hard rockowe uderzenie. „To Protect and To Serve” doskonale wprowadza w specyficzny nastrój albumu, który chociaż nie pozbawiony ciężkiej melodyki to ze względu na produkcję sprawia wrażenie sennego i stonowanego. Charakter płycie nadają ponadto utwory „Field of Hours” (pochodzący jeszcze z demówki z roku 1982), doomowy „Blind Lighting”, momentami punkowy „World Apart” czy „Neatz Brigade”, mający coś z ze specyficznego brzmienia rozwiniętego później przez scenę Seattle wzbogaconego o hardcore’owe naleciałości.  

Pomimo braku znaczącego sukcesu komercyjnego Scott Weinrich pozostaje wierny swojemu pierwszemu zespołowi i niezależnie od późniejszej działalności pod szyldem Spirit Caravan i Saint Vitus (niedoceniana płyta „Lillie: F-65” z 2012 roku) ogłosił w marcu 2016 reaktywacje The Obsessed oraz nagranie nowego albumu studyjnego. Po raz kolejny jedyną osobą łączącą nowe wcielenie zespołu z dawnymi czasami pozostaje Wino. Pinhasa i Rogersa, którzy odeszli by założyć Goatsnake zastąpili basista Bruce Falkinburg, gitarzystka Sara Seraphim oraz perkusista Brian Constantino. Przed premierą „Sacred” doszło jednak do kolejnych zmian, co jednak nie odbiło się na poziomie najnowszego albumu. Ten jest po prostu znakomity.

Każdy, kto chciałby zakupić pierwszą, najlepszą płytę zespołu powinien zajrzeć na stronę Bandcamp https://theobsessed.bandcamp.com/ gdzie obecnie dostępne są zremasterowane wznowienia na LP i CD.
Tekst ten w zmienionej wersji ukazał się pierwotnie w Lizard Magazyn

(Łącznie odwiedzin: 225, odwiedzin dzisiaj: 1)