W roku 2015 rynek wydawniczy zdawał się łaskawy dla fanów hard rocka. W nie tak odległym od siebie terminie ukazały się płyty AC/DC, Black Star Riders, Uriah Heep, zremasterowane Phisical Graffiti, „Bad Magic” Motörhead czy zaskakująco dobry materiał polskiego zespołu RusT i płyta The Stubs. Zawiódł co prawda nowy Whitesnake (czego można było się spodziewać po takiej a nie innej koncepcji albumu) ale i tak nie ma najmniejszych powodów do narzekań. Jak na tym tle prezentował się The Answer, kolejny po BSR przedstawiciel irlandzkiego (choć o różnych Irlandiach tu mowa) rocka? Co najmniej przyzwoicie. A nawet dobrze. Jeżeli jednak zespół chce pozostać wiarygodny w świecie hard rocka to, na Boga, nie powinien zbliżać się na kilometr do stylistyki U2, muzyków Royal Blood odganiać kijami a ballady śpiewać tylko przy ognisku. I to najlepiej dla zalanych w trupa towarzyszy.
W ciągu pierwszych kilku miesięcy od premiery słuchałem „Rise a Little Hell” właściwie na zmianę z „The Killer Instinct” dzięki czemu dość jasno rozróżniam dwie odrębne ścieżki jakimi podążają oba zespoły. O ile Black Star Riders mogło zapaść się pod ciężarem legendy Thin Lizzy, to po męsku wzięło na barki bagaż swojej przeszłości. Dzięki temu „The Killer Instinct” zawiera muzykę nie odbiegającą aż tak bardzo od chwalebnych dokonań Phila Lynotta a jednak przesiąkniętą duchem nowych czasów. Z kolei The Answer, choć przeszłość ma właściwie żadną, to w sposób dość chaotyczny zapełnia worek podróżny z napisem „inspiracje”. Tym samym, z nieznanych mi powodów, zespół utrudnia sobie niedawno rozpoczętą drogę.

 

 
Na „Raise a Little Hell” muzycy raz podgryzą Led Zeppelin („I Am Cured”), w innym momencie pożyczają od  Edge’a parę rifów („Whiplash”), by następnie skorzystać z dobrodziejstw anty-finezyjnej młócki à la Royal Blood („Last days of Summer”) albo podejrzeć Angusa Younga przy pracy („I Am What I Am”). I gdyby oceniać muzykę zespołu na podstawie sumy poszczególnych części składowych, to uzyskalibyśmy mało odkrywczy, drugoligowy zespół na dorobku. To, że jest inaczej The Answer zawdzięcza charakterystycznemu wokalowi Cormaca Neesona oraz sporym umiejętnościom kompozytorskim muzyków. Daje to nadzieję, że zapożyczenia od rockowych gigantów nie są jedyną znaną zespołowi receptą na sukces. Przypuszczenie to potwierdza kilka fantastycznych kawałków, wśród których niepodzielny prym wiedzie singlowy „Red”. Na albumie czeka nas jednak kolejnych jedenaście utworów z których co najmniej trzy można było dla dobra płyty spokojnie wyrzucić.
Na sam początek The Answer proponuje słuchaczowi  to, co ma do zaoferowania najlepszego: „Long Live Renegates” tchnie duchem lat siedemdziesiątych, nienachalną przebojowością (choć to wyświechtany frazes), świetną linią melodyczną i nieśpieszną (a jednak wibrującą) hard rockową motoryką. Już pierwsza minuta utworu pokazuje, gdzie należy szukać największej zalety albumu. Cormac Neeson dysponuje chropowatym, wysokim głosem stawiającym go ścisłej czołówce rockowych wokalistów. Z kolei  zespół od czasu płyt Rise i Everyday Deamons wciąż rozwija umiejętność pisania chwytliwych melodii. To czego brakuje, to charyzma. Słuchając oglądając czy rozmawiając z muzykami ma się wrażenie, że właśnie przyszło się na spotkanie z chłopakami ze wspólnego podwórka.
Dalej mamy przebojowy „The Other Side”, przywodzący na myśl dokonania alternatywnego rocka lat dziewięćdziesiątych oraz mocniejszy „Aristocrat”. Potem zaczynają się niestety stylistyczne wycieczki w niebezpieczne rejony. O ile „Cigarettes & Regret” utrzymuje wysoki poziom początkowych nagrań z płyty, to za niepotrzebne uważam wprowadzenie w tle pop-rockowych gitar inspirowanych chyba „Mr. Brightside” The Killers. Prawdziwy ból uszu zaczyna się jednak wraz z „Last Day of Summer”. Słuchając przesterowanych instrumentów myślałem przez chwilę, że ktoś ukradkiem zmienił płytę. Nie widzę żadnych sensownych powodów, dla których klasyczne gitarowe granie lat 70’ zespół postanowił nagle zamienić na Royal Bloodową sieczkę. Wpływy duetu są w tym utworze tak odczuwalne, że ruch ten musiał być celowy i wyrachowany. Pytanie tylko, czy wynikał on z decyzji zespołu czy wpływów hiszpańskiego producenta, Guliermo Mayi. 
Zgrzytliwy przester znika jednak tak szybko jak się pojawił a kolejny utwór to już próba zmierzenia się zespołu z gitarową balladą, zupełnie na tej płycie niepotrzebną. Problemem nie jest jednak balladowa stylistyka- Deep Purple nagrywali ballady, Led Zeppelin nagrywali ballady. Nawet Motörhead próbował. Tylko, że wówczas powstały „Child In Time”, „Stairway to Haven” czy „I Ain’t No Nice Guy”. „Strange Kinda` Nothing” jest utworem tak nijakim, że rozrzedzając konsystencję płyty nie jest w stanie zaoferować nic w zamian. The Answer dość szybko zawraca jednak z obranej drogi do nikąd, serwując nam „I Am What I Am”, jakby żywcem wyjęty z płyty AC/DC. Zresztą podobieństwo do utworu „Rock or Bust” jest bardzo wyraźne, wystarczy posłuchać początkowego riffu. Następne w kolejce „Whiplash” i „Gone Too Long” nie wyróżniają się niczym, poza gitarą na modłę Edge’a w pierwszym z wymienionych utworów. I tu po raz kolejny zastanawiam się, po co The Answer ucieka od stylistyki, w której czuje się ewidentnie najlepiej błądząc gdzieś po manowcach. 
Słabszy środek albumu rekompensuje jego końcówka ze wspomnianym już „Red” na czele. Utwór ten wraz z „Raise a Little Hell”  i „I Am Cure” (tu z kolei kłania się Led Zeppelin i „In My Time of Dying”) powoduje, że na przyszłość The Answer patrzę z zaciekawieniem. Na razie za mało w ich muzyce bluesa a za dużo stylistycznych niekonsekwencji, jednak już „Rise a Little Hell” jest albumem dobrym. Może do żadnego kanonu muzycznego nie wejdzie, ale słucha się go z przyjemnością. Co ważniejsze, w historii zespołu widać wyraźny rozwój, a kolejne płyty prezentują coraz wyższy poziom. Zespół musi jedynie ostatecznie ugruntować własny styl i przestać oglądać się na innych 



Kuba Kozłowski, Ocena: 4



U nas obowiązuje skala szkolna:

1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

 
 
 
Tekst ten ukazał się pierwotnie (w lekko zmienionej formie) w serwisie www.dnamuzyki.net  do którego serdecznie zapraszam!
 

(Łącznie odwiedzin: 48, odwiedzin dzisiaj: 1)