Akt I

Królowie metalu klimatycznego (1988-1995)

Angielski Paradise Lost to jeden z najciekawszych, ale jednocześnie wywołujących spore kontrowersje zespołów metalowych. Gdyby określić jednym słowem ich twórczość to najbardziej właściwym wydaje się „zmienność”, bo tak właśnie przedstawia się już ponad trzydziestoletnia historia dokonań zespołu. Jest to okres ciągłych zmian prezentowanej estetyki i prowokowania fanów śmiałymi woltami stylistycznymi. Dotyczy to także najbardziej cenionego przez fanów okresu w twórczości zespołu czyli nagrania przez Anglików pierwszych pięciu płyt. I nie ma w tej kwestii znaczenia fakt, że dziś są one w większości uznawane za zespołową klasykę a także za jedne z najdoskonalszych przykładów tzw. klimatycznego oblicza muzyki metalowej.

Grupa została założona w angielskiej miejscowości Halifax w 1988 r. przez piątkę kolegów z lokalnej szkoły. A byli to wokalista Nick Holmes, gitarzysta solowy Greg Mackintosh, gitarzysta rytmiczny Aaron Aedy, basista Stephen Edmondson oraz perkusista Matt Archer. Co ciekawe więzy przyjaźni i zrozumienia między tymi panami okaże się na tyle trwałe, że aż czterech z nich stworzy trwały filar formacji, natomiast gorącym krzesłem w zespole i to dosłownie okaże się funkcja perkusisty, którą będzie pełnić w sumie aż sześć osób.

Ponieważ końcówka lat 80-ych, która w świecie ekstremalnych dźwięków była okresem szczytowej popularności thrash metalu powoli zastępowanego pierwszą falą uderzeniową death metalu sprzyjała młodym artystom, Anglicy niedługo po sformowaniu kapeli nagrali swoje pierwsze dwuutworowe demo „Paradise Lost” a w 1989 r. kolejne „Frozen Illusion”. Oba materiały wraz z fragmentami pierwszych koncertów doczekały się w 2009 r. oficjalnego wydania przez wytwórnię Century Media Records pod nazwą „Drown In Darkness – The Early Demos”. Nie więc problemu z ich dostępnością i zwłaszcza drugi z tych materiałów jest wart poznania. Nie dziwi więc fakt, że przyniósł on zespołowi spory sukces w metalowym podziemiu a także pierwszy poważny kontrakt płytowy z raczkującą w tamtym czasie na angielskim rynku a dziś kultową wytwórnią Peaceville Records. To jej nakładem został na początku 1990 r. wydany debiutancki krążek formacji zatytułowany „Lost Paradise”. Wraz z debiutem amerykańskiego Autopsy budował on światową pozycję wytwórni Hammy’ego, wykraczającą poza lokalny, angielski rynek, w który Peaceville celowała w pierwszych latach swego istnienia.

Lost Paradise (1990)

Ozdobiona dziwną, przedstawiającą maszynę żywcem wyjętą z kultowego w tamtym czasie filmu Predator z Arnoldem Schwarzeneggerem w  roli głównej płyta przynosi już na starcie dość oryginalną i odcinającą się mocno od ówczesnych metalowych trendów muzykę. „Lost Paradise” to generalnie album death metalowy, który jednak z racji tego, że został zagrany w całości w tempach wolnych oraz średnich ma w sobie wiele pierwiastków zapoczątkowanego kilka lat wcześniej przez Trouble, Saint Vitus i Candlemass doom metalu.

Deathowo przedstawia się przede wszystkim sfera wokalna. Nick Holmes posługuje się jedynie growlingiem o bardzo niskim, wyrazistym, lekko „niedźwiedzim” zabarwieniu, który od czasu do czasu bywa wspierany przez agresywne, dość wysokie wrzaski. Wszyscy, którzy cenią Anglika za jego czysty, niski, głęboki śpiew, tej formy wokalnej na „Lost Paradise” nie znajdą. Z death metalem wiele wspólnego ma również praca gitar w dużym stopniu opierająca się na chropowatych, prostych riffach, często tworzących ścianę dźwięku na modłę znaną choćby z kultowego „To Mega Therion” Celtic Frost a także jazgotliwe i piskliwe solówki. Tylko miejscami przypominają one późniejszy, pełen zapadających w pamięci melodii, dojrzały styl gry Grega Mackintosha. Ale trzeba przyznać, że gitarzysta już na starcie cechował się dużą wyobraźnią, w efekcie czego udało mu się stworzyć sporo ciekawych a przy tym niebanalnych popisów, wyróżniających się na plus w poszczególnych utworach. Deathowy charakter ma także otwarta konstrukcja większości kawałków, w których zespół niestety jeszcze nie do końca sprawnie się porusza a często też ociera się o naiwność. Utwory z debiutu są zresztą jak na standardy PL dość długie, w większości przekraczając pięć minut.

O estetyce doom metalowej najmocniej świadczy leniwe tempo kompozycji, któremu jednak daleko do osiągnięć w tej kwestii choćby My Dying Bride czy Anathemy, o formacjach funeralnych już w ogóle nie wspominając. Ale też nie ma ono nic wspólnego z ultraszybkimi nawalankami klasyków death metalu pokroju Morbid Angel, Deicide czy nawet Autopsy. Ponoć to niezbyt szybkie granie było zasługą ograniczeń technicznych perkusisty Matta Archera, który po prostu nie był w stanie grać szybciej. I choć faktycznie kondycja perkusisty na kolana nie powala, to jednak nie odstaje on za mocno od reszty muzyków, którzy może za wyjątkiem Grega Mackintosha na „Lost Paradise” dopiero uczyli się swego rzemiosła. Z doom metalem kojarzy się również melodyjny i ciężki charakter muzyki Paradise Lost, często w tej kwestii nawiązujący do pierwszych dwóch albumów Candlemass a także mroczny i dołujący jej klimat, taki jak klasyczna angielska pogoda z częstymi opadami, dużym zachmurzeniem i brakiem słońca.

Surowej i bezkompromisowej muzyce towarzyszy dość słabe brzmienie, które wypada mocno garażowo a momentami też nieczysto, szczególnie w rzężącym momentami soundzie gitar. Niestety tak samo jak członkowie Paradise Lost dopiero uczyli się grać, tak też niełatwej sztuki producenckiej uczyli się dźwiękowcy ze słynnego w kolejnych latach Academy Studios. Dla nich debiut Anglików był jedną z pierwszych nagranych pozycji i niestety chluby temu miejscu nie przyniósł.

Co do zamieszczonych na płycie kompozycji zdecydowanie najlepiej prezentują się najwolniejsze, najbardziej doomowe i walcowate, będące przy tym drogowskazem dla stylistyki zespołu w kolejnych latach. Na pewno wyróżnia się z całości bujający, piłujący gitarowo, okraszony niezłą solówką „Paradise Lost” oraz klimatyczny i ponury „Rotting Misery”, który urozmaicono dźwiękiem bijącego co jakiś czas dzwonu oraz delikatnymi dźwiękami pianina. Nieźle wypada ciężarny, melodyjny i okresami wyraźne przyśpieszający „Deadly Inner Sense” a także instrumentalny, klimatyczny „Lost Paradise”, w którym po raz pierwszy na dłużej pojawia się charakterystyczne, łkające brzmienie gitary solowej Grega Mackintosha, stanowiące wzór do naśladowania dla setek klimatycznych zespołów metalowych z lat 90-ych. Pozostałe utwory to przeplatanka ciekawych fragmentów takich jak motoryczne, deathowe przyśpieszenia z delikatnymi wstawkami klawiszy w „Our Saviour”, długa, ambitna solówka we „Frozen Illusion” czy króciutka klimatyczna wstawka z kobiecym wokalem w „Breeding Fear” z dość przypadkowymi zbitkami średniej jakości riffów i zagrywek, które jako całość niestety nie porywają.

„Lost Paradise” stanowi pozycję o dużej wartości historycznej. Materiał ten wywołał spory szok wśród fanów ekstremalnego metalu, udowadniając że grać go można nie tylko ultraszybko, ale także poprzez dominację masywnych, walcowatych zwolnień. W konsekwencji w latach 90-ych na bazie takiej muzyki powstała europejska scena death/doom metalowa, która mocno wstrząsnęła ówczesnym światem. Ale także klasyczni deathowcy jak Autopsy, Entombed, Obituary, Gorefest czy nawet Morbid Angel po 1990 r. o wiele częściej zaczęli zwalniać na swoich płytach, co także można uznać za pośredni wpływ pomysłów Paradise Lost.

Odcinając się od historii oraz sentymentów nie sposób nie zauważyć, że zarówno w porównaniu z późniejszą dyskografią Paradise Lost jak i niektórymi debiutami innych przedstawicieli metalu klimatycznego choćby szwedzkiej Katatonii pierwszy album Anglików wypada słabo, niezbyt się broni a do tego brzmi mocno archaicznie. Braki warsztatowe i kompozytorskie członków formacji wyraźnie słychać w nie do końca udanych i często chaotycznych kompozycjach. Moim zdaniem jeśli ktoś chce poznać death/domowe oblicze Paradise Lost powinien zaczynać od „Gothic” albo którejś ze współczesnych płyt zespołu jak na przykład „The Plague Within”, które są zwyczajnie lepsze.

Pomimo powyższych wad debiutancki album Brytyjczyków dobrze spełnił swoją rolę. Paradise Lost zaczęli zdobywać coraz większą sławę w metalowym podziemiu a nazwa zespołu była coraz częściej wymieniana w podziękowaniach znajdujących się w książeczkach płytowych i kasetowych metalowych wydawnictw, co na początku lat 90-ych świadczyło o pozycji, jaką cieszył się dany zespół. Pojawiły się też pierwsze trasy koncertowe zarówno krajowe po Wielkiej Brytanii jak i zagraniczne. Tą ostatnią okazało się słynne supportowanie w krajach Europy Zachodniej kolegów z wytwórni czyli amerykańskiego Autopsy, a trasa ta w późniejszych latach została przez fanów określona jako symbol bezkompromisowej, młodzieńczej postawy, którą z czasem zespół porzucił.

W 1990 r. ukazała się też pierwsza epka grupy zawierająca zremiksowane na nowo kompozycje „Rotting Misery” i „Breading Fear” z debiutu. Dużo bardziej klimatyczny charakter pierwszego z wymienionych utworów bardzo spodobał się jego twórcom i wywarł duży wpływ na kształt stylistyczny drugiego albumu Paradise Lost. Ten ukazał się w kwietniu 1991 r. i, jak się miało okazać, bardzo mocno zmienił kształt muzyki metalowej, stając się jednym z ważniejszych wydawnictw w historii gatunku. I to mimo że czas nie obszedł się z nim zbyt łaskawie.

Gothic (1991)

Noszący dość mylącą nazwę „Gothic” rozwija i udoskonala doom/deathowe elementy „Lost Paradise”, kierując muzykę Brytyjczyków w stronę jeszcze większej melodyjności i klimatu z jednoczesnym ograniczeniem elementów ekstremy i deathowej agresji. Podobnie jak na jedynce Anglicy przez cały czas poruszają się w tempach wolnych i średnich, jednak tym razem utwory zyskały na dynamice i żywiołowości, nie będąc już tak ślamazarnymi i ociężałymi jak te sprzed roku. Charakteryzują się także olbrzymią chwytliwością, która jest przede wszystkim zasługą stylu gry na gitarze Grega Mackintosha.

Na „Gothic” po raz pierwszy zaprezentował on swoje charakterystyczne i powszechnie później naśladowane brzmienie instrumentu strunowego, wprowadzając do poszczególnych kawałków mnóstwo łatwo zapadających w pamięci, emocjonalnych melodii a nawet melodyjek. Do tego gitarzysta solowy nie ogranicza się do klasycznych solówek, choć tych jest także sporo ale towarzyszy liniom wokalnym a nawet zastępuje wokal Nicka w refrenach czy mostkach. Kontrapunktem dla wszechobecnych solówek jest ciężki podkład gitary rytmicznej, często utrzymany w klimatach klasycznego, doomowego piłowania z jakiego słyną choćby płyty Candlemass. Taki układ dwóch odmiennych brzmień gitar, wzbogacony dodatkowo wyraźnymi partiami basu Stevena Edmondsona stanie się charakterystyczną cechą stylu Paradise Lost. Co prawda na „Gothic” nie wyszedł on jeszcze w pełni z powodu absencji Aarona Aedy’ego i nagrania w wersji lekko zmiękczonej wszystkich ścieżek gitar przez Grega, jednak to właśnie na dwójce znajdują się korzenie takiego grania słyszalne przede wszystkim w takich utworach jak „Eternal” i „Shattered”.

Dużo bardziej melodyjnie zostały potraktowane wokale. Choć Nick Holmes wciąż skupia się przede wszystkim na niskim, wyrazistym growlingu a próby śpiewania przez niego naturalnym głosem w „Silent” są wyjątkowo nieśmiałe i dalekie od późniejszej doskonałości, to jednak lider Paradise Lost postarał się nadać swym rykom konkretne, miejscami bardzo chwytliwe linie melodyczne i nie ogranicza się do prób straszenia słuchacza, w co przede wszystkim celował na „Lost Paradise”.

Dodatkowym elementem stylu Paradise Lost stało się wprowadzenie do utworów wstawek instrumentów klawiszowych, orkiestracji oraz kobiecego śpiewu, ale trzeba zaznaczyć, że wciąż są to tylko drobne dodatki do klasycznego, metalowego grania. Klimat całości nie jest aż tak chory i trupi jak na debiucie, ale wciąż obraca się w mrocznych, deszczowych rejonach wrzosowisk Wielkiej Brytanii i Szkocji.

Poszczególne utwory podobnie jak na jedynce zbudowano na otwartych i nieszablonowych strukturach a tylko w „Shattered” i „Eternal” pojawia się charakterystyczna dla kolejnych albumów prostsza, zwrotkowo-refrenowa formuła piosenki. W porównaniu z „Lost Paradise” można odnotować duży postęp kompozytorski, bo choć muzykom wciąż zdarza się kierować kawałki w nie do końca przemyślane rejony, to jednak są one już bardzo składne, mają swoje momenty przede wszystkim refreny i solówki a także dobrze łączą w jedno ambicje zespołu z przystępnością materiału. Także członkowie Paradise Lost grają na wyższym poziomie, znając się na metalowym rzemiośle a wyjątkiem jest jedynie perkusista Matt Archera, którego toporne, proste walenie w bębny coraz mocniej odstaje od reszty zespołu i niestety obniża poziom całości. Po raz kolejny rozczarowuje produkcja, która ze swoją surowością, garażowością i sporą nieczystością zwłaszcza w temacie „pykającej” perkusji oraz „rzężącej” gitary rytmicznej wypada nawet gorzej niż ta z „Lost Paradise”. Niestety współpraca Paradise Lost z Academy Studios także w przypadku „Gothic” okazała się mocno nietrafiona.

 Z poszczególnych utworów wyróżniają się te, w których zespół postawił na większą dynamikę: gnający do przodu w rytm piłujących riffów, wzbogacony świetnymi solami i orkiestrowymi wstawkami „Dead Emotion”, najbardziej deathowy i agresywny, choć także nie pozbawiony domowych melodyjnych zwolnień „Rapture”; melodyjny i wyjątkowo zwięzły muzycznie „Falling Forever” oraz smutny a za sprawą świetnych, przewijających się przez całą kompozycję gitarowych melodii gitarowych oraz okazjonalnego kobiecego śpiewu także bardzo emocjonalny „The Painless”. Wolne, klasycznie doomowe oblicze Paradise Lost na dwójce reprezentuje rewelacyjny utwór tytułowy, będący jednym z większych hitów w dorobku zespołu przede wszystkim za sprawą świetnego dialogu między niskim, ponurym growlingiem Nicka a delikatnym, zwiewnym śpiewem niejakiej Sary Marion oraz niesamowitej dawki emocjonalnych melodii i solówek Grega. Nie można też nie wspomnieć o maksymalnie depresyjnym, wykrzyczanym przez Nicka w stylu przypominającym późniejsze histeryczne wrzaski Jonasa Renskiego z czasów pierwotnej Katatonii „Silent”. Największą sławę wśród fanów zdobył jednak „Eternal” – dynamiczny i przebojowy utwór, prowadzony przez cały czas chwytliwymi melodiami gitary Grega Mackintosha, równie ciekawym growlingiem Nicka oraz bogatym wykorzystaniem orkiestrowych i klawiszowych aranżacji. Popisem talentu gitarzysty oraz jego zdolności do tworzenia ciekawych narracji zawiera też instrumentalny „Angel Tears”. W finale albumu zespół zaprezentował krótkie, orkiestrowe outro „Desolate”, które przez wiele kolejnych lat było wykorzystywane do otwierania koncertów Anglików.

„Gothic” podobnie jak „Lost Paradise” to album o dużej wartości historycznej, pokazujący  korzenie stylu takich europejskich zespołów jak angielskie My Dying Bride, wczesna Anathema, szwedzkie Katatonia i Opeth, fiński Amorphis, norweski Theatre Of Tragedy, grecki Septic Flesh, polski Mordor i mnóstwo innych. Na bazie formuły dźwiękowej zaprezentowanej na tym albumie w latach 90-ych powstała zresztą bardzo silna scena tzw. metalu klimatycznego, która przez większość dekady cieszyła się sporym uznaniem fanów ciężkiego grania także w Polsce. Co ciekawe największy jej rozkwit miał miejsce w latach 1993-1997 a więc wtedy, gdy Paradise Lost z death/domową estetyką nie mieli już nic wspólnego.

Niestety ze względu na wyjątkowo marną produkcję oraz pewne braki kompozycyjne, drugi album Anglików nie robi już na słuchaczu aż takiego wrażenie jak jeszcze na początku XXI wieku. Do tego w mojej opinii przegrywa starcie z wieloma albumami, które zostały skomponowane pod jego wpływem i zniosły próbę czasu dużo lepiej, czego przykładem może być chociażby „Tales From The Thousand Lakes” Amorphis. Trzeba jednak mieć na uwadze, że sporo zawartych na nim utworów z nieśmiertelnymi „Gothic” i „Eternal” wciąż wywołuje bardzo pozytywne wrażenie i bywa grywana przez zespół na koncertach.

Należy tez zauważyć, że wbrew swojemu tytułowi i częstej wśród tzw. znawców opinii, „Gothic” niewiele ma wspólnego z metalem gotyckim, z którym to gatunkiem Paradise Lost zaczęli flirtować dopiero w kolejnych latach. Na tym etapie ciągle trzymali się swoich death/domowych korzeni i właśnie w takim stylu jest utrzymana ich druga płyta.

Po jej wydaniu zespół stał się wreszcie metalową gwiazdą dużego formatu a krążek sprzedawał się jak świeże bułeczki do dziś będąc jednym z największych sukcesów komercyjnych wytwórni Peaceville. To właśnie dzięki dwójce Paradise Lost w katalogu tej stajni pojawiły się albumy takich zespołów jak My Dying Bride, Anathema czy w późniejszych latach Katatonia i Opeth a profil wytwórni już na zawsze został określony jako mocno atmosferyczny.

Muzycy Paradise Lost nie przywiązali się jednak za bardzo do Hammy’ego, bo wraz z przygotowaniami do trzeciego albumu nie przedłużyli z nim kontraktu. Za to przenieśli się do innej angielskiej wytwórni, jaką była Music For Nations. Z dzisiejszej perspektywy krok ten może wydawać się dziwny, bo firma Hammy’ego jest ciągle ważnym graczem w europejskim metalu, natomiast MFN od 2004 r. faktycznie nie istnieje. W pierwszej połowie lat 90-ych sytuacja rynkowa była jednak inna. Hammy w biznesie był takim samym debiutantem jak Paradise Lost a MFN działali na rynku od początku lat 80-ych i mieli w swoim katalogu albumy takich gwiazd jak Candlemass, Mercyful Fate czy Exodus. To właśnie nakładem MFN ukazał się w  1992 r. trzeci krążek Brytyjczyków, który tak jak jego poprzednicy mógł fanów formacji mocno zaskoczyć.

Shades of God (1992)

Pomiędzy ukazaniem się „Gothic i „Shades of God” upłynął zaledwie rok a dla laika obie płyty mogą sprawiać wrażenie powstałych w zupełnie innych epokach. Na trójce Anglicy po raz pierwszy oddali produkcję swojej muzyki profesjonaliście, po raz pierwszy nagrali też w pełni dojrzały i świadomy album, będący przy tym najbardziej ambitnym i złożonym w całej zespołowej dyskografii. W mojej opinii krążek ten otworzył najlepszy  okres w historii zespołu, który umownie można nazwać jego złotą erą.

Trzy najbardziej charakterystyczne cechy „Shades Of God” to wspomniana już bardzo dobra produkcja, odwołanie się do doom metalowej tradycji kosztem elementów deathowych oraz postawienie na długie, rozbudowane utwory. Brzmienie jest zasługą Simona Efemey’a, który całkowicie wyeliminował brud z twórczości Brytyjczyków, oprawiając ich utwory czystą, selektywną i wyrazistą produkcją, w której dominuje ciężkie, miażdżące brzmienie gitar Grega Mackintosha i Aarona Aedy’ego. Wprawdzie z punktu widzenia współczesnych standardów trochę tej produkcji brakuje przestrzeni, może wydawać się ona również lekko płaska, ale i tak całości słucha się o niebo lepiej od wcześniejszych wytworów Academy Studios.

Stylistycznie Paradise Lost wciąż porusza się w rejonach wolnego i ciężkiego grania, ale deathową pozostałością jest tu już tylko agresywny, zachrypnięty głos Nicka, który wprawdzie odszedł od typowego growlingu z wcześniejszych lat, jednak wciąż daleko mu do czystego, emocjonalnego śpiewu, którym wokalista zacznie czarować słuchaczy w przyszłości. Na „Shades of God” kojarzony z Paradise Lost doom metal został potraktowany bardzo tradycyjnie, momentami sięgając nawet do riffowania czy wstawek melodycznych typowych dla pierwszych płyt Black Sabbath, ale również do takich klasyków gatunku jak amerykańska grupa Trouble czy szwedzki Candlemass. Do klasyki nawiązuje też czysto gitarowe ujęcie muzyki zespołu. Trójka to jedyna płyta Paradise Lost, na której nie ma śladu klawiszy (w tej kwestii informacje z książeczki do płyty są mylące) a wszystkie dźwięki zostały wygenerowane za pomocą tradycyjnego, rockowo-metalowego instrumentarium czyli dwóch gitar, basu i perkusji. Za to drobną pozostałością po „Gothic” są kobiece śpiewy, ponownie w wykonaniu Sary Marrion, które pojawiają się w „Crying For Eternity” i „As I Die”, ale tylko jako drobny smaczek do dominującego śpiewu Nicka Holmesa.

 „Shades Of God” przynosi spore zmiany w budowie utworów Paradise Lost. Tutaj większość z nich opiera się na tradycyjnych, zwrotkowo-refrenowych schematach, obudowanych jednak sporą ilością dodatków i nietypowych zagrywek, co słychać szczególnie w najdłuższych kompozycjach. W tej kwestii trójka jest ewenementem w zespołowej dyskografii, bo jest to jedyna płyta Anglików, na której można odnaleźć aż cztery ponad 7-minutowe kompozycje. Pomimo wielu urozmaiceń utwory są bardzo spójne i świadomie skomponowane, nie ma tu już mowy o przypadkowości zagrywek. Do tego piosenki cechują się sporą różnorodnością, z jednej strony jest tu bardzo dużo wolnego i walcowatego grania, ale pojawiają się też dynamiczne, gnające do przodu strzały, idealne do prezentacji koncertowej. Po raz kolejny słychać postęp w grze członków Paradise Lost. Greg Mackintosh czaruje słuchacza zarówno klasycznymi dla siebie, melodyjnymi, wpadającymi w ucho partiami solowymi, ale również mocno technicznymi popisami, w których pojawiają się odwołania do stylu solówek Kirka Hammetta z Metallicy z częstym wykorzystaniem wajchy. Świetnie wypada Aaron Aedy, który stworzył bardzo ciężkie, często piłujące rytmicznie tło dla gitary solowej. Wyróżniają się partie basu Steve’a Edmondsona, który nie został szczelnie schowany za gitarami, ale dostał szanse wychodzenia na pierwszy plan, z czego szczególnie skorzystał w spokojniejszych momentach. Nawet Matt Archer, który na „Gothic” czy „Icon” mocno odstaje poziomem, na trójce także dobrze wypada trochę kombinując z rytmiką a nawet próbując tworzyć ambitniejsze przejścia. Rozwinął się też wokalnie Nick, który w „Your Hand In Mine” po raz pierwszy pokazał się na dłużej w czystej, nisko, gotycko zaśpiewanej frazie, będącej ewidentnym rarytasem „Shades Of God”.

 Dobrych utworów na tej płycie nie brakuje. Z tych żwawych i dynamicznych spore wrażenie na słuchaczu robi otwierający album, przeplatający fragmenty szybsze z wolniejszymi i ozdobiony bardzo dobrym, „metalikowym” solem „Mortals Watch The Day” a także najdłuższy w zestawieniu „Daylight Torn”, oparty na dynamicznych, pełnych świetnych riffów zwrotkach i refrenach a także sporo wolniejszym środku z niespodziewaną, długą, akustyczną wstawką gitary. Dla odmiany wolne, ciężarne, walcowate oblicze płyty to domena melodyjnego i chwytliwego „Crying for Eternity”, zawierającego robiące bardzo duże wrażenie, niespodziewane uspokojenia akcji, rewelacyjne linie wokalne oraz długą, pełną emocji solówkę. Do tego trzeba dodać ponury, dołujący, rozpoczynający się zaskakująco wyciszonym, akustycznym wstępem „No Forgiveness” a także epicki i zwłaszcza w refrenach bardzo melodyjny „Your Hand In Mine”. W takim też klimacie utrzymano ciężki, surowy, doom metalowy „Embraced” oraz naszpikowany masą chwytliwych melodii i ciekawych solówek „The Word Made Flesh”. Największą furorę wśród fanów zrobiły jednak dwie najbardziej przebojowe kompozycje przede wszystkim galopujący przed siebie, czadowy „Pity the Sadness”, w którym pojawiają się świetne riffy Aarona Aedy’ego, zapadający w pamięci śpiew Nicka, wyraziste linie basu oraz kapitalna solówka Grega. Drugim hitem „Shaeds Of God” jest bardziej klimatyczny, zbudowany na kontrastach czadu i spokoju „As I Die”, z jednymi z najmocniej zapadających w pamięci słuchacza gitarowych motywów solowych Grega Mackintosha.

„Shades of God” to płyta, która nie cieszy się wśród dużej części fanów Paradise Lost estymą, często będąc uznawaną za przekombinowaną i niezbyt pasującą do klasycznego dla zespołu prostszego i przebojowego grania. Nie zgadzam się z tymi opiniami. Choć typowo koncertowych, prostych hitów jest na tym albumie mniej niż na pozostałych wydawnictwach, w pełni to rekompensują dłuższe kompozycje, które są pełne niebanalnych pomysłów, do tego w żaden sposób nie burzących ich spójności. Na żadnej z kolejnych płyt (może poza „Medusą”)  muzycy nie porwali się na tak złożone i techniczne granie, co jest warte docenienia i uznania za zaletę całości. Tym bardziej że szlagiery pokroju „Pity The Sadness” i „As I Die” także tu się znajdują a również pozostałym kawałkom nie brakuje chwytliwości.

W ramach promocji albumu udało się nakręcić pierwszy zespołowy teledysk do kompozycji „Pity The Sadness”, który robił sporą furorę w cieszącym się w tamtym czasach dużą popularnością programie Headbanger Balls, emitowanym w niedzielne wieczory w MTV. Oczywiście po raz kolejny zwiększył on popularność Paradise Lost, którzy stawali się znani nie tylko w Europie Zachodniej ale także w Środkowej, dokąd w 1992 r. dotarli na słynny festiwal Metalmania. Występ ten mocno utkwił w ich pamięci, o czym wspominają w wywiadach do dziś, choćby tu. Z innych ciekawych miejsc zespołowi udało się dotrzeć w tym czasie do Izraela, gdzie posiali klimatyczne ziarna, kilka lat później owocujące dokonaniami również inspirującego się Paradise Lost, klimatyczno-progresywnego zespołu Orphaned Land.

W 1993 r. będący już powszechnie znanymi w metalowym świecie Anglicy zaszyli się w  Anglii by przygotowywać utwory na czwarte wydawnictwo, które miało stać się ich opus magnum. Po raz kolejny przyniosło ono mocno szokujące fanów zmiany i na prawie 20 lat wyznaczyło granicę stylistyczną, której zespół nie ośmielił się przekroczyć z powrotem.

Icon (1993)

„Icon” to swoista mikstura mrocznego klimatu „Gothic”, ciężaru i masywności „Shades Of God” oraz zupełnie nowych elementów, których jeszcze trzy lata wcześniej nikt by się nie spodziewał usłyszeć w wykonaniu Paradise Lost. Najważniejszym z nich jest sposób śpiewania Nicka, który na czwartym albumie, poza drobnymi epizodami, nie ma nic wspólnego z growlingiem oraz ekstremalnym wrzaskiem. Wokalista zaczął tu normalnie śpiewać czystą barwą swojego głosu, w której z jednej strony jest moc, zadziorność i odrobina chrypy w stylu Jamesa Hetfielda z Metalliki a z drugiej sporo niskiego, stonowanego deklamowania tekstów na modłę znaną z dokonań gotyckich zespołów pokroju Sisters of Mercy i Fields Of The Nephilim.

Gotycki, mroczny, jesienny klimat pojawia się również w muzyce, do której znów zawitały klawisze, orkiestracje, klimatyczne wstawki gitar oraz kobiecy głos autorstwa bliżej nieznanej fanom metalu Denise Bernard. Najwięcej tych nowinek występuje pod koniec płyty w „Christendom” i „Deus Miseratur”, ale także pozostałe utwory odbiegają mocno od wcześniejszej twórczości Paradise Lost. Death metal zniknął w ogóle z muzyki Anglików, jednak również doom stał tylko elementem większej układanki, w której równie często goszczą odniesienia do klasycznych gatunków ekstremy pokroju thrashu czy nawet heavy metalu.

Do tego wyraźnie postawiono na zwięzłość i prostotę kompozycji i każda z nich trzyma się tradycyjnych, zwrotkowo-refrenowych struktur oraz maksymalnie 3-4 minut długości. Podobnie jak na „Shades Of God” jest bardzo różnorodnie. T także tutaj dynamiczne, gnające do przodu czadowce sąsiadują z wolnymi, ciężkimi walcami oraz utworami stawiającymi mocno na klimat. Wciąż esencja muzyki Paradise Lost skupia się na dialogu ciężkich, masywnych, odwołujących się do thrashowego piłowania riffów Aarona Aedy’ego z ekwilibrystyką wszechobecnych, zapadających w pamięci melodii oraz ciekawych i ambitnych solówek Grega Mackintosha. Odrobinę mniej intrygująco za to została zaprezentowana sekcja rytmiczna, w której bas Stephena Edmondsona schowano bardzo szczelnie za gitarami, natomiast monotonne, toporne wybijanie rytmów przez Matta Archera w wielu miejscach wystylizowano wręcz na brzmienie automatu perkusyjnego.

„Icon” został oprawiony czytelnym, lekko przybrudzonym brzmieniem Simona Efemeya, które dodaje całości klimatu typowego dla muzyki lat 90-ych. Jednak w przeciwieństwie do dwóch pierwszych albumów Brytyjczyków czwórka się nie zestarzała brzydko.

Ten album Paradise Lost to wspaniała kolekcja wielkich hitów zespołu i niewiele im ustępującej reszty. Dynamikę albumu reprezentują ciężki, masywny, „blacksabbathowy” „Forging Sympathy”, melodyjny i zaskakująco optymistyczny w swej wymowie „Dying Freedom”; przebojowy, oparty na monotonnie wybijanym rytmie, zapadających w pamięci gitarowych melodiach oraz „metallikowych” solówkach „Widow” i wreszcie ponury, nostalgiczno-jesienny „Weeping Words”. Bardziej dostojne, epickie klimaty można odnaleźć w promującym album, ozdobionym ciekawymi gitarowymi zawijasami i świetną, wielowątkową solówką „Embers Fire”; ponurym, ciężkim, nasączonym gotyckimi wpływami „Remembrance” oraz melodyjnym i wyjątkowo zwięzłym „Poison”. Z kolei „ikoniczne” wolne i ciężkie walce to: mroczny, melodyjny, momentami brzmiący lekko industrialnie „Joys of The Emptiness” i najbardziej doom metalowy, wzbogacony oryginalnymi efektami specjalnymi (odgłosów ze stadionu piłkarskiego raczej bym się po Paradise Lost nie spodziewał) „Colossal Rains”.

Najmocniejsze wrażenie na słuchaczu sprawia końcówka albumu poczynając od kolejnego wielkiego hitu zespołu czyli powolnego, ciężkiego, świetnie zaśpiewanego „True Belief” przez równie ciężarny a dodatkowo miejscami wściekły „Shallow Seasons”, który przy okazji zawiera jeden z najbardziej emocjonalnych wokalnych występów Nicka w całej historii zespołu a na klimatycznym i już wyraźnie gotycko-metalowym „Christendom” oraz instrumentalnym, bogatym w orkiestracje, potężnym „Deus Miseratur” kończąc.

„Icon” przez znaczną grupę fanów Paradise Lost został uznany za najdoskonalsze dokonanie zespołu i do dziś cieszy się ich olbrzymim poważaniem. Choć w pierwszej kwestii można się spierać, niewątpliwie pod względem wpływu zarówno na historię Paradise Lost jak i muzyki metalowej stał się płytą bardzo ważną. To za jej sprawą po 1993 r. wiele zespołów zaczynających od death/doom metalu z obowiązkowym growlingiem zaczęło porzucać ten styl, kierując swą muzykę w stronę spokojniejszego, bardziej tradycyjnego grania z naturalnym śpiewem. Efekty bywały różne, bo o ile dobrze growlingować może wielu, to dobrze naturalnie śpiewać już zdecydowanie mniej osób. Nie sposób też nie dostrzec, że to właśnie czwórka Paradise Lost wraz z „Bloody Kisses” Type o Negative stworzyła podwaliny pod gatunek muzyczny, nazwany w kolejnych latach metalem gotyckim.

„Icon” ostatecznie też ugruntował pozycję Paradise Lost jako czołowego przedstawiciela muzyki metalowej lat 90-ych i mocno wypromował zespół w świadomości fanów ciężkiego grania. Warto mieć na uwadze, że w latach 1993-94 w polskim Metal Hammerze praktycznie w każdym numerze pojawiał się mniejszy lub większy artykuł o Paradise Lost a fani byli wręcz zasypywani informacjami o swoim ulubionym zespole. Podobnie rzecz się miała na polu koncertowym, gdzie zespół odbywał trasy z najlepszymi zarówno w Europie jak i poza jej terenem. Tej rosnącej presji sławy ostatecznie nie wytrzymał perkusista Matt Archer, który w 1994 r. opuścił skład formacji. Na jego miejsce przyjęto dużo bardziej uzdolnionego i grającego mocno technicznie Lee Morrisa, z którym w składzie rozpoczęły się nagrania wypuszczonego ostatecznie w czerwcu 1995 r. piątego albumu. Tym razem Anglicy postanowili zaskoczyć nie rewolucją w swojej muzyce, ale przebiciem poziomu „Icon”, co dla wielu było zadaniem z gatunku mission imposible. Okazuje się jednak, że ideał także można poprawić.

Draconian Times (1995)

„Draconian Times” w momencie swojego ukazania się  był najbardziej dojrzałym i najlepiej skomponowanym albumem w całej dotychczasowej karierze Brytyjczyków. Nie ma na nim mowy o drastycznej zmianie stylistyki w stosunku do poprzedniczki, tak więc wszyscy, którzy zaakceptowali i polubili doomowo-gotycki styl „Icon” oraz czysty, pozbawiony growlingów  śpiew Nicka Holmesa bez problemu powinni łyknąć także ten album. Jego styl ponownie opiera się na połączeniu tradycyjnego dla Paradise Lost wolnego i ciężkiego grania o doommetalowych korzeniach z dynamicznym, energetycznym wymiataniem oraz klimatycznymi wstawkami, nawiązującymi do klasyków rocka gotyckiego.

Różnice w stosunku do ”Icon” są w proporcjach między poszczególnymi elementami. Na piątce metalowego łomotu jest jakby mniej, podobnie jak szybszych, gnających przed siebie momentów, częściej za to zespół wchodzi w rejony stonowane, wolniejsze i melancholijne, co szczególnie da się odczuć w drugiej połowie płyty. Wzrósł też potencjał komercyjny poszczególnych kompozycji, z których wiele to rasowe hity, nadające się do prezentacji w radiach o profilu rockowym. Tę przebojowość tworzą z jednej strony zapadające w pamięci refreny a z drugiej wyeksponowane na pierwszym planie bardzo chwytliwe partie gitary solowej Grega Mackintosha. Zdobią one w zasadzie wszystkie kompozycje, w jednych miejscach prezentując się bardzo prosto i emocjonalnie a w innych technicznie i wirtuozersko. WQ przypadku tego albumu utwory również są krótkie, zwięzłe i zbudowane na tradycyjnym zwrotkowo-refrenowym schemacie. Jedynie w dwóch przypadkach, dla zmyłki zamieszczonych na początku płyty, przekraczają 5 minut.

„Draconian Times” nie daje powodów do narzekań w kwestii poziomu gry poszczególnych członków Paradise Lost. Aaron Aedy doskonale uzupełnia wycieczki solowe Grega Mackintosha ciężkim i często piłującym na modłę thrashową podkładem rytmicznym. Stephen Edmondson zaznacza swoją obecność głębokim i wyróżniającym się z linii gitar brzmieniem basu. Ale prawdziwym strzałem w dziesiątkę okazała się wymiana perkusisty. Lee Morris dodał do muzyki Paradise Lost sporo ciekawych zagrywek w postaci połamanej rytmiki niektórych utworów, gęstych przejść czy nietypowych nabić. Świetnie prezentuje się wokal Nicka w wersji czystej i bezgrowlingowej pokazywanej bądź od strony dynamicznej, pełnej mocy i dalej przypominającej Jamesa Hetfielda bądź niskiej, flegmatycznej, o gotyckim zabarwieniu. W obu wariantach słychać duży progres w kwestii technicznej i świadomościowej, w związku z czym „Draconian Times” to pierwsza płyta zespołu, na której wokale stanowią jeden z najważniejszych asów w rękawie Brytyjczyków. Jeszcze lepsza niż wcześniej jest oprawa brzmieniowa, po raz trzeci i ostatni stworzona przez Simona Efemeya. Tym razem prezentuje się ona bardzo wyraziście, czysto i profesjonalnie, podkreślając wszystkie walory, detale i smaczki muzyki.

Tak jak to było w przypadku „Icon” także na jego następcy następuje wysyp zespołowych hitów, kochanych przez większość fanów. Z dynamicznych i czadowych zespół przygotował: ultraprzebojowy, megamelodyjny, świetnie zaśpiewany „The Last Time”, galopujący przed siebie ze sporą dawką punkowej energii, ale też doomowego, gitarowego ciężaru i wyrazistego brzmienia basu „Once Solemn” oraz naszpikowany chwytliwymi solówkami Grega, melancholijny „Yearn for Change”. Trochę wolniej i bardziej klimatycznie jest w połamanym rytmicznie, ambitnym, ozdobionym ciekawymi wstawkami pianina i rewelacyjną solówką „Hallowed Land”; marszowym, ciężkim, świetnie zaśpiewanym „Shadowkings”; ozdobionym mnóstwem łkających solówek Grega „Shades of God” (który w żadnym momencie nie przypomina stylistycznie trzeciej płyty zespołu, od której wziął swój tytuł) oraz wyjątkowo smutnym, pozbawionym nadziei „I See Your Face”. I wreszcie wolne, ciężkie granie znalazło się w otwierającym płytę, mocno gotyckim, obudowanym ciekawymi partiami klawiszy i orkiestracji „Enchantment, emocjonalnym, ciężkim i melodyjnym „Forever Failure”, klimatycznym, kapitalnie zaśpiewanym oraz stanowczo zbyt szybko kończącym się „Elusive Cure”, ciężkim, bujającym, przypominającym trochę „True Belief” „Hands of Reason” oraz wyjątkowo melodyjnym i jesiennym w swym klimacie „Jaded”, który kończy jedna z najdłuższych solówek Grega Mackintosha w jego karierze.

„Draconian Times” to największy sukces komercyjny w historii Paradise Lost, płyta dzięki której nazwa brytyjskiego zespołu stała się znana nie tylko fanom ekstremalnego metalu, ale również osobom gustującym w lżejszych choć ciągle rockowo-metalowych brzmieniach. Nie okazała się ona co prawda aż tak wpływowa jak jej poprzedniczka, ale w połowie lat 90-ych XX wieku nikt nie podważał dominacji Paradise Lost w dziedzinie muzyki metalowej o klimatycznym zabarwieniu. Tym bardziej, że w tym czasie ukazało się sporo autentycznych klejnotów takiego grania, z których wystarczy wymienić choćby „The Angel And The Dark River” My Dying Bride, „The Silent Enigma” i „Eternity” Anathemy, „Wildhoney” Tiamat,, „Mandylion” The Gathering, „October Rust” Type O Negative czy „Brave Murder Day” Katatonii. W tym sąsiedztwie piątka Paradise Lost prezentuje się naprawdę okazale i wstydu Brytyjczykom nie przynosi. Jest też jednym z najdoskonalszych albumów metalu klimatycznego, swoistym wzorcem tego gatunku oraz płytą, której doskonale i z olbrzymią przyjemnością słucha się od początku do końca.

Piąty album okazał się też swoistym podsumowaniem i zamknięciem pierwszego, czysto metalowego okresu w historii Paradise Lost, który jest najmocniej ceniony przez większość jego fanów. O wartości nagranych w tym okresie albumów najlepiej świadczy fakt, że właśnie do ich estetyki, ze szczególnym uwzględnieniem „Icon” i „Draconian Times” będzie nawiązywała cała twórczość Anglików, nagrywana po zakończeniu fazy ich stylistycznych eksperymentów a więc od 2005 r. To jednak melodia odległej przyszłości, natomiast w 1995 r. Anglikom po głowie już chodziły po głowie kolejne zmiany we własnej stylistyce, co ukazywał już wydany pod koniec tego roku singiel „Forever Failure”. O nich napiszę jednak w kolejnym akcie niniejszej opowieści.

Bonusy i rarytasy.

Twórczość Paradise Lost to nie tylko pełne albumy, ale również sporo mniejszych wydawnictw, które fani zespołu powinni znać, bo materiały te zawierają w większości niepublikowane na płytach kawałki, a do tego wiele z nich w niczym nie ustępuje poziomowi kompozycji znajdujących się na płytach.

Z opisywanego w niniejszym tekście okresu pierwszą ciekawą epką była wydana w 1992 r. „As I Die”, która oprócz hiciarskiej kompozycji z „Shades Of God” zawierała także trzy dodatkowe utwory, wszystkie niezwykle ciekawe i na wysokim poziomie. Autorski „Rape of Virtue” to dość ciężki wałek, utrzymany w średnim, marszowym tempie, którego główną zaletą są wielobarwne popisy solowe Grega Mackintosha, serwowane na bogato przez cały utwór. Z kolei cover rockowej grupy Atomic Rooster „Death Walks Behind You” (w oryginale nagrany w 1970 r.) to jedyna kompozycja z sesji „Shades of God”, w której pojawiły się klawisze. Słychać je w długim, zagranym na pianinie wstępie oraz dalszych, atmosferycznych plamach. Sam utwór choć ciężki, ma w sobie już mocno rockowy, bujający feeling, zapowiadający stylistykę albumu „Icon” a pierwsze skrzypce gra w nim doskonale zmieniający swą barwę wokal Nicka, rewelacyjny zwłaszcza w zwrotkach. Ostatnią pozycją z epki jest koncertowe wykonanie „Eternal”, które ukazuje ten utwór w nowym świetle, w wersji dużo cięższej i żwawszej od „gothicowego” oryginału, stawiającej na czysto metalowy czad bez orkiestrowych i klawiszowych ornamentów.

Po nagraniu „Icon” w 1994 r. ukazała się kolejna epka „Seal The Sense”, będąca ostatnim zespołowym materiałem z udziałem Matta Archera. Tutaj prawdziwą perełką zespołowej twórczości i jedyną na niej nowością jest  Sweetness – dynamiczny, żywiołowy utwór, oprawiony rewelacyjnymi wstawkami gitary Grega Mackintosha i niestety strasznie suchym brzmieniem. Kawałek ten należy do absolutnego top repertuaru Paradise Lost i powinien być znany przez każdego jego fana.

W tym samym 1994 r. ukazała się składanka „In the Name of Satan – A Tribute to Venom”, na której pojawił się wykonany przez Paradise Lost cover „In Nomine Sathanas” z gościnnym wokalnym udziałem Cronosa pod koniec utworu. Jest on dużo bardziej żywiołowy i dynamiczny od oryginału a szczególnie ciekawie potraktowano wokale, które przypominają manierę Petera Steela, ale nie w wersji gotyckiej a krzykliwej z czasów istnienia formacji Carnivore.

W czasach „Draconian Times” ukazały się aż dwa mniejsze wydawnictwa, promujące single „The Last Time” i „Forever Failure”. Na pierwszym znalazła się zespołowa przeróbka klasyka Sisters Of Mercy „Walk Away” – bardzo dynamiczna i żywiołowa, rewelacyjnie zaśpiewana przez Nicka i świetnie zagrana przez Grega. To jeden z tych coverów, które w pełni dorównują oryginałom i z takich przeróbek również słynie twórczość Paradise Lost. Z kolei „Laid to Waiste” i „Master of Misrule” stanowią z sesji Draconian Times i najmocniej przypominają płytowy repertuar. Wyróżniają się mniej oczywistymi strukturami, gdzie co prawda są refreny, ale pojawiają się dość niespodziewanie. Generalnie ustępują one poziomem utworom z „Draconian Times”. „Another Desire” i „Fear” skomponowano i nagrano trochę później, pod koniec 1995 r. i umieszczono na singlu „Forever Failure”. Słychać w nich już pierwsze próby odchodzenia zespołu od tradycyjnie metalowej estetyki w stronę lżejszego grania. Pierwsza ma balladowy i mocno gotycki charakter, do czego przyczynia się też dominujący w niej niski, chłodny, przetworzony elektronicznie wokal Nicka. Dla odmiany czadowy „Fear” zaskakuje wręcz punkową energią i dynamiką, utrzymaną w szybkim, galopującym rytmie, rzadko goszczącym w utworach Paradise Lost. Sam „Forever Failure” został zamieszczony w odmiennej wersji, z dobudowanym do oryginału symfonicznym podkładem orkiestry. W finale epki zamieszczono również utwór ukryty, którym są instrumentalne partii orkiestry z „Forever Failure”.

P.s. W trakcie przygotowywania niniejszego tekstu oprócz materiałów i wspomnień własnych korzystałem też z książki „Raj dla Cyników” autorstwa Małgorzaty Gołębiewskiej.

ZDJĘCIA W TEKŚCIE: Copyright Anne C. Swallow

Radomir Wasilewski

Autor jest miłośnikiem muzyki metalowej i nie tylko, którą słucha i kolekcjonuje na płytach od początku lat 90-ych. Od 2015 r. na portalu RateYourMusic prowadzi profil RadomirW, na którym co tydzień są dorzucane po 2-3 dość obfite recenzje płyt. Dzięki sporej samodyscyplinie dotychczas udało się tam zrecenzować większość pozycji z dyskografii takich grup jak Alice In Chains, Anathema, Candlemass, Celtic Frost, Danzig, Edge Of Sanity, Godflesh, Iron Maiden, Katatonia, Massive Attack, Mastodon, My Dying Bride, Neurosis, Nevermore, Nick Cave And The Bad Seeds, Nine Inch Nails, Opeth, Oranssi Pazuzu, Paradise Lost, Riverside, Sisters Of Mercy, Slayer, Testament, The Third And The Mortal, Ulver i wiele, wiele innych.

Wydawnictwo In Rock Music Press oraz Muzyka z Bocznej Ulicy przypominają, że na rynek Polski trafi w przeciągu najbliższych kilku miesięcy autoryzowana biografia zespołu pod tytułem „Bez celebracji”.

(Łącznie odwiedzin: 176, odwiedzin dzisiaj: 1)