Nigdy nie byłem w Pleszewie. A szkoda. Miasto może pochwalić się kilkoma niebagatelnymi atrakcjami turystycznymi, w tym: barokową figurą Matki Boskiej z Dzieciątkiem, Zespołem Pałacowo-Parkowym, kompleksem kolei wąskotorowej oraz pałacem w Malinie. Pleszew ma jednak coś jeszcze do zaoferowania – najlepszy w Polsce stonerrockowy festiwal ”Red Smoke”. A organizatorzy Red Smoke Festival mają swój własny zespół – Red Scalp. I właśnie o zespole dzisiaj kilka słów.
Jak wspomniałem, nie miałem dotychczas okazji wybrać się do Pleszewa ani na Red Smoke Festival (nad czym ubolewam) ale jest to bez wątpienia impreza która, pomimo swojej wciąż dosyć niszowej tematyki, rozwija się bardzo ambitnie. Duża w tym zasługa pasji i doskonałego wyczucia organizatorów. Nie jest to coś oczywistego, bo nie zawsze twórcy imprez masowych rozumieją muzykę, którą prezentują w ramach organizowanych eventów. Red Smoke to jednak festiwal, za którego tworzene zabrali się ludzie doskonale czujący stoner. Dają temu wyraz w ramach zespołu Red Scalp.
Początkowo planowałem sprzęgnąć recenzje obu płyt formacji w jeden tekst. Musiałem jednak z pomysłu zrezygnować, gdy wsłuchałem się porządnie w album „Rituals”, debiut z roku 2016. Potraktowanie tej muzyki jako przystawki do omówienia płyty numer dwa wydało mi się czymś nieuczciwym, nieodpowiadającym zawartości albumu. Muzyka na studyjnym debiucie pod każdym względem zasługuje na szersze omówienie.
Pomimo tego, że „Rituals” stanowi pierwszy longplay formacji, to również EPka z 2014 roku (zatytułowana, odrobinę bez polotu, „EP no 1”) uchodzić może za pełnoprawny album. Nie wiem czemu Red Scalp zdecydował się uznać ją wyłącznie za extended play, ale taka była decyzja artystów, więc pozostaje ją uszanować.  Mamy więc trzy pokaźne dawki muzyki z których każda ukazuje nam formacje jako zespół dojrzały i potrafiący pisać dobre melodie w ramach przyjętej stylistyki. Również motyw przewodni każdego z albumów jest przemyślany i interesujący – nawet jeżeli może odrobinę zaskakiwać.
Co bowiem mają wspólnego Polacy z kulturą rdzennych mieszkańców Ameryki północnej poza sympatią do niemieckiego serialu „Winnetou”, niezwykle popularnego u nas w latach 80? Niewiele. Ale z drugiej strony Cannibal Corpse nie zjadają wnętrzności ludzkich trucheł, co nie przeszkadza im bawić się w opisy praktyk wyjętych prosto z horrorów klasy B.  Bez wątpienia przyjęcie „motywu przewodniego” przez Red Scalp umożliwiło zespołowi nadanie zindywidualizowanego piętna formom charakterystycznym dla stoner rocka. Elementy wskazujące na fascynację kulturą Indian zostały zresztą na „Rituals” wprzęgnięte w bardzo inteligentny sposób, opierając się na indiańskich zaśpiewach, rytmicznych nawiązaniach i przerywnikach, które powodują, że album słucha się niczym klasyczny koncept album. Przy czym koncept ten rozciągnięty został na całą autoprezentację i twórczość zespołu.
Właściwie niewiele pozostaje do dodania poza to, co sami muzycy mówią o sobie –  grają stoner dooma z indiańską duszą, wierni sabathowskiej spuściźnie. Zgadza się tu wszystko. Niby jest to hasło reklamowe a w stu procentach odpowiada prawdzie. Już rozpoczynający album „Summoner” uderza od samego początku potężnym riffem, który mógłby wyjść od samego Iommiego. Nie pogardzili by nim również Saint Vitus czy Trouble. Następnie pojawiają się pięknie odrealnione (i troszkę nieczytelne) wokale i elementy psychodeli, pokazujące, że poza sabbathami muzycy Red Scalp równie dobrze odnajdują się w arkanach  sceny końca lat 60.
Klimat i lekkość osiągnięta pomimo stosowania ciężkich form muzycznych – tak dodatkowo określiłbym utwory pokroju „Looking For Land” czy „Dance On The Sun”.  Wiem, że wykorzystuje tu niewiele wyjaśniający oksymoron, ale wspomniane kompozycje mają w sobie coś zwiewnego, duchowego pomimo korzystania pełnymi garściami z podstaw klasycznego doom. Niewątpliwie ma na to wpływ również produkcja. Gitary i sekcja rytmiczna pozostają odrobinę w tle kompozycji sprawiając wrażenie przytłumionych. Wprowadza to słuchacza w trans, a odczucie to potęgują jeszcze dobre słuchawki i rozkręcenie miernika głośności. W kwestii produkcji trzeba również zauważyć, że jest ona niezwykle czytelna i ostra. Wszystko znajduje się na swoim miejscu, w odróżnieniu od takiego Witchfindera, którego niedawno opublikowana debiutancka płyta została przytłumiona do tego stopnia, że właściwie trudno ją słuchać pomimo świetnego klimatu. U Red Scalp wszystko gra, i to gra na najwyższym poziomie.
Olbrzymie wrażenie robi kompozycja „Tatanka” ponownie budowana na bardzo ciekawym, przesterowanym brzmieniu gitar wzbogaconym o indiańskie motywy i klimatyczne wyciszenia. Wszystko to zdałoby się na nic, gdyby zabrakło dobrych linii wokalnych, ale na szczęście te zdają się być asem w rękawie Red Scalp. Jak już wspomniałem album wprowadza w kontemplacyjny, plemienny nastrój, który odpowiada mi w największym stopniu. Jego kulminację otrzymujemy w postaci monumentalnego, podzielonego na trzy części, tytułowego utworu rozciągającego się na niemal dwadzieścia minut. Doskonałe zakończenie intrygującej płyty.
Jak to zwykle bywa w przypadku dzieł z gatunku stonera nie zawsze znajdziemy dobry moment na odsłuch płyty. Nie wytniemy z albumu „Rituals” singli, nie uświadczymy tu utworów nadających się do posłuchania w samochodzie. Jeżeli jednak znajdziemy godzinkę spokoju w trakcie leniwego popołudnia i postanowimy poświęcić ją na przesłuchanie płyty, to daję głowę, że na długo utkwi nam w pamięci. Może nie poszczególne kompozycje, może nie konkretne refreny czy zagrywki gitarowe, ale klimat – obezwładniający, transowy i mający niemal duchowy wymiar klimat.

Kuba Kozłowski, Ocena: 4+

U nas obowiązuje skala szkolna:

1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

(Łącznie odwiedzin: 106, odwiedzin dzisiaj: 1)