Kiedy we wtorek 6 października zasiadałam do napisania kilku słów o debiucie Morbid Angel i włączyłam laptopa, dotarła do mnie niezwykle przykra i bolesna wiadomość o śmierci Eddiego Van Halena. Zdołowałam się na tyle, że z pisania recenzji „Altars Of Madness” wyszły nici, a moja, hmm – nazwijmy to żałoba, skoncentrowała się na słuchaniu głównie nagrań koncertowych zespołu Van Halen przy lampce czerwonego wina. Domyślacie się zapewne, dlaczego mieszam wątek niezaprzeczalnego wirtuoza gitary, jakim był Eddie (z trudem przechodzi mi przez klawiaturę ten czas przeszły…) z jedną z najważniejszych płyt ekstremalnego metalu, będącą zarazem kolebką dla klującego się monstrum zwanego death metalem? Jeśli ktoś mimo wszystko nie orientuje się, co wspólnego ma Morbid Angel z Van Halenem, to spieszę z odpowiedzią – bardzo dużo!

Otóż Trey Azagthoth często wymieniał Edwarda jako jednego ze swoich gitarowych mistrzów. Obok Jimmy’ego Hendrixa i Tommy’ego Iommi’ego, także wiedzcie, że to nie przelewki! Wielokrotnie wymieniał go jako jednego z najbardziej nowatorskich gitarzystów, którzy wynieśli „wiosłowanie” na wyższy etap wtajemniczenia. Trudno się  z Trey’em nie zgodzić i nie przyznać mu racji. Nie jest też większym problem, dla w miarę wyrobionego ucha, wychwycenie echa stylu gry Van Halena w szalonych – nomen omen – wygibacjach Azagthotha, nazywanych przez samego zainteresowanego „wyciem duszy”. Teraz kiedy, odrobinę oswoiłam (bo nie pogodziłam!) się ze śmiercią mistrza (taki sam ból w niedalekiej przeszłości odczuwałam, kiedy odeszli Lemmy Kilmister, Warrel Dane, David Bowie, Chris Cornell, Scott Weiland czy Neil Peart), mogę w końcu zebrać odrobinę konkretnych przemyśleń na temat „Ołtarzy szaleństwa”.

Często miewam rozkminki typu, kto pierwszy stworzył thrash, blach i death metal. Odpowiedzi na te pytanie nie są proste, zwykle w obiegowej opinii dość schematyczne, dlatego lubię zgłębiać chronologię wydarzeń, by mieć jasność. Ale i to nie wystarcza. Z pewnością Morbid Angel to jeden z pierwszych zespołów death metalowych, który w latach 80-tych i wczesnych 90-tych rozpalił planetę Ziemię swoją wspaniałą i wściekłą jednocześnie muzyką. Ich debiut jest uważany za kamień milowy w specyficznym sposobie tworzenia tego najbardziej okrutnego dla uszu homo sapiens rocka (tak, tak!), ponieważ różni się zupełnie od choćby pierwszego albumu Obituary, którzy to zadebiutowali kilka miesięcy wcześniej, Cannibal Corpse czy Deicide. Gatunek ten był właściwie zupełnie nowym zjawiskiem: jedynymi godnymi uwagi wydawnictwami w tym momencie były longplaye Possessed i Death, a każdy miał tylko po dwa albumy. Poza tym zespoły grindcore’owe wydały kilka płyt, ale nie licząc Napalm Death, nawet Terrorizer i Carcass nie wypuścili jeszcze niczego naprawdę mocnego, co by skopało tyłki maniaków dźwiękowej ekstremy. Myślę, że jest dwóch poważnych pretendentów do tytułu „największego death metalowego albumu wszech czasów”, ten – o którym tu mowa – oraz „Left Hand Path” Entombed. Te dwa nagrania stanowią szczyt jakości florydzkiego i skandynawskiego death metalu. Szczyt głębi, spójności, muzykalności, wizji, pewności siebie i śmiałości. Zresztą fani death metalu podzielili się na dwie grupy zwolenników brzmienia – tego z Tampy i tego ze Sztokholmu. O „Left Hand Path” może kiedy indziej, a teraz pogrzebmy w bebechach „Ołtarzy…”. Zespół pod niestrudzonym dowództwem Trey’a wprowadził tu nowe elementy w błyskawicznie rozwijającym się gatunku, takie jak… dźwięki klawiszy i bardziej ortodoksyjne podejście do kwestii surowego, chropowatego brzmienia. Chociaż Morbid Angel powstał w 1983/84 roku, dopiero w 1989 znalazł odpowiednie warunki do wydania swojego debiutanckiego albumu. Trey zrezygnował bowiem z wypuszczenia „Abominations of Desolation”, ponieważ nie był z niego zadowolony. Cieszę się, że to zrobił, bo dzięki tej decyzji „Altars of Madness” jest chyba najlepszym debiutem ekstremalnego metalu wszech czasów. Zarówno tekstowo, jak i muzycznie jest po prostu doskonały. Weźmy taki „Show no Mercy” Slayera, który bez wątpienia również był rewolucyjny, ale pod względem lirycznym i kompozycyjnym brakuje mu techniki, dojrzałości. Natomiast „jedynka” Morbid Angel zawiera surowość i zło właśnie owego „Show No Mercy”,  przy czym jest kilka razy bardziej dojrzała. Morbid Angel powstał więc w erze proto-death metalu, zanim ten gatunek naprawdę zaistniał. Początkowo grał to, co większość kapel w tamtym czasie – ostry rock inspirowany klasykami gatunku. Był nawet czas, gdy na wokalu… występował kobitka. 🙂 Zrobili kilka demówek, a nawet wspomniany pełny album, który „zezłomowali”. Ten wczesny okres kończy kultowe demo „Thy Kingdom Come” (jeszcze z Wayne’m Hartsellem za garami), które było nagraniem tak agresywnym, że niewielu mu wówczas dorównywało. Po nim przyszła kolej na profesjonalny już start pod flagą Earache. Muzycznie „Altars of Madness” brzmi jak połączenie dwóch innych wcześniejszych ekstremalnych albumów metalowych – po pierwsze, jest godnym następcą kultowego „Seven Churches”. Ma bowiem tę samą dozę chaosu. Podobnie jak w przypadku tego albumu, Morbid Angel jest portalem do całkowicie odrębnego muzycznego świata. Brzmi iście szatańsko! Po drugie, ta płyta ma precyzję i majestat „Reign in Blood”. Są też inne wpływy, choćby Death, może starych zespołów z Chicago (Death Strike, Master), na pewno wspomnianego Eddiego Van Halena (i jego swobodnego stylu gry). Jest stosunkowo mało thrashu w stylu Bay Area. Nie ma tu też zbyt wiele grindcore’u, mimo że wydało to Earache kojarzone wówczas z tą sceną.

Oczywiście są tu dźwiękowe uderzenia maksymalnie mocarne, ale są one powiązane z nastrojowymi i złożonymi, zaawansowanymi aranżacyjnie piosenkami. Jestem pewna, że Morbid Angel był pod wpływem wielu różnych gatunków muzycznych, niekoniecznie heavy metalowych, ale ta płyta zostawia przeszłość za sobą i pędzi ku nieznanemu fatum. Morbid Angel był jednym z niewielu zespołów death metalowych, o których można było usłyszeć lub przeczytać w mainstreamowych mediach metalowych (jak magazyn Metal Hammer i Headbangers Ball), a Trey uchodził za krezusa wśród death metalowców. Może dlatego, że parał się  tworzeniem muzyki nie tylko dla swego zespołu, ale też na inne potrzeby. Nieważne. „Ołtarze szaleństwa” są szatańskie, ale nie głupie, są antychrześcijańskie, ale nie dziecinne, jak to drzewiej bywało. Tu  jest mroczno i szalono, ale nie jest tandetnie. Tak według mnie powinien brzmieć ekstremalny metal! Ten album wypełnia nawałnica złego, charczącego i diabelskiego wokalu, chaotycznych gitarowych – prowadzących i rytmicznych – pasaży. Gdyby ktoś poprosił mnie, abym podsumowała death metal jednym albumem, podsunęłabym mu pod nos sławetną okładkę Dana Seagrave’a. „Altars of Madness” to naprawdę znakomita płyta, uznawana już przez większość metalowej braci za absolutny klasyk gatunku. Jest to punkt wspólny, w którym black metal, thrash metal i death metal łączą się ze sobą. „Maze of Torment” i „Suffocation” są przytłaczające, z atmosferą szaleństwa przekazywaną poprzez niezwykłe riffy, które zaserwowali nam zarówno bardzo agresywnie i precyzyjnie grający Brunelle oraz wyżywający się w swych chorobliwych, atonalnych solówkach Azagthoth, choćby w kompozycjach takich jak „Visions From the Dark Side” czy „Lord of All Fevers and Plague”. Tak, to jeden z 10 najlepszych albumów death metalowych wszech czasów w moim prywatnym rankingu. Nie mam co do tego złudzeń. Na tej płycie jest mnóstwo świetnego, błyskotliwego i szybkiego gitarowego grania. Uwielbiam to, jak Morbid Angel komponuje niesamowite i interesujące partie w średnim tempie. Bo często, albo nawet zazwyczaj, muzycy metalowi – zwłaszcza obecnie – mają problem ze skomponowaniem naprawdę dobrych riffów w wolnych czy średnich tempach. Większość galopuje czym prędzej do przodu i… łamie sobie nogi. 😉 Dźwięk gitary Trey’a jest celowo bardzo zniekształcony i wydaje często piskliwy odgłos, podczas zawodzenia w jakże zwariowanych solówkach. Z pewnością usłyszymy tu piętno Mercyful Fate, Slayera, Dark Angel, Kreatora, Possessed i innych mistrzów piekielnego grania. Pete Sandoval, który zastąpił  Wayne’a był istnym tornadem i oczywistym następcą geniusza perkusyjnego, jakim jest Gene Hoglan. Przynajmniej połowa albumu brzmi jak kakofonia iście diabelskich nut. Trey wykorzystywał niekiedy trytony, podobnie jak Hendrix i Iommi, określane mianem „diabolus in musica”. Brzmi znajomo? 😉 David Vincent niekoniecznie przypomina barwą głosu Johna Tardy’ego czy Chucka Schuldinera i  ma ostrzejszą, zachrypłą, szczekającą barwę, nieco balck metalową można by rzec. To mieszanka wybuchowa, która wyszła spod rąk producenta Toma Morrisa (Morrissound), który wraz ze swym bratem Jimem i Scottem Burnsem wypuścili mnóstwo dobroci a artysta Dan Seagrave zgodził się stworzyć jedną z najbardziej kultowych i ukochanych w mej opinii okładek. Zanim Azagthoth i Vincent, którzy niejako wspóliderowowali zespołowi, pojawili się na scenie, świat nigdy nie widział tak pokręconej, (nie)boskiej muzyki i takiej wyrażanej dźwiękami nienawiści do wszystkiego co święte – „Altars of Madness” w 1989 roku zmieniło postrzeganie metalu na zawsze. Jasne, był „Scream Bloody Gore”, była „Schizophrenia” – ale dopiero Morbid Angel wyniósł szeroko rozumiany heavy metal na szczyt ekstremy. Ot chociażby, już od pierwszej sekundy „Immortal Rites” do ostatniego „Evil Spells” to nic innego jak odrażający, bluźnierczy death metal – a trzydzieści pięć minut pomiędzy tymi numerami to piekło na Ziemi. Motywy liryczne na pierwszy rzut oka wydają się dość banalne. Jednakże głębsze studium tekstów ujawnia prawdziwy talent Davida Vincenta, który kocha między innymi mizantropa Baudelaire’a, ojca Kościoła Szatana – Antona LaVey’a, wielkiego niemieckiego Nietzschego, ale i zwyrola Markiza de Sade a nawet cesarza Kaligulę. 😉 wyrażając młodzieńczą nienawiść i złość wobec zorganizowanej religii w sposób, jakiego nikt wcześniej w metalu nie próbował. Najbardziej zauważalną cechą jest jego chrapliwy głos, spowodowany podobno… zapaleniem gardła. 😉 Wokal jest inny niż na jakimkolwiek albumie Morbid Angel – wyższy, prawie black metalowy.  Niektórzy bardziej konserwatywni metalowcy uważali „Altars…”  za obrzydliwość, za przekroczenie wszelkich znanych dotąd norm.

Co prawda, przywoływany już kilkukrotnie przeze mnie „Scream Bloody Gore” pokazał dziewiczą brutalność i fascynację horrorem, ale „Altars…” zaoferowało nam dużo więcej! Nagrany od tyłu pierwotny riff z pierwszej piosenki pokazuje, czego można się spodziewać po albumie. Tu wszystko w zasadzie jest na opak i na przekór wszystkiemu. Vincent odsłania zdumiewający pokaz gniewu i szaleństwa, używając  genialnych i imponujących wysokich growli. Wokale  są świetne,  doskonale się komponują z muzyką, warczenie jest wyraźne, a pojawiający się momentami czysty wokal sprawdza się tutaj doskonale. Oczywiście brzmienie może się wydawać trochę przestarzałe jak na dzisiejsze sterylne (tfu!) standardy, biorąc pod uwagę właśnie to, że produkcja jest dość surowa. Dla mnie to żadna wada. Wprost przeciwnie! Pete Sandoval jest pieprzoną bestią na tym albumie ze swymi uderzeniami i zmianami tempa, jak w utworze „Chapel of Ghouls”, który ma co najmniej 10 różnych rytmów! „Zwierzak” skopał więcej tyłków niż Mike Sus. Do diabła, on nawet pokonuje samego Dave’a Lombardo pod względem złożoności i szybkości. Azagthoth gra bezlitosne atonalne solówki, podczas gdy Brunelle jest bardziej tradycyjny i powściągliwy (termin względny oczywiście jak na taką kakofonię). Obaj doskonale się uzupełniają. Azagthoth ucieleśnia dzikiego ducha, a czystsza i bardziej muzyczna gra Brunelle zapewnia równowagę tym utworom.  To był album, który zapoczątkował karierę tysięcy zespołów, ale niewielu mogło się równać geniuszowi tego komanda śmierci. Chociaż Morbid Angel był bliski powtórzenia swojego wielkiego sukcesu płytą „Blessed Are The Sick” z 1991 roku, to jednak „Altars…” ustanowił szablon współczesnej muzyki death metalowej. Jest to także obraz gatunku w jego erze raczkującej, zanim reguły zostały skodyfikowane tak rygorystycznie. „Blessed…” jest bardziej wypolerowany (tracąc w niektórych momentach szybkość i agresję) ze sterylną perkusją, a nawet ckliwymi melodiami („Desolate Ways”). Natomiast „Altars…” jest nadal naturalny, szczery, czysty i arcybrutalny. Morbid Angel jako pierwszy wprowadził chaos instrumentalny i jedne z najbardziej bluźnierczych tekstów, jakie kiedykolwiek napisano do tamtej pory. Wątpię, aby znaleźli się słuchacze, którzy by potrafili powstrzymać dreszcze, gdy złowieszczy chór klawiszowy włącza się w „Chapel of Ghouls”. Trey Azagthoth został nazwany Tonym Iommim death metalu i nie trudno zrozumieć, dlaczego: jego riffy są przerażające, kolosalne i zniewalająco zakręcone. Solówki są jeszcze bardziej chaotyczne: posłuchajcie tej z „Chapel of Ghouls”. Gra Sandovala jest tu szalona i gwałtowna. Wokal Davida Vincenta jest prawie szeptany, chrapliwy. Jeszcze nie ewoluował do tego grubego gardłowego, który można usłyszeć w późniejszych klasykach Morbid Angel, jak „God of Emptiness”. Styl wokalny Davida idealnie dobrze pasuje do groźnych, piekielnych tekstów.  Szybkie, ciężkie utwory – wszystkie są świetnie zbalansowane, niektóre nieco bardziej thrashowe. „Lord of All Fevers and Plagues”, „Damnation” i „Chapel of Ghouls” mogą być odbierane jako hołd dla ich thrash metalowych poprzedników – Slayera, Kreatora i Celtic Frost, jednakowoż jeszcze bardziej bezwzględne w swym nieustępliwym natarciu od utworów wymienionych mistrzów. To jest istny Sajgon, proszę Państwa! Każda piosenka to frontalny atak, niepowstrzymana machina wojenna, która nie zadowoli się, dopóki nie zostanie zachlapana krwią niewiernych… Dla każdego fana death metalu, a tak naprawdę, każdego fana metalu w ogóle, jest to oczywiście niezbędna pozycja na jego półce, a nie tylko historyczny artefakt, którego istnienie wystarczy odnotować z tyłu głowy. To trzeba czcić! W końcu to ołtarz, do diabła! 😉

Cechą charakterystyczną każdego muzycznego arcydzieła jest to, jak trudno jest wybrać poszczególne elementy jako wyróżniające się. Nie da się więc zaprzeczyć spójności i jakości komponowania piosenek, bo nie ma tu żadnych słabych, żadnych słabych momentów. Z ulubionych wybrałabym „Suffocation” ze względu na niezapomniany i miażdżący refren. Wybrałabym też „Maze of Torment”, piosenkę, która jako pierwsza spodobała mi się na tym albumie, „Chapel of Ghouls”, zwłaszcza jeśli chodzi o potworny finał. „Altars of Madness” to album, w którym death metal osiągnął dojrzałość, milowy krok pod względem progresji i ekstremalności metalu. Azagthoth jak nikt inny przeplata ekscentryczne riffy odzwierciedlające jego własną osobowość, manipulując tradycyjnymi timingami z przewrotnymi metodami brzdąkania. Gra na bębnach samouka Pete’a „Zwierzaka-Commando-Jaskiniowca” Sandovala zasługuje na osobny wywód, w którym jego mistrzostwo w posługiwaniu się instrumentem można by wyczerpująco  opisać. Sandoval prezentuje swoje umiejętności jako jednego z najszybszych perkusistów na scenie death metalowej, który według opinii wielu fanów powinien zasiąść na tron. Wprowadził liczne innowacje i stworzył inspiracje dla przyszłych perkusistów, w tym naszego nieodżałowanego Docenta, który bardzo mocno w mej opinii deptał Pete’owi po piętach… 😉 Brzmienie werbla jest gustownie dostrojone, błyskawiczne dudnienia, grzmoty, stukot talerzy… Poezja. 😉 Jego zwinne przejścia dają mu niekwestionowany tytuł – ojca beat blastu! Tak, wiem że sobie przeczę, bo w poprzedniej recenzji tj. „Scum” Napalm Death tym samym mianem określiłam Micka Harrisa, ale jednak technika Brytyjczyka nawet w części nie dorównuje Salwadorczykowi. Zauważcie, że Latynosi mają rytm we krwi. Praca nóg Sandovala na tym albumie przebija jego wcześniejsze dokonania. Szczególnie jego sekwencyjne bębny basowe. Bez wcześniejszego dłuższego doświadczenia w graniu na podwójnych centralkach, Sandoval niestrudzenie trenuje swoje stopy, aby zostać mistrzem w tej dziedzinie – pozostawiając nas z całkowitym niedowierzaniem i szczęką na dywanie! „The Commando” improwizował, aby stworzyć własną technikę gry na bębnach, co w pewnym sensie upodabnia go do innego samouka, ziomka – Latynosa, nikogo innego jak Dave’a Lombardo, który zaczął rządzić na perkusji w czasach „Hell Awaits”.

Monika Nowacka

Wydawnictwo In Rock Music Press oraz Muzyka z Bocznej Ulicy przypominają, że już w listopadzie 2020 roku na rynek Polski trafi genialna książka opisująca całą historię grindcore’u i death metalu. Legendarna, odnowiona, mająca niemal 600 stron książka Alberta Mudriana „Oblicza śmierci. Niewiarygodna historia death metalu i grindcore’u” nadciąga!

(Łącznie odwiedzin: 450, odwiedzin dzisiaj: 1)