Na rok przed tym, jak Genesis zszokowało swoich dotychczasowych fanów albumem „abacab” formacja Yes znalazła się na rozdrożach, publikując kontrowersyjną, w opinii fanów progresywu, płytę „Drama”. W odróżnieniu jednak od Genesis kontrowersje związane z „Drama” sprowadzały się nie tyle do zawartości muzycznej, co składu formacji z roku 1980, zmontowanego w przededniu olbrzymiej trasy koncertowej.

Rok 1979 okazał się dla Yes rokiem pełnym rozczarowań. Nie tylko ze względu na wewnętrzne napięcia artystyczne, co, przede wszystkim, z powodu topniejącego budżetu zespołu z którego Yes korzystał dotychczas z dużą regularnością i bez oglądania się na wydatki. Album „Tormato” nie przyniósł oczekiwanego sukcesu rynkowego, zdawało się ponadto, że dotychczasowa formuła zaczęła się po prostu wyczerpywać. Wyraźnie czuć było, że kompozycyjnie dominujący na płycie Jon Anderson oraz Chris Squire – serce i dusza formacji – znaleźli się w pacie, z którego nie udało się im wyrwać. W tamtym czasie nikt nie zamierzał jednak czekać, aż artyści zdołają odblokować się muzycznie. Po płycie tak doskonałej jak „Going For The One” nastąpił okres kompozycyjnej blokady, co doprowadziło do zawarcia na kolejnym albumie muzyki nie spełniającej oczekiwań fanów. Warunki rynkowe, olbrzymie wydatki zespołu oraz chęć maksymalnego wykorzystania sukcesu z roku poprzedzającego zaowocowały wypuszczeniem płyty nie spełniającej wymogów samego zespołu. Yes doskonale zdawali sobie z tego faktu sprawę.

Po premierze „Tormato” topniejące wpływy ze sprzedaży płyty, pojawiające się coraz częściej wzajemne pretensje oraz narastające zniechęcenie muzyków do kontynuowania prac nad dalszymi kompozycjami doprowadziły do odejścia Jona Andersona, zawiedzionego brakiem wsparcia ze strony zespołu, oraz Ricka Wakemana, od dawna podchodzącego z ironicznym dystansem do samej formy funkcjonowania formacji. Zresztą obaj mogli czuć się niezadowoleni. Brak sukcesu ostatniej płyty nie oznaczał, że zespół mógł pozwolić sobie na marazm. Wręcz przeciwnie – klęska „Tormato” decydowała właśnie o tym, że do prac nad kolejnym longplayem należało usiąść jak najszybciej. Wakeman i Anderson właśnie to postanowili zrobić. Ich wspólna praca kompozycyjna nie tyle spotkała się z rezerwą ze strony pozostałych muzyków, co została zupełnie zignorowana. Reszta członków Yes rzadko kiedy w ogóle pojawiali się w studio. Oczywiście potęgowało to wewnętrzne napięcia a nasilający się marazm i konieczność znalezienia innych źródeł dochodu spowodował, że obaj muzycy postanowili formację opuścić.

Zmiany personalne nie należały w przypadku Yes do rzeczy niezwykłych. Nie stawiały również formacji od razu na straconej pozycji. Oczywiście, Jona Andersona, uwielbianego przez widownie, charyzmatycznego i charakterystycznego wokalistę, nie można było zastąpić bez uszczerbku na wizerunku zespołu. Nie to jednak stanowiło problem. Problemem była zbliżająca się, wyprzedana już trasa, z której pieniądze zespół zdołał w dużej mierze wykorzystać. Nie było możliwości, aby występy odwołać bez wpędzania się w olbrzymie i dotkliwe długi, na co oczywiście żaden z muzyków nie miał najmniejszej ochoty. Pozostawało znaleźć kogoś, kto chociaż tymczasowo zastąpić mógł wokalistę. I dokładnie tak zrobiono.

Zespół Buggles zasłynął w roku 1979 nagranym i wyprodukowanym przez siebie singlem „Video Killed The Radio Star”. Utwór nawiązując do amerykańskiej odmiany post-punka zwanej nową falą doskonale wpisywał się w tendencje muzyczne zaczynające coraz mocniej rozpychać się na scenie muzycznej w początkach lat 80. W zasadzie Buggles nie byli zespołem z prawdziwego zdarzenia. Projekt stworzony został przez dwóch młodych, niezwykle utalentowanych muzyków i producentów – Trevora Horna oraz Geoffa Downesa. Ten pierwotnie stricte studyjny byt zdobył na tyle duży rozgłos, że występy na żywo stały się realną możliwością wykorzystania sprzyjającej koniunktury. Wraz z poszerzeniem działalności, popularnością singla oraz pierwszej płyty przekornie nazwanej „The Age of Plastic” muzycy postanowili zaangażować managera. Zdecydowali się na Briana Lane’a zawiadującego również interesami Yes.

Pomimo dobrej sprzedaży swojego debiutanckiego albumu Buggles nie byli jednak priorytetem managera. Dla Lane’a najważniejszym pozostawało postawienie na nogi mocno poturbowanego Yes, którego muzycy zmuszeni byli nie tylko jak najszybciej opublikować następcę „Tormato” jak również wyruszyć w trasę, której niepowodzenie mogło zaważyć na prywatnym życiu muzyków. Yes zredukowany do trio odbywał co prawda próby, ale nie na tyle owocne, aby można było spodziewać, się, że w tym składzie płyta zespołu ujrzy światło dzienne w możliwym do przewidzenia terminie.

Buggles, dzięki kontaktom managera mieli okazję poznać muzyków zespołu Yes, którego Trevor Horn pozostawał oddanym fanem niemal od samego początku ich kariery. Ostatnia płyta formacji, wspominana już „Tormato” również i jego zawiodła, przy czym Horn potrafił postawić jednoznaczną diagnozę porażki longplaya: brak udanych melodii. Dzięki kontaktom z Chrisem Squire’m i przyjaźni, jaka między nimi się zawiązała Horn zdecydował się przedstawić basiście swoją autorską kompozycję, którą chciał oddać zespołowi. Nie wiedział jednak, że z Yes odszedł Jon Anderson. W początkowych zamierzeniach Horna utwór miał być śpiewany przez dotychczasowego wokalistę Yes a decyzja o oddaniu utworu wiązała się jedynie z faktem, że Trevor pozostawał fanem dokonań formacji.

Pomimo sympatii jaka narastała między Hornem a Squire’m ten drugi zdecydował się wykorzystać zaangażowanie producenta we własnych celach. Nie mówiąc mu o odejściu Andersona, zaprosił tak Horna jak i Downesa na próbę zespołu. Horn oczywiście nie był wokalistą, którego umiejętności mogły ułatwić mu zastąpienie profesjonalnego, wykwalifikowanego i dysponującego szeroką skalą głosu Andersona. Nie to miało jednak znaczenie dla Yes. W przededniu katastrofy zespół znalazł bowiem dwóch utalentowanych muzyków, którzy mogli wypełnić powstałe luki. Obawy Horna były zbywane a on sam, mając słabość do formacji i nie chcąc rezygnować z danej mu szansy, zgodził się zastąpić przed mikrofonem Jona.

Zresztą jego wpływ na album „Drama” nie ograniczał się wyłącznie do śpiewu. Yes, a przede wszystkim, Squire wycisnął Trevora niczym gąbkę. Horn nie tylko wyprodukował album (poza niektórymi ścieżkami, które przygotował wcześniej zaangażowany producent Eddie Offord, jeszcze przed rezygnacją z dalszej pracy) co odpowiadał znacząco za kształt płyty pod względem kompozycyjnym. W ten sposób powstała płyta, która pomimo swoich niezaprzeczalnych walorów muzycznych została niemal zupełnie zignorowana przez fanów zespołu. Patrząc z perspektywy lat jej powstania, było to zrozumiałe. Trevor Horn i, generalnie, Buggles stanowili przedstawicieli świata popu, łączącego nowe i nieakceptowane przez zagorzałych fanów progresywu wpływy post-punkowej stylistyki łączonej z nowymi zdobyczami technologicznymi, nurtu muzycznego nastawionego przede wszystkim na uproszczenie formy i dobre, zwarte melodie. Poza tym Trevor Horn kojarzył się w tamtym momencie niemal wyłącznie z utworem „Video Kill The Radio Star” który, jakby na to nie patrzeć, był utworem zupełnie nie przystającym do tego, co prezentował w dotychczasowej historii zespół Yes. Bunt bądź przynajmniej niezadowolenie fanów było czymś oczywistym.

Tyle, że dotychczasowa historia Downesa i Horna nie miała zupełnie przełożenia na album „Drama”. Po dołączeniu do formacji wpasowali się w dotychczasową formułę, podchodząc z dużym zrozumieniem do wymagań stylistycznych Yes. Popowe zaangażowanie Buggles zaowocowało jedynie melodyką, która wyróżniała album w niezwykle pozytywny sposób. Płyta rozpoczyna się progresywnym, trwającym ponad 10 minut, gigantem „Machine Messiah” zaskakującym niezwykle ciężkim brzmieniem gitary.  Następnie miniaturka „White Car” zapadająca w pamięć dzięki intrygującemu klimatowi i doskonałej wokalizie Horna, który dał w niej namacalny dowód na to, że opinia Squire’a o podobieństwie wokalu Trevora do Jona Andersona wcale nie była oderwana od rzeczywistości. Najlepsze jednak przychodzi wraz z dwoma kolejnymi utworami. Genialne, melodyjne ale unikające prostoty i oczywistości „Does It Really Happen?” powinno na stałe wejść do repertuaru koncertowego Yes, gdyby nie fakt, że w późniejszych latach Anderson odnosił się z dużą rezerwą do dokonań Yes z Downesem i Hornem na pokładzie – tym bardziej, że utwór ten w dużej mierze bazował na „Everybody’s Song”  powstałym i odrzuconym przez zespół w okresie prac nad „Tormato”. Podobnie wygląda sprawa z niezwykle charakterystycznym, dziwnym i intrygującym „Into The Lens” – autorską kompozycją Horna i Downesa, zresztą zawartą pod tytułem „I Am The Camera” w późniejszym czasie również na drugim albumie Buggles. „Drama” kontynuuje odrobinę mniej zapadające w pamięć „Run Through The Light”, przeszywające „Tempus Fugit” i… koniec. Ta niezwykle krótka jak na możliwości Yes płyta pozostawia przyjemny niedosyt. Nie wystawia cierpliwości słuchacza na próbę, nie ucieka w zbędne improwizacje. Sprawia wrażenie zwartej i przemyślanej. Pod tym względem, można powiedzieć, że faktycznie stanowiła odpowiedź zespołu na rynkowe zmiany i dominację post punku i new wave. Cechuje ją ponadto doskonała, bardzo jasna i selektywna produkcja, co również należy przypisać talentowi Trevora Horna.

A jednak współpraca zespołu z dwoma muzykami okazała się krótkotrwała. W zasadzie wydaje się, że nagranie albumu stanowiło wyłącznie dodatek, ukłon w stronę Buggles, których wykorzystano przede wszystkim jako muzyków sesyjnych, mających sprawić, że intratna (i już „przejedzona” finansowo) trasa koncertowa mogła się odbyć. W trakcie występów okazało się ponadto, jak wielkim wysiłkiem dla Horna było codzienne wcielanie się w rolę Jona Andersona. Nowy wokalista nie był w stanie każdego wieczoru imitować wysokiej skali głosu byłego frontmana bez poważnych uszczerbków zdrowotnych. Robił to, zresztą skutecznie, ale kosztem olbrzymiego wysiłku, który nie był doceniany przez europejskich fanów, domagających się powrotu Andersona. Inną kuriozalną kwestią związaną z trasą była rozrzutność zespołu, który na swobodę finansową nie mógł sobie w żadnym stopniu pozwolić. Muzykom towarzyszyły partnerki, żony, dzieci i opiekunki przejadające budżet trasy do tego stopnia, że Trevor Horn musiał zgodzić się na obniżenie własnego honorarium z 14 tysięcy funtów do raptem 10 tysięcy dolarów – i była to jedyna suma, jaką zarobił w Yes podczas rocznej współpracy. Po opuszczeniu zespołu zmusiło go to do szybkiego poszukiwania innych sposobów zarobku ze względu na długi w jakie popadł. Poświęcił się więc, niezwykle udanej, karierze producenta muzycznego.

Niezależnie od chaosu towarzyszącego procesowi powstawania albumu i towarzyszącej premierze trasy płyta „Drama” jest albumem niezwykłym, zdecydowanie wyróżniającym się spośród wszystkich albumów Yes a wraz z upływem lat zaczęła zdobywać również należną jej sympatię fanów zespołu. Największe sukcesy komercyjne Yes miały jednak dopiero nadejść wraz z albumem „90125” wyprodukowanym zresztą również przez Trevora Horna.

Kuba Kozłowski, Ocena: 5

 

(Łącznie odwiedzin: 257, odwiedzin dzisiaj: 1)