John Lawton zasłynął jako wokalista Uriah Heep, który w newralgicznym dla zespołu momencie zdołał godnie zastąpić Davida Byrona. A jednak jeszcze zanim zasilił szeregi legendy hard rocka Lawton święcił artystyczne triumfy w mniej znanym a zasłużonym dla niemieckiej sceny muzycznej zespole Lucifer’s Friend. Formacji, która ze względu na szeroką gamę stylistycznych wpływów niemal od początku istnienia toczyć musiała walkę o szersze uznanie w muzycznym show businessie.
Lucifer’s Friend tworzony przez gitarzystę Petera Hessleina, basistę Dietera Hornsa, perkusistę Joachima Rietenbacha, organistę Petera Hechta i Johna Lawtona nie zdołał nigdy wyjść poza status formacji kultowej. W toku swojej działalności studyjnej grupa nagrywała intrygujące muzycznie albumy ale, w powszechnym mniemaniu, pozbawiona była nutki geniuszu, która umożliwiłaby zaistnienie w świadomości „niedzielnego słuchacza”. Pomimo pozytywnych recenzji (szczególne w Stanach Zjednoczonych) dziennikarze muzyczni ulegali specyficznej niemocy, gdy przychodziło im wskazać na stylistyczne podwaliny twórczości zespołu. Niesprawiedliwie Lucifer’s Friend przyrównywano do Black Sabbath, Led Zeppelin i Deep Purple, stawiając tym samym zespół w pozycji co najwyżej „ucznia” gigantów rocka odmawiając mu tym samym artystycznej niezależności. Wszystko dlatego, że większość specjalistów zdaje się postrzegać muzykę przez pryzmat szablonów, w które daną formację da się wpisać, a Lucifer’s Friend wymykał się jasnym klasyfikacjom. Nie pasował ani do krautrocka, hard rocka czy klasycznego progresywu. Łączenie odrębnych stylistyk prowadziło do konsternacji dziennikarzy spychając formację na margines świata muzyki. Jest to oczywiście podejście w dużej mierze błędne – z Sabbatami muzyków Lucifer’s Friend łączyła co najwyżej niepokojąca nazwa, z Led Zeppelin – bluesowe podwaliny kompozycji (oraz pierwsze takty utworu „Ride the Sky” nuta w nutę odpowiadające „Immigrant Song”) a z Deep Purple (i to zaledwie na kilku albumach!) wprzęgnięcie klawiszy w opartą na riffach muzykę. Równocześnie, dla własnej wygody, dziennikarze ignorowali o wiele wyraźniejsze różnice między wymienionymi formacjami a Lucifer’s Friend, co nie służyło powszechnemu odbiorowi twórczości Niemców.
Innym powracającym błędem specjalistów było sprowadzanie twórczości zespołu do materiału zawartego na kultowym, debiutanckim albumie ze stycznia 1971 roku. Gdy prześledzi się uważnie dokonania formacji, to widać wyraźnie, że eponimicznie nazwany album stanowi w większej mierze anomalię w stylistyczną (tak pod względem lirycznym jak kompozycyjnym) niż wyznacznik muzycznej drogi, jaką podążał Lucifer’s Friend w przyszłości.
Nie ulega jednak wątpliwości, że nagrana przez Niemców (wzmocnionych na ostatnim etapie prac studyjnych przez Brytyjczyka Lawtona) płyta „Lucifer’s Friend” najmocniej zapisała się w pamięci słuchaczy. Stanowiło to bezpośrednią konsekwencję dobrych, przemyślanych utworów, które trafiły na album oraz wynik przystępności materiału. Szczególnie, gdy porównać go z dalszymi dokonaniami zespołu. Utwory „Ride the Sky”  czy bluesujący „Keep Goin”  zdobyły pewną popularność, trafiając nawet na listy przebojów lokalnych stacji radiowych w USA, ale ugruntowały one spaczony ogląd na twórczość Niemców. Przez sukces hard rockowego debiutu i bardziej przystępnej płyty „Im Just a Rock & Roll Singer” coraz bardziej rozwijany element progresywny w twórczości formacji traktowany był z brakiem zrozumienia ze strony słuchaczy. Karierze formacji nie pomagało również zaprzestanie koncertowania, wynikające z olbrzymich kosztów tras, na które Lucifer’s Friend nie było po prostu stać. Jak wspominał Peter Hesslein: „płacono nam grosze, byliśmy oszukiwani i popadliśmy w olbrzymie długi”.
Chociaż progresywne zapędy zespołu stały się wyraźne dopiero na kolejnych albumach, to już na debiucie znalazły się elementy jasno wskazujące, czego po zespole można było się spodziewać – rozbudowany psychodeliczno/progresywny utwór tytułowy podążał w zasadzie w tym samym kierunku, który zdominował niemal cały materiał z „Where the Groupies Killed the Blues”, drugiej, mocno eksperymentalnej, płyty formacji. Niemieccy muzycy bardzo szybko zaczęli odchodzić od hardrockowych podwalin, szukając inspiracji w pompatycznych, rozbuchanych i wielowymiarowych kompozycjach w większym stopniu przywodzących na myśl dokonania wczesnej sceny progresywnej, czerpiącej garściami ze spuścizny muzyki psychodelicznej. W swoich utworach łączyli ponadto, zresztą w nieoczywisty sposób, elementy jazzu z bogatą instrumentalizacją, elementami soulu i rozwiązaniami rythm and bluesa – co oczywiście nie ułatwiało krytykom jasnego sklasyfikowania ich muzyki.  
A jednak należy przyznać, że w działaniach zespołu dostrzec można pewnego rodzaju rozdwojenie jaźni. Płyty eksperymentalne, progresywne i rozbuchane aranżacyjnie – wspomniana już „Where the Groupies Killed the Blues”, świetna, przepełniona inteligentną melodyką „Banquet” czy „Mind Exploding” przeplatane były albumami o zacięciu niemal AOR-owskim, popowym i przyjaznym radiu. To właśnie longplaye „Im Just a Rock & Roll Singer” czy, przede wszystkim, „Good Time Warrior” i „Sneak Me In” doprowadziły do tego, że stylistyczna niekonsekwencja wyalienowała części oddanych fanów Lucifer’s Friend, nie przysparzając równocześnie grupie nowych zwolenników. Albumy nagrane z myślą o mainstreamowym sukcesie nie dorównywały twórczości prezentowanej przez gigantów rocka pokroju Journey, Toto czy Fleetwood Mac ery Buckinghama i Nicks. Dla porównania powiem, że w roku premiery „I’m Just a Rock & Roll Singer” na rynek trafiła płyta REO Speedwagon „Riding The Storm Out” oraz doskonała „We’re an American Band” Grand Funk Railroad o wiele lepiej radząca sobie w ramach podobnej stylistyki. Z kolei w okresie gdy do sklepów trafił „Good Time Warrior” słuchacze mogli wybierać pomiędzy, opublikowanymi również w 1978, „Infinity” Journey czy „City to City” Gerry’ ego Rafferty’ego.  Albumy klasycznie rockowe nie spełniły w twórczości Lucifer’s Friend roli na jaką liczyli muzycy – ani nie zwiększyły rozpoznawalności formacji na rynku, ani nie zaowocowały radiowymi singlami, które mogłyby polepszyć sytuację materialną muzyków. Ci zarobków szukać musieli poza zespołem, angażując się w projekty poboczne, jak Les Humpries Singers (John Lawton) czy James Last Orchester (Peter Hessler). Flirt z mainstreamem prowadził za to do niezadowolenia wśród miłośników wcześniejszych dokonań formacji.
Nie oznacza to jednak, że przeważająca część dyskografii zespołu nie jest twórczością najwyższych lotów. Sytuację w jakiej znaleźli się Lucifer’s Friend porównałbym do wyborów dokonywanych przez Blue Öyster Cult, którzy po opublikowaniu kilku mocno awangardowych albumów popadli w typową dla lat 80. sztampę. Nietrafione wybory stylistyczne, roszady personalne (w roku 1974 zmarł perkusista Joachim Rietenbach a po opublikowaniu płyty „Mind Exploding” formację opuścił Lawton) oraz niesprawiedliwe zakwalifikowanie do grupy „epigonów” rockowej elity spowodowały, że twórczość Lucifer’s Friend nie spotyka się obecnie z takim zainteresowaniem na jakie zasługuje.
Już jednak debiutancki album posiada wszelkie cech płyty ponadczasowej. Artystycznie równie udana „Where the Groupies…” poszerzyła formy wyrazu zespołu, które uległy dalszemu rozwinięciu na „Banquet” i bardziej zwartym kompozycyjnie „Mind Exploding”. Albumy te, wraz z późniejszym, wydanym w roku 1981 po powrocie do formacji Johna Lawtona, „Mean Machine” powinny należeć do kanonu rocka. W odróżnieniu od wielu formacji z lat 70. które po zderzeniu się z grubą ścianą show businessu i ambiwalencją słuchaczy szybko zakończyły działalność, Lucifer’s Friend funkcjonuje do dnia dzisiejszego pomimo długiej przerwy studyjnej przypadającej na lata 1982-2016. W międzyczasie muzycy zdołali nagrać jedynie kilka nowych utworów opublikowanych następnie na albumie kompilacyjnym „Awakening” z roku 2015. W roku 2016 na rynek trafiła, recenzowana w jednym z wcześniejszych numerów Lizarda, płyta „Too Late to Hate”, która kontynuuje kierunek zaakcentowany na „Lucifer’s Friend” i „Mean Machine” kosztem progresywnych aranżacji i rozbudowanych form kompozycyjnych. Jest to płyta niezwykle równa, zróżnicowana, wypełniona niesztampowymi, rockowymi riffami i wokalem Johna Lawtona, który ponownie zdaje się być w życiowej formie.
Pomimo opublikowania kilku z założenia przebojowych płyt, twórczość formacji postrzegana całościowo nie należy do kategorii muzyki przystępnej. Zależnie od okresu w historii zespołu ich płyty są nieoczywiste i aranżacyjnie skomplikowane bądź przebojowe i uproszczone kompozycyjnie, przywodząc na myśl wszystko to czym dysponował wówczas główny nurt rockowy. Niektóre longplaye Lucifer’s Friend są przepełnione wpływami progresywu i hard rocka a inne ewidentnie celują w gusta masowej publiki. Zależnie od tego, którą płytę włączymy, otrzymamy dobrze skrojone riffy albo kompozycje rozwlekłe i nastawione na budowanie intrygującego klimatu. Nie można podsumować ich dokonań prostą diagnozą i zamknąć w szufladzie z innymi, stylistycznie podobnymi formacjami. Dlatego też tak ważnym jest, od którego albumu zaczniemy poznawanie dyskografii formacji. Jak w przypadku wielu innych „poszukujących” wykonawców najbezpieczniejszym i najbardziej satysfakcjonującym rozwiązaniem jest tradycyjnie podejście chronologiczne, chociaż rozwój zespołu bynajmniej nie przebiegał linearnie.
Ważne jest również aby pamiętać, że, w odróżnieniu od przeważającej w latach 70. i 80. opinii, każącej uznawać stylistyczną ekwilibrystykę Lucifer’s Friend za wadę, to właśnie ona powoduje, że twórczość formacji ma wszelkie cechy niezwykłości. Ilość barw i odcieni prezentowanych przez formację nawet w obrębie jednej płyty (warto porównać chociażby „Meet You in L.A.” z „Warriors” –  utworami z płyty „Good Time Warriors” aby zrozumieć, co mam na myśli) świadczą o muzycznej i kompozytorskiej dojrzałości. Zespół zawsze unikał sztampy, co można docenić gdy odejdziemy od postrzegania ich twórczości wyłącznie przez pryzmat albumu debiutanckiego. Ten co prawda wyraźnie wpisywał się w hard rockową stylistykę czyniąc to ponadto na najwyższym poziomie, ale nie doprowadził do stałego ograniczenia form wyrazu stosowanych przez muzyków. Jedni nazwą to brakiem konsekwencji a inni przejawem talentu.

(Łącznie odwiedzin: 836, odwiedzin dzisiaj: 1)