Płyta od której tak naprawdę wszystko się zaczęło, oczywiście mam tu na myśli bardziej ekstremalne granie. „Welcome to Hell” dał poniekąd narodzić się scenie Thrashowej, która w połączeniu z Venom właśnie, Bathory, Mercyful Fate, Celtic Frost itd. dała podwaliny pod Death, a przede wszystkim pod Black Metal.

Nikt nigdy przed owym trio z Newcastle tak nie grał, nikt nie przeniósł diabelskiej estetyki na taki poziom, nie było zespołu jednocześnie tak bezkompromisowego, jaskrawego i bluźnierczego, o tak brudnym i surowym brzmieniu, łamiącego do tej pory znane bariery w rocku i stosunkowo młodym jeszcze metalu. No i okładka, nie pomylę się mówiąc, że jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych i ikonicznych w temacie. Nawet same piekielne pseudonimy muzyków były nas scenie czymś nowym, nie licząc tych jakże odległych symboliką i estetyką, powziętych w latach 70-tych przez członków Kiss.

                Z nagrywaniem „Welcome to Hell” wiąże się dosyć ciekawa historia. Po zarejestrowaniu singla „In League with Satan/ Live Like an Angel (Die Like a Devil)” i znaczącym na niego odzewie nowych fanów wytwórnia spytała zespół czy dysponuje jeszcze jakimś utworami. Okazało się, że tak. Tak więc, Cronos, Mantas i Abaddon zarejestrowali w ciągu 3 dni taśmę demo ze wszystkimi napisanymi do tej pory kawałkami. Ku ich zaskoczeniu stała się ich pierwszym pełnym albumem (taką decyzję podjęło Neat Records). Dlatego właśnie brzmi tak, a nie inaczej. Z nie zamierzonego zabiegu powstał najcięższy i najsurowszy album metalowy tamtego czasu (1981 rok). Niby Venom nie stworzył muzycznie niczego wybitnego, dalekie to było od ideału, ale klimat, specyficzne brzmienie, wokale (nie śpiewane, a wykrzykiwane, wręcz wycharczane), szaleńcze, tnące riffy (już wstępniak w postaci „Sons of Satan” jest perfekcyjną zapowiedzią i świadectwem tego co dzieje się na płycie), rzężący bas, potężna perkusja i szatańska estetyka tej płyty sprawiły, że „Welcome to Hell” stał się kamieniem milowym gatunku, kładącym podwaliny pod nowe nurty i dając inspirację kolejnym, nowym zespołom. Jego udział w tym wszystkim co narodziło się na niwie ekstremalnego grania w kolejnych latach jest nie do przecenienia, a takie kompozycje jak tytułowy „Welcome to Hell”, często coverowany „Witching Hour”, czy „In Laegue with Satan” to już nieśmiertelne klasyki. Tej płyty nie można nie znać i nie doceniać! Bez tej płyty scena metalowa jaką znamy dziś nie wyglądałaby tak samo.

Na koniec dodam, że tak jak „At War With Satan” rządzi u mnie muzycznie i jest najdojrzalszym krążkiem Venom pod każdym względem, tak „Welcome to Hell” darzę największym i niegasnącym sentymentem. Pamiętam jakby to było wczoraj jak niemal 10 lat temu wyszedłem z Gdańskiego Media Marktu z debiutem Bathory i właśnie tą płytą w łapach będąc jeszcze na początku swojej drogi w odmęty piekielnej muzyki. Od tej płyty należy zaczynać i tak czynią kolejne pokolenia sprawiając, że ten album nigdy się nie zestarzeje i nie straci swojej już ponadczasowej wartości.

Przemysław Bukowski

(Łącznie odwiedzin: 96, odwiedzin dzisiaj: 1)