„Heavy  psychedelic hard rock band” – gdy wpiszemy nazwę zespołu Scorpion Child w przeglądarkę odnajdziemy takie właśnie określenie stylu muzycznego, prezentowanego jakoby przez zespół. Czy dobrze oddaje ono specyfikę dokonań formacji? I tak i nie. Zaraz wyjaśnię, dlaczego nie mogę w pełni zgodzić się z tak specyficznym zaszufladkowaniem twórczości tej amerykańskiej grupy „na dorobku”. 
Pierwsza połowa lat 70. przyniósł prawdziwy wysyp zespołów, które podążając z duchem czasu czerpały garściami z dokonań Led Zeppelin czy Black Sabbath. Wiele z nich nadal wplatało w kompozycje, charakterystyczne dla poprzedniej dekady, rozbudowane, niepokojące pasaże nadające ich muzyce psychodeliczny sznyt. Zespoły, które budując kompozycję na cięższych progresjach akordów nie zapominały o, obowiązkowych do niedawna na muzycznej scenie, dalekich wycieczkach w odmęty ludzkiej psychiki określić można właśnie jako psychodeliczno- hard rockowe. Wśród nich do najznamienitszych zaliczam tak legendarne formacje jak Incredible Hog, Bang, Flower Travelin’ Band, Orang Utan (tu już z większym naciskiem na hard rock), Os Mutantes, czy, na przykład, May Blitz. Twórczość Scorpion Child ma z nimi jednak niewiele wspólnego – brakuje jej lekkości, swady, szczerego szaleństwa. Ich kompozycje zdają się niemal plastikowe.  
W takim razie, dlaczego zaliczam jednak amerykanów do wspomnianego nurtu? Ponieważ Teksańczycy wymieszali wszystkie klasycznie rockowe wpływy jakie tylko znali. Bez najmniejszej wątpliwości czerpią garściami z dorobku lat 70. reprezentowanego przez wymienione powyżej zespoły. Robią to jednak niezręcznie, stojąc w bolesnym rozkroku między gigantami hard rocka (Led Zeppelin, Black Sabbath, troszkę Rainbow), wspomnianymi już legendami muzycznego podziemia lat 70. a współczesnymi zespołami typu Mastodon, Kings of Leon czy Rival Sons – szczególnie pod względem nowoczesnej produkcji i wokalu.
 W żadnym stopniu nie dostrzegam w ich utworach wpływów krautrocka – a wielu recenzentów cmokając z zachwytu wymienia Scorpion Child jako mesjaszy odnowy tego właśnie gatunku (myśląc chyba, że w krautrocka, bez większych konsekwencji, wrzucić można absolutnie wszystko). Jest to oczywiście czysty absurd. To, co odnajdziemy na „Acid Roulette” to przyzwoicie zaprojektowany zestaw utworów retro rockowych, które w zamierzeniach twórców miały być czymś więcej niż są. Nie ma w nich ani kapki geniuszu, porywających solówek, nie ma odnowy stylistycznej ani retro rewolucji. Tak na moje ucho to nie ma w nich również podchodzącego z szacunkiem do źródeł inspiracji retro rocka. Jest za to solidny produkt, któremu, dzięki kilku ciekawszym fragmentom (np. ”My Woman in Black”, „Twilight Coven”, „She Sings, I Kill”), można parę chwil poświęcić. Ale nie więcej. Zbyt dużo dobrej muzyki na nas czeka aby marnować czas na Scorpion Child.  
Kuba Kozłowski, Ocena: 2+
U nas obowiązuje skala szkolna:
1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

(Łącznie odwiedzin: 57, odwiedzin dzisiaj: 1)