Przeczytałem kiedyś, że Nick Cave to taki muzyk dla hipsterów, czy jak ich tam zwać, co to żeby dobrze wniknąć w jego twórczość to trzeba być zwichrowanym co najmniej na tym samym poziomie co on sam. Hmm, co prawda ów artysta w swoim odrealnionym dziwacznym uduchowieniu niewielu ma sobie równych, a jako osobowość z pozoru introwertyczna, lecz tak naprawdę z mocnym i impulsywnym odchyleniem ekstrawertycznym ochoczo wylewa z siebie swoje radości (czasem) i smutki (tak – te częściej), to jego sztukę plasowałbym jednak do szerszego grona odbiorców niż tylko pokręconych freaków, jakim on sam z pewnością jest.

 Jedno jest pewne – facet ma serce na dłoni i nie waha się zrobić z tego serca użytek. A że jest to użytek ekstremalnie naładowany emocjami wszelakimi, to ja sięgam po niego bez wahania. Najlepiej w chwilach listopadowej deprechy, bo emocje najlepiej traktować emocjami…

„Przygotuj się na miłość! Módl się do Niego!
Przygotuj się na miłość! Módl się do Niego!
Przygotuj się na miłość! Przygotuj się!”

Chcąc podejść do Nicka Cave najlepiej jak można, na samym początku warto określić się czego od niego oczekujemy. Jeśli chcielibyśmy wymienione emocje dostać w formie spadającego nam na twarz rockowego plaskacza, podlanego psychogenicznym pokręconym szaleństwem, to najlepiej sięgnąć po coś z początków jego artystycznej drogi, czy to spod znaku The Birthday Party czy wczesnego Bad Seeds. Ja, z racji że plaskacze wolę otrzymywać z bardziej metalizujących źródeł, od Nicka oczekuję przede wszystkim trafiających w samo serce, naładowanych uczuciami muzycznych żądeł, najlepiej w formie knajpiano-kawiarnianego bujania, będącego miksem nikotyny i alkoholu z łapiącym za gardło bezlitosnym uduchowieniem. Takie właśnie doznania z pewnością zapewnia jego dwupłytowy album Abattoir Blues / The Lyre of Orpheus, zawierający niesamowicie emocjonalną dawkę cave’owego grania, tym razem nasyconą natchnionym religijnym uniesieniem.

„Cóż, większość, nic wielkiego
Kiedykolwiek naprawdę miało miejsce
I Bóg jadący wysoko po zwyczajnym niebie
Dopóki nie odnajdziemy się w największym rozproszeniu
I cud, który był obiecany
Wśliźnie się po cichu”

Podział na dwie płyty zapewne wymusił się samoistnie podczas powstawania albumu. Pierwsza, dość żywiołowa, zawiera w sumie dość mocne rockowe granie, przepojone uduchowioną ekstazą. Druga, bardzo osobista, to w większości namiętne ballady o melancholijnym zabarwieniu, podane jednak z charakterystyczną dla Nicka słodko-gorzką manierą. Całość napiętnowana jest psycho-bluesową konwencją, jakby jakiś szalony kuglarz zmieszał stonesowy seksapil z punkową zadziornością i wodewilowym scenicznym sznytem rodem choćby z Bowiego. Stonowane duszne ballady przywodzące na myśl zadymiony bar o 5-tej rano, gdy już nie ma do kogo pić, mieszają się z podniosłymi religijnymi hymnami, którym świetlistej aureoli dodaje rozdzierający tu niebiosa chór Condor Community Gospel Choir. Damskie wokale są tu jednak tak namiętne, że z głośników wprost wylewa się namacalna seksualność, przy czym ów music-hall jest tak epicki, jakby panie terminowały u Rogera Watersa w czasach jego największej pompatyczności. A to już sprawia, że wszech wyczuwalna tutaj religijna ekstaza nacechowana jest sporą dozą zwykłej ludzkiej fizyczności i cielesności. Ciepłej i przyjemnej. Przytulnej, choć może i czasem chropowatej. A bywa, że niepokojącej, jakby był to soundtrack do jakiejś psychodelicznej części Jamesa Bonda. I ta zadymiona knajpiana maniera, tak duszna, ale i intymna, jakby w jednym pomieszczeniu spotkali się z Cave’m Tom Waits i Leonard Cohen, po czym zaczęli udowadniać sobie kto lepiej potrafi czyste emocje zakropić analogicznie czystą whiskey. Atmosfera luźnego pozytywnego knajactwa sprawia, że gdyby kilka wałków wyciągnąć stąd i poupychać na Exile On Main St. Stonesów, to ktoś kto pierwszy raz by jej słuchał nie odczułby różnicy. Melancholijnie rozklekotane pianina. Dęciaki to wyjące wniebogłosy, to subtelnie pieszczące nasze uszy. Różnorakie smyczki drażnione drżącymi z przepicia dłońmi. Mandoliny i inne raz szarpane, raz pieszczone instrumenty strunowe. Perkusyjne dudnienie przekształcające się w „pędzelkowe” talerzowe szumy. Piszczałki i przeszkadzajki jakby na weselisku jakiegoś mitycznego gnomiego króla. Przepych i barokowe rozbuchanie, a chwile później czcza oszczędność. Fanatyczna żarliwość i subtelna pokora. Wylewne szaleństwo i introwertyczna modlitwa. Doprawdy, wiele kontrastów poupychał tu mistrz ceremonii, którego głos pełni tu rolę nadrzędną wyznaczając całej tej menażerii jeden wspólny kierunek, niczym jakiś oszalały z twórczej pasji wielki sternik.

„Potęga zafaluje ich chusteczkami od ich
Pałacu o wielkich oknach
Śląc smutek i radość w dół we wspomagających dawkach
A my szukamy wysoko i nisko bez
Uwikłań i złych zamiarów
Podczas gdy brama do Królestwa kołysze się
Zatrzaskuje i zamyka”

Samą płytę nagrano w Paryżu i elegancką staroświeckość tej metropolii czuć tu na każdym kroku, podlaną jednak czarnym humorem noir desir. Bo pociągający za artystyczne sznurki Nick Cave bawiąc się tu słowem, dźwiękami i konwencjami puszcza do nas oko. I tak właściwie traktuję tą muzykę. Poważnie, bo w końcu to podejście do spraw boskich. Ale także luźno, bo to rzecz także o człowieczeństwie, a z tym u każdego z nas bywa różnie, jak to u ludzi zwykło bywać. Dlatego bawmy się z Nickiem Cave, cierpmy i radujmy się z nim, pijmy i trzeźwiejmy, módlmy się i przeklinajmy. Po ludzku…

Ireneusz Wacławski

(Łącznie odwiedzin: 24, odwiedzin dzisiaj: 1)