W zasadzie żadna publika nie jest tak ortodoksyjna i czuła na zmiany jak publika metalowa. Papierkiem lakmusowym długowłosych miłośników gitarowego mięcha jest zazwyczaj stopień swoistej ciężkości i szczerości zarazem tworzonej przez ich idoli muzyki. Niejedna kapela po latach drążenia swojego znanego rodzimego poletka próbowała zgłębić inne areały muzyczne, lecz po ostrych cięgach (zazwyczaj od fanów, gdyż krytycy przeważnie szybciej doceniają takowe wolty) powracała do tego w czym była najlepsza. Są jednak kapele, które rozpoczynając jako awangarda swojego gatunku, z czasem zanurzyły się w odmętach całkiem innych muzycznych światów.

I mimo iż z początku było to zazwyczaj szokiem nawet dla najwierniejszych fanów, to z czasem utrwaliło wizerunek tych artystów w całkiem innym świetle. Znamienną rzeczą jest to że tego rodzaju volty miały miejsce zazwyczaj na obszarach najcięższych metalowych podgatunków jakimi są grind, black i death metal. Muzyczne poszukiwania twórców takich jak Ulver, Paradise Lost czy Darkthrone zaprowadziły ich daleko poza obszary, w których te załogi się wylęgły. W epoce początku lat 90-tych płyty zespołów, które postanowiły poszaleć gatunkowo i swawolnie poeksperymentować wzbudzały bardzo skrajne emocje metalowej braci, od uwielbienia po plwanie i rozdzieranie szat. Jak czas pokazał zmiany większości tym zespołom wyszły na dobre, poszerzając granicę granych przez nich metalowych podgatunków. Jedną z takich kapel jest szwedzki Tiamat.

„Nowy specyfik zatrzymuje chorobę
Zaś starzec powstaje ze swojego wózka
Kiedy nieznane cierpienie nadchodzi cichaczem
Zwykłe zwierzęta stają się rzadkimi”

Tiamat przyjął swoją nazwę z mrocznego panteonu sumeryjskich bogów, ze świata, który po częstokroć zgłębiał na przestrzeni całej swej twórczości. Poprzednią nazwą była średnio trafiona, choć z pewnością kontrowersyjna Treblinka, jednak ekipa Johana Edlunda postanowiła bardziej ją ucywilizować. I chyba dobrze. Muzyką graną przez wczesny Tiamat był klasyczny skandynawski death-metal końca dekady lat 80-tych z walcowatym potężnym brzmieniem, szybkimi galopadami i ryczącym wokalem. Po nagraniu kilku typowo rzeźniczych płyt zespół zaczął poszukiwać innego formatu swojej twórczości, sięgając do dorobku progresywnych zespołów lat 70-tych oraz cold-waveowych i gotyckich lat 80-tych. Już na albumie Clouds z 1992 roku muzyka Tiamatu śmiało wychodziła poza dość sztywne wówczas ramy death-metalowego rzemiosła. Jednak dopiero w 1994 zespół eksplodował swoim największym dziełem.

„Kiedy ziemia będzie umierać z pragnienia
Zaś deszcz spadnie na suchą glebą
Każdy pąk wybuchnie
A insekty wszelakie będą szukać ulgi na powierzchni”

Tytułowy Dziki Miód oblepia tą muzykę ze wszech miar nadając jej swoisty nimb przesycającej wszystko matki natury. Nieokiełznane dzikie żywioły ścierają się ze sobą w każdym utworze, jakby zwiastując nadchodzący armagedon zaawansowanej cywilizacji, mającej być bezlitośnie pochłoniętą przez dziką przyrodę. Skandynawski mroczny klimat skapuje tutaj gęstymi litrami z każdej kompozycji, rozpościerając przed słuchaczem niesamowitą przestrzenność, jakby chłodny północny wiatr omiatał swoim mroźnym tchnieniem głęboki duszny fiord. Oplatająca nas atmosfera jest senna, lecz dynamiczna, niczym amok lunatyczny trans, z którego ciężko się wydobyć poprzez zaduch zionący nań zewsząd. Każdemu z wylewających się z albumu utworów odpowiada emocjonalnie konkretny kolor, co ma swoje wizualne odzwierciedlenie we wkładce płyty. Jest przepiękny mahoń, krwista czerwień, jesienny bursztyn, gęsta żółć. Cała ta gama kolorów ewoluuje, kotłuje się, to zlewa, to znów wyklarowuje nowe barwy, niczym na palecie szalonego malarza. Zasadniczo jest tu wciąż metalowo, ciężko jak walec, który bezlitośnie pcha nas do przodu poprzez kolejne gęsto-brzmiące rozbudowane utwory. Lecz jest też eklektycznie, subtelnie i zwiewnie, jakby szwedzcy muzycy zapatrzyli się w iście floydowe klimaty, co zarzucano im już zaraz po premierze. Gitary są tu mniej deathowe niż na poprzednich płytach, bardziej ciążąc ku typowemu doomowi, choć przez całą płytę przewija się także typowo akustyczne klimatyczne granie. Niesamowitej głębi dodały tutaj klawisze producenta znanego też z Despair i Grip Inc. Waldemara Sorychty, przesycając brzmienie Wildhoney wspomnianym już klimatem progresywnych lat 70-tych. Growl Edlunda nie jest tu już właściwie typowym growlem, wokalista śpiewa tu dość często czystym głosem, a jeśli krzyczy to raczej jest to jechanie typowym charczącym „środkiem” co nadaje całości dodatkowej mocy. Wszechogarniająca przestrzenność jest tu tak obrazowa i namacalna, że wydawałoby się, że wokalista śpiewa nie w sterylnym studiu, lecz na jakimś stromym skalistym urwisku rozpościerającym się nad zalesionym głębokim fiordem. Wrażenie to potęgują utkane tutaj sowicie wokalizy kobiece, subtelnie zmiękczające niesamowity efekt finalny.

„Kiedy woda powtórzy swą drogę po dwakroć
Pająki, węże i myszy przyziemne
W wir wpadną i w dół runą
Gdy natura nas wezwie – zatoniemy wszyscy”

Całość, choć w swojej epoce wydała się co niektórym ortodoksom zdradą metalowych ideałów, koniec końców została doceniona przez publikę żądną zarówno ekstremalnych wrażeń, jak i przez tą nastawioną bardziej na doznania czysto artystyczne i eklektyczne. Dla mnie, jako dla kogoś kto zawsze niczym błędny rycerz poddawał się chaotycznym poszukiwaniom na pograniczu światów siarczystego metalu i klimatycznego artrocka jest to niewątpliwe arcydzieło…

Ireneusz Wacławski

(Łącznie odwiedzin: 85, odwiedzin dzisiaj: 1)