My Dying Bride, Feel The Misery, Peaceville 2015

Andrew Craighan, wieloletni gitarzysta i autor repertuaru My Dying Bride wspominał po premierze „Feel The Misery”, że muzyczna zawartość nowej płyty nie była wynikiem jakichkolwiek kalkulacji. Craighan nie starał się nagrać kolejnego albumu powielającego schemat poprzednich muzycznych dokonań zespołu, nie budował utworów w taki sposób, jaki od niego oczekiwano. Zamiast tego pisał muzykę przede wszystkim dla siebie. Brak nacisków ze strony pozostałych muzyków (jak sam wspominał w wywiadzie, w tym czasie nie było nikogo w pobliżu, z kim można by ustalić wspólny kierunek prac) zaowocował albumem, na którego kształcie bardzo wyraźnie odciska się wpływ jednej osobowości. Tym samym po raz kolejny okazało się, że jedynie ta metoda artystyczna jest w stanie zaowocować czymś nieoczywistym i intrygującym. Odżegnując się od powielania dotychczas stosowanych schematów My Dying Bride nagrało album który wraz z premierą wchodzi do kanonu death doom metalu. Czyni to zresztą z wielką klasą.

Niezwykle trudno jest pisać o muzycznej zawartości „Feel The Misery” bez popadania w infantylny patos czy dziecinne porównania. Internet pełen jest zresztą takich na kolanie pisanych recenzji, w których dokonania My Dying Bride referowane są za pomocą tandetnej pseudo goth-metalowej nomenklatury. Większości recenzentów wydaje się, że jasno określona stylistyka zespołu wymusza na nich samych dostosowanie stylu pisania do gotyckich zapatrywań. W konsekwencji odbiera to powagę tak zespołowi jak i samym muzycznym krytykom. Abstrahując już od tego, że na najnowszym albumie MDB gotyku jest stosunkowo niewiele. Nie brakuje za to pokaźnej dawki mrocznego doom metalu. Jednak „Feel The Misery” pisać jest niezwykle trudno przede wszystkim dlatego, że muzyka MDB jest nieefektowna. Nie poraża i nie przykuwa uwagi przy pobieżnym zapoznaniu. Docenienie jej to kwestia wielu godzin poświęconych nie tylko na odsłuch, ale również na lekturę tekstów czy podziwianie pięknej szaty graficznej digipacku. Aaron Sainthorpe niejednokrotnie powtarzał, że muzyki MDB nie da się dawkować czy słuchać bez zaangażowania. O ile takie słowa w ustach  jakiegokolwiek innego muzyka uznałbym za świadomie budowaną strategię marketingową mającą na celu zaintrygowanie „niedzielnego” słuchacza, to akurat A. Sainthorpe’owi wierzę. Nie tylko dlatego, że My Dying Bride nigdy nie zbliżył się wystarczająco blisko do mainstreamu, aby zespół mógł przynieść muzykom realne zyski z uprawianego zawodu (marketing jest tu więc zbędny). Ważniejsze jednak, że My Dying Bride faktycznie wdraża swoją dewizę w życie- rezygnując częstokroć ze znaczących zysków. 

Nie zobaczymy MDB na festiwalu rockowym gdzie muzykom przyszłoby grać dla żłopiących piwsko rubasznych zastępów z wciśniętymi na łepetynę rogatymi hełmami z plastiku. Nie będziemy mieli również przyjemności oglądania My Dying Bride na scenie w blasku słońca w roli nietrafionego rozgrzewacza przed (nie przymierzając) Amon Amarth. Bycie fanem My Dying Bride wymaga poświęceń wyrażających się nie tylko w ograniczonych możliwościach obserwowania zespołu na żywo, ale również w konieczności poświęcania mu odpowiedniej ilości czasu i uwagi. Ale wszelki trud włożony w poznanie muzyki MDB zwraca się w dwójnasób.

W przypadku „Feel The Misery” nie należy jednak skupiać się na poszczególnych elementach budujących spójną klimatyczne całość. Daleki jednak jestem od uznania kompozycji Craighana za nieciekawe. Wręcz przeciwnie- każdy utwór w doskonały sposób rozkłada akcenty powodując, że nie nużą, pomimo swej (najczęściej znaczącej) długości. Sposób, w jaki utwory Craighana potrafią obudzić uwagę słuchacza nawet po kilku minutach monotonnego tempa najlepiej ilustrują końcowe riffy  “To Shiver In Empty Walls”, “A Thorn of Wisdom” czy “Within A Sleeping Forest”. Mam jednak wrażenie, że ich siła oddziaływania rośnie, gdy są traktowane jak rozdziały tej samej opowieści a nie nie jako oddzielne byty. Bo o to właśnie chodzi w muzyce MDB- o opowiadanie historii, budowanie nastroju. Tego właśnie zabrakło odrobinę na nużącym „A Map Of All Our Faliures”. 

Zamieszanie w obozie MDB, którego najbardziej dostrzegalnym przejawem jest powrót po latach Calvina Robertshawa, wyszło muzykom na dobre. Na albumie ponownie usłyszymy głębokie, dobre technicznie (o ile jestem to w stanie ocenić) growle Sainthorpe’a potrafiące w intrygujący sposób przełamać sztampę, która niewątpliwie nawiedziłaby album, gdyby pozostać jedynie przy czystych wokalach. Ta różnorodność stanowi naprawdę olbrzymią zaletę albumu. Tak samo zresztą jak wspomniane już riffy Craighana (fenomenalny „And My Father Left Forever” czy „The Cold New Curse”) czy doskonała praca perkusji. Brakuje mi jednak charakterystycznych dla MDB skrzypiec pięknie wzbogacających brzmienie „Turn Loose The Swans” czy „Like The Gods Of The Sun”. Głównie z tego powodu stawiam „Feel The Misery” odrobinę niżej niż klasyczne płyty zespołu. Jest to jednak album naprawdę znakomity. Powiem nawet, że najlepszy od lat. Szkoda tylko, że tak niewielu ludzi go doceni.  

Kuba Kozłowski, Ocena: 5

U nas obowiązuje skala szkolna:

1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

(Łącznie odwiedzin: 87, odwiedzin dzisiaj: 1)