Patrzę właśnie na okładkę „Don`t Break The Oath”. Przed erą internetu była to po prostu moja ulubiona okładka wśród wszystkich metalowych płyt. Ale dziś jest inaczej. Przez te lata, przez moją aktywność na różnych forach i obranie sobie na awatara właśnie tej okładki, obraz ten stał się częścią mnie, czymś do czego mam dziś absolutnie osobisty stosunek. To moja historia, zapis każdego dnia, odzwierciedlenie chwil dobrych i złych lub smutnych…

Upalne lato 1991 roku – wakacje w Ciechocinku. Masa tamtejszych metali – codzienne i całonocne dyskusje o muzyce…echhh co za czasy… Popołudnie, żar leje się z nieba, a my korzystamy ze zbawiennego cienia pod klatką bloku. Mam przy sobie mój ukochany magnetofon marki Nec i ktoś podrzuca nieopisaną taśmę do przesłuchania. Na moja pytanie o wykonawcę odpowiada  – Mercyful Fate. Skrzywiłem się, bo wtedy zupełnie nie trawiłem jakiegokolwiek wcielenia Duńczyka, ale cóż – inni chcieli słuchać, więc siła złego na jednego.

Była to kaseta piracka, więc oczywiście poprzestawiano kolejność utworów. W ten sposób, że płytę rozpoczynał „The Oath”. I wtedy właśnie, od pierwszych taktów to się stało – ja wiem, że to zabrzmi dziecinnie, ale tak wtedy czułem. Przestało być gorąco i jakoś nagle pociemniało. Całkowicie wsłuchałem się w muzykę, zatraciłem się w niej i wtedy właśnie zrozumiałem geniusz i potęgę Mercyful Fate i samego Mistrza Kinga Diamonda. Od tamtego czasu jestem wiernym fanem Kima i tak już zostanie na zawsze. I mimo, iż kocham King Diamond Band jak szalony to zawsze wyżej postawię muzykę Mercyful Fate. Dlaczego? może dlatego, że jest bardziej metalowy, a mniej teatralny? A może właśnie dlatego, że tamtego upalnego dnia dane mi było usłyszeć właśnie „Don`t Break The Oath”….

Cóż można napisać, czego wszyscy nie wiedzą? Zwłaszcza o takiej płycie. To kolejna recenzja gdzie opisać chcę muzykę, która mnie przeżyje. Która nadal będzie tkwić w blasku chwały, podczas gdy pamięć o mnie zaginie wśród grobowców mych przodków. Nie ma więc sensu silić się na pseudo muzyczne rozważania, tylko dać posłuch sercu…

Początek płyty nie może być lepszy, harmonie gitar, masakrujące sola, umiejętnie budowany nastrój utworu (umiejętnie to mało powiedziane – zrobiono to po mistrzowsku ), aż do momentu, w którym King śpiewa histerycznie „Tonight The Circle Is Broken Forever” prowadząc nas do wielkiego finału. Tak właśnie w skrócie wygląda „A Dangerous Meeting” – od pierwszej sekundy swego trwania (to wejście gitary  !!!!!) dając nam do zrozumienia, że jest on wytworem geniuszu i najwyższego kunsztu. To chyba najlepszy „otwieracz” jaki kiedykolwiek został nagrany. Dodam jeszcze, że dla mnie to najlepszy utwór Mercyful Fate.

Od początku płyty wiadomo, kto tutaj rządzi – choć gitarzyści w osobach Hanka Shermanna i Michaela Dennera stanowią zdecydowanie najlepszy duet w historii zespołu i ich gra kształtuje się na poziomie niedostępnym dla 90 % innych zespołów, to właśnie śpiew Kinga Diamonda jest tym czynnikiem, który sprawiał że płyty znakomite stawały się płytami ponadczasowymi. Tak było z „Melissa”, „Abigail”, „Conspiracy”, „The Eye” i tak właśnie dzieje się w przypadku „Don`t Break The Oath”. Posłuchajmy jego partii chociażby z „Desecration Of Souls”, czy „Night Of The Unborn” – zwłaszcza w tym drugim wokale wywołują szaleństwo i rozkosz słuchania porównywalną z obłędem ekstazy seksualnej. Wiem, wiem – pieprzę teraz, ale nic na to nie poradzę. Ta płyta od ponad 15 lat więzi mnie poprzez swój czar – i ja nie zrobię nic aby się od niej uwolnić !!! Co warto podkreślić, nawet w obrębie swych wysokich rejestrów King potrafi śpiewać różnymi „tonacjami” – to jeszcze dobitniej znamionuje jego nieprzeciętny talent.

Jest noc, już po północy, a ja siedzę tutaj, piszę i słucham wstępu do „The Oath”, wyglądam przez okno i czuję znów tą magię, te dreszcze – jednak Mercyful Fate to zespół stworzony do słuchania nocą. I wiem, że raczej na pewno zamierzeniem Mistrza nie był mój sposób interpretacji tekstu do tego utworu, ale cóż – poezja (także i słowa utworów) ma to do siebie, że daje nam czasem więcej wolności i swobody niż możemy kiedykolwiek doświadczyć w życiu, więc wiem, że nie sprzedam się nigdy, nie pójdę na łatwiznę życiową, nie zdradzę tego w co wierzę od tych 17 lat, nie złamię przysięgi ! Ogień wciąż płonie !!!

Ale wracajmy do płyty – tutaj mamy znów perłę za perłą – dynamiczny, ognisty „Gypsy” z fascynującymi riffami i solami (zresztą, czy na tej płycie gdziekolwiek jest inaczej?) oraz kolejnymi zapadającymi głęboko w pamięć ścieżkami wokalnymi. Ale po chwili już to wszystko blaknie – blaknie w obliczu drugiego w kolejności najlepszego utworu grupy w historii. Zacinający się riff, potem przyspieszenie i :

“I turn off the lights, we like darkness
Now you call my name, you finally came”

obecność kogoś/czegoś czuje się tutaj niemal namacalnie, King wspina się na wyżyny kunsztu, a muzyka niemal przepływa przeze mnie, ale to dopiero początek:

“Now I see you clear, we raise our glasses
Welcome to my house princess of Hell”

może to i naiwny tekst, może dziecinny, ale w połączeniu z muzyką, oraz ze względu ma fakt KTO go śpiewa daje wręcz nieziemski efekt. „Welcome Princess Of Hell” wprost poraża. Zmiany nastrojów i tempa, szaleństwo, a nawet „ucieleśnione w muzyce” piekło wybijają ten utwór do panteonu największych metalowych arcydzieł. Ten utwór wprost wysysa z nas duszę, a nas to bawi i chcemy jeszcze, jeszcze, jeszcze…

Ale to nie może się tak skończyć, utwór zanika a my dostajemy na ukojenie i osłodę balladową miniaturkę zatytułowaną „To One Far Away”. Jakże cudownie jest móc odpocząć słuchając spokojnej partii gitary i „zamyślonego” zawodzenia Mistrza. Nie zdajemy sobie sprawy, ze za chwilę finał tej Wielkiej Płyty, że za chwilę dostaniemy kopa prosto w mordę za sprawą „pancernego” początku „Come To The Sabbath” – utworu, którym Mercyful Fate kończył swój występ z poznańskiej Arenie w 1997r. i który zmiótł wtedy wszystkich obecnych. I tak też jest na płycie – żywioł, energia, doskonały warsztat techniczno-kompozycyjny. Porywające solo, „niebańsko-piekielne” wokale, zmiany tempa i nastroju – to po prostu jeden z największych zespołów w historii metalu – Mercyful Fate na swej drugiej płycie „Don`t Break The Oath”. I nieważne jak się określa ich muzykę – czy jest to heavy metal, czy black metal ( ze względu na tematykę tekstów ). Rodzaje muzyki są dwa – dobra i zła. A ta, znajdująca się na omawianym krążku jest bez wątpienia wybitna.

Wiem jedno, gdybym teraz zasiadł to pisania tej recenzji, byłaby ona na pewno zupełnie inna. Znów brak mi słów, znów czuję się taki mały. A dlaczego ? Może to będzie porównanie na wyrost, ale nic nie poradzę na to – tak uważam i tak czuję. Otóż, obcując z wielowiekowymi zabytkami kultury ( Wawel, Sukiennice, czy Zamek Królewski ) czuję pokorę. Pokorę wobec wieków i siły ludzi którzy stworzyli dzieła po wielokroć ich przeżywające. Nie mam wątpliwości, że podobnie będzie z „Don`t Break The Oath”.

 

Michał Grenda, Ocena: 6
1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

(Łącznie odwiedzin: 711, odwiedzin dzisiaj: 1)