Demian (nie mylić z acid folkowym zespołem Damon) nagrali swój debiutancki album w roku 1970 w składzie Rod Prince (gitara), Jimi Umstattd (bas), Todd Potter (gitara prowadząca),  Mark Miller (gitara), David Fore (perkusja) oraz Roy Cox (bas). Każdy z nich, w mniejszym bądź większym stopniu, odpowiadał również za wokalizy. Formacja powstała na gruzach innego zespołu, Bubble Puppy, który muzycy tworzyli zanim nawiązali kontakt z wytwórnią ABC i przyjęli nazwę Demian, inspirowaną opowiadaniem Hermanna Hessego. 
Fakt, że udało im się podpisać umowę wynikał w dużej mierze ze szczęścia i wsparcia słynniejszego na rynku wykonawcy, zespołu Steppenwolf, a dokładniej Nicka St  Nicholasa.  Dla ABC powstała płyta wyjątkowa, fantastyczny hard rockowy album nie pozbawiony bardziej klimatycznych, wolniejszych utworów. Warto zauważyć, że  wyzbyty był całkowicie (w sposobie śpiewu i konstruowania melodii) wpływów psychodelii, która przecież często jeszcze wkradała się w twórczość typowo rockowych muzyków. Wspominam o tym dlatego, że w recenzjach bardzo często podkreślane są psychodeliczne podwaliny utworów Demian, których ja jednak zupełnie nie dostrzegam. Jest tu raczej hard rock przywodzący na myśl Uriah Heep, Deep Purple może również troszkę Wishbone Ash, może odrobinę Led Zeppelin.  
Pomyłka bierze się jednak zapewne z przekładanie na twórczość Demian stylistyki, którą muzycy uprawiali w ramach Bubble Puppy, zespołu bawiącego się dojrzałą psychodelią. Jako, że pierwsza płyta Demian traktowana jest przez niektórych jako drugi album poprzedniej formacji muzyków, niektórzy recenzenci z rozbiegu przypisują mu psychodeliczne konotacje. Każdy, kto posłucha płyty stwierdzi jednak niewątpliwie, że album ten koło psychodelii nawet nie stał.
  Płyta zaczyna się  utworem „Face the Crowd”, niezwykle energetyczną kompozycją, budowaną na ciekawym riffie gitarowym, przywodzącym na myśl formację Hard Stuff, Johna Du Canna. W kolejnym utworze, „Windy City” dostajemy z kolei mocno bluesującą, świetną balladę. „Love People” to kolejne zwolnienie, tym razem o wyraźnie folkowym zacięciu. Na jej klasę największy wpływ miał wspaniały, wyważony wokal. „Comming” to powrót do pełnokrwistego, melodyjnego hard rocka. I już w zasadzie na tym etapie, w połowie płyty, w pełni uderza słuchacza, jak dobry jest to album. Nie mogę uwierzyć, że longplay po prostu przepadł na rynku. Duża w tym zapewne wina samej wytwórni, która nie podjęła żadnych kroków aby muzykę Demian wypromować.
A nie musiało wiązać się to z wielkimi nakładami środków – wystarczyło przekonać kilku radiowych prezenterów aby chwycili za LP. Ta muzyka broni się bowiem sama o ile ktokolwiek dowie się o jej istnieniu. Po „Comming” przychodzi czas na najlepszy chyba na płycie, powoli rozwijający się, niezwykle klimatyczny „Todd’s Tune”. Zresztą nie ma na albumie Demian ani jednego utworu niedopracowanego, pozbawionego pomysłu czy zrobionego na siłę. Słychać ewidentnie, że ten materiał był ogrywany, zmieniany, poprawiany i dopieszczany po to, by najlepsze, najbardziej udane wykonanie zarejestrować na winylu.  Równy poziom utrzymują również, odrobinę mniej ciekawe od poprzednich kompozycji „No More Madness” i „Are You With Me Babe”. Współpraca gitarzystów przebiega fantastycznie i obaj, co bardzo ważne w muzyce opartej na riffach i solówkach, dysponowali naprawdę godną podziwu techniką. Szwankuje jednak odrobinę produkcja, która, chociaż nie jest zła, to odbiera utworom zespołu siłę uderzenia. Nie do końca słusznym pomysłem było, aby wyprodukowaniem albumu zajął się Nick St Nicholas. Zapewne jednak trudno było zespołowi odmówić przyjacielowi, który zapewnił im kontrakt wydawniczy. Jeżeli miałbym doszukać się jeszcze jakichś słabostek, to jest nią nadmiar spowolnień i utworów o balladowym zacięciu, które przysłaniają energetyczny hard rock, w którym Demian czują się ewidentnie doskonale.
Podsumowując jest to płyta fantastyczna. O wiele lepsza niż wskazuje na to fakt zupełnej anonimowości zespołu Demian. Bez wątpienia warto posłuchać i wydaje mi się, że gdy raz poznamy twórczość formacji, to muzyka ta często będzie do nas wracać. Równa, przemyślana płyta wypełniona dobrymi melodiami riffami i doskonałymi wokalizami. Szczerze polecam
Kuba Kozłowski, Ocena: 4

 U nas obowiązuje skala szkolna:

1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

(Łącznie odwiedzin: 25, odwiedzin dzisiaj: 1)