Współczesny rynek wydawniczy opiera się na szybkim zysku, chwilowych modach i inwestowaniu niedużych pieniędzy w wykonawców którzy mogą, zdaniem decydentów, trafić do ogółu. Zasada jest prosta – jeżeli wyda się niewiele na promocję i dystrybucję/produkcję albumu to być może jedna na dwadzieścia spośród młodych zakontraktowanych kapel przyniesie zysk na tyle duży, aby zrównoważyć poniesione koszty na realizację innych, mniej udanych inwestycji.
Ja to rozumiem, księgowość musi się domykać. Pasja pasją ale wytwórnie to korporacje nastawione na zarobek. Inaczej szybko zniknęliby z rynku. Zastanawia mnie jednak coś innego. Czy istnieje wciąż coś takiego jak muzyczny scouting? Czy w wydawnictwach pracują ludzie, którzy znają się na muzyce i na wykonywanej przez siebie pracy? Przeglądając katalogi największych wydawców w oczy rzuca się tendencja do wydawania zespołów jak najbardziej bezpiecznych, tworzących w ramach stylistyk, które nie przemawiają niemal do żadnej konkretnej muzycznej subkultury. Zespoły dla wszystkich i dla nikogo konkretnie. Rządzi delikatny, mocno rozwodniony pop rock pozbawiony siły wyrazu, z tekstami, które nie mówią nic i o niczym. Oczywiście, taka muzyka też jest potrzebna, bo ma swoich odbiorców – już przez sam fakt, że nachalnie pchana jest ludziom do głów za pośrednictwem mediów. Nie wydaje mi się jednak, aby realnie mogła liczyć na większą sprzedaż czy frekwencje na koncertach niż zespoły undergroundowe. Ilu bowiem z „niedzielnych słuchaczy” mainstreamowego rocka faktycznie kupi album albo pójdzie na koncert?  
Już absolutnym ewenementem są formacje pojawiające się w telewizjach śniadaniowych czy w programach pseudo publicystycznych (nie będę wymieniał nazwy). Nie oglądam ich za często, ale zdarzy mi się usłyszeć co niektóre prezentowane z playbacku kapele. Zawsze wówczas zachodzę w głowę, kto ich dobiera? Wedle jakiego klucza? Kto zdecydował, że warto dać im szanse. I co ważniejsze, dlaczego taka osoba pracuje na stanowisku, o którym nie ma najmniejszego pojęcia. Poziom prezentowany przez coraz to nowe „odkrycia” skłania do spiskowej konkluzji, że może wokalista/basista/perkusista/gitarzysta jest rodzinnie związany z producentem programu. Dlaczego wszystko, co traktuje się jako „kulturę masową” musi budzić wręcz obrzydzenie swoją nijakością. Tym bardziej, że przecież jest w czym wybierać.
Patrząc na rozwój sceny stonerrockowej, powszechnie ignorowanej przez polskich wydawców, myślę, że undergroundowy charakter większości formacji bierze się wyłącznie z faktu, że wielcy rynkowi gracze nie raczyli się nimi zainteresować.  Olbrzymia ilość zespołów tworzy muzykę pełną porywających melodii, wirtuozerii technicznej i inteligentnych tekstów. Wiele spośród tych grup ma w sobie potencjał komercyjny, mogłyby z łatwością trafić do masowego odbiorcy. Gdyby tylko media zechciały się nimi zainteresować. Tyle że nie chcą. Pamiętajmy, to nie odbiorca jest głupi tylko decydent, uznający, że przeciętny Polak ma na tyle słaby muzyczny układ trawienny, że jest w stanie przetrawić wyłącznie największą papkę. Obawiam się, że w dzisiejszych czasach mógłby nie znaleźć się wydawca, który zechciałby zakontraktować chociażby Black Sabbath.
A jednak, wbrew temu, co sugerują nam  publiczne i prywatne telewizje oraz radiostacje muzyczne scena jest bogata. Polska stoi stonerem, black i death metalem, hard rockiem i progresywem – mieszanym zresztą w różnych proporcjach. Gdzie dla tych zespołów miejsce w polskiej przestrzeni medialnej? Nie ma go. I stąd pytanie: dlaczego? Czy wnika to wyłącznie z niekompetencji osób, które zajmując się muzyką tak naprawdę nią gardzą? Osób pokroju klubowych bramkarzy, którzy wpuszczając ludzi ukłonią się w pas największemu chamowi byle miał koszulę od Tommy’ego Hilfigera?  
Może zresztą winne są same zespoły? Może to młodzi artyści, często mogący pochwalić się dobrze płatną pracą i ustabilizowaną sytuacją życiową po prostu nie są skłonni do poświęcenia się w pełni tworzeniu muzyki, zespół traktując jako odskocznie od codzienności? Być może większość intrygujących grup, tworzących utwory przepełnione wpływami lat 60. i 70. znających twórczość  pionierów gatunku, rozsłuchanych w dźwiękach wymagających i nieoczywistych po prostu nie mogą bądź nie chcą zaburzać swojego życia? A może twórczość ta czuje się najlepiej w zadymionych, przepoconych klubach pełnych fascynatów?
Kuba Kozłowski
(Łącznie odwiedzin: 42, odwiedzin dzisiaj: 1)