Mötorhead, Bad Magic, UDR 2015
 
 Z racji celebrowania pre-orderu najnowszej płyty Marillion postanowiłem urządzić sobie cykl z muzyką progresywną.  Zacząłem więc od legendy neo-prog rocka. Pominąłem albumy z Fishem- bo to zbyt oczywisty wybór. Stanęło na „prze-ambitnym” „Brave”, którego, jak radzi Marillion, słuchać należy po ciemku i  z rozkręconymi głośnikami.  Po wybrzmieniu płyty zgodnie z chronologią przyszedł czas na „Afraid of Sunlight”, następnie przeskok i „Marbles” oraz „Sounds That Can’t be Made”.  Mało!- pomyślałem, biorąc się za dokonania Pink Floyd (w końcu David Gilmour wydał „Rattle That Lock”). W ruch poszła więc klasyka: „Dark Side of The Moon”; „Wish You Were Here”; „Animals”  po czym zmiana na „On the Island” Gilmoura i znów Floydzi, tym razem z „The Division Bell” oraz „Ummagumma”. Raz się żyje- rzekłem w ekstatycznym uniesieniu- i puściłem „The Endless River”.  Już zaczynałem widzieć świat jak przez mgłę- rozświetloną blaskiem tysięcy kalejdoskopowych kolorów – nurzając się w chmurach między płynącymi łódkami. Z sercem wypełnionym melancholią i kieliszkiem wina w dłoni  wspominałem jak to „the grass was greener” w latach młodości. Następnie przyszła refleksja, że Hogarth miał absolutną rację w utworze „Living With The Big Lie”: społeczeństwa- z jego licznymi wadami- nigdy w pełni nie zaakceptowałem. Po prostu  „I get used to it” i nic więcej. Basta jednak!- zacisnąłem zęby- nie dam się tej bezdusznej maszynie pochłonąć – nie podzielę losu protagonistki „Hand. Cannot. Erease” -albumu  boskiego Steva W. „Trzeba działać!”- ustaliłem, po czym usiadłem na kanapie- rosnący strach przed naszą emocjonalnie pustą planetą odbierał mi siłę potrzebną do działania…W napływie intelektualnego rozbudzenia chwytać miałem już za „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta, roniąc łżę nad swym losem, wiedząc przecież, że „only heroes cries” a w głębi jestem „Thick as a Brick”. Już ma egzaltacja sięgała zenitu, już miałem ruszać w podróż bez pożegnania (w końcu „Long Goodbyes Makes Me So Sad”) gdy nagle pojawił się kurier z nową płytą Motörhead- I wtedy mi przeszło.
 
Tak właśnie działa Lemmy. Nawet pomimo faktu, że na „Bad Magic” bardzo słychać, w jak kiepskim stanie fizycznym znajduje się muzyk. Jak zwykle utwory zespołu stanowią silną dawkę  aplikowanej domięśniowo pierwotnej energii. Gdy masz już dosyć przeintelektualizowanych wywodów POWAŻNYCH muzyków (takich, co to pewnie i nuty czytają) – włącz nową płytę Mötorhead- doznasz ukojenia. Tyle, że podobnie jak z progresywem (niezależnie  od wykonawcy) na muzyczną propozycję Iana Kilmistera trzeba mieć odpowiedni nastrój. Nie zawsze i nie wszędzie odnajduje się siłę i ochotę na te kilkanaście szybkich ciosów w głowę. I choć pod względem muzycznym „Bad Magic” jest najbardziej melodyjnym dokonaniem zespołu od lat, to nadal szkielet utworów często ginie pod ciężarem dość monotonnie budowanych linii wokalnych Lemmego.  Oczywiście, nie stanowi to jakiegoś szczególnego zaskoczenia w przypadku dorobku Mötorhead. Na płycie brakuje jednak utworu, który przyciągałby uwagę w stopniu, w jakim czyniły to chociażby utwory „Brotherhood of Men” z „Wörld is Yours” czy absolutne klasyki pokroju „Damage Case”,  „Hellraser” czy „Ace of Spades”.  Gdy mamy już do czynienia z linią wokalną wyróżniającą się swoją melodyką („Shoot Out All of Your Lights”) zawodzi riff przewodni. Nie zmienia to jednak faktu, że „Bad Magic” jest popisem doskonałych umiejętności Phila Campbella. Intryguje na tle poprzednich płyt zespołu mocno bluesujący „Fire Storm Hotel”, „When The Sky Comes Looking For You” czy wibrujący hard rockowy riff w „The Devil”. Również dwie pierwsze kompozycje zawarte na albumie „Victory or Die” oraz „Thunder & Lightning” stanowią podręcznikowy przykład Mötorheadowej stylistyki- będą więc  w trakcie odsłuchu nie lada przyjemnością dla tych, którzy wiedzą czego się po zespole spodziewać. 
 
 Bardzo przyzwoita różnorodność cechująca pierwszą część albumu jest w przypadku Motörhead miłym zaskoczeniem. Uczucie to znika jednak wraz z wybrzmieniem „Electricity” i do końca albumu mamy do czynienia z tradycyjnym dla zespołu szybkim, jednostajnym tempem kompozycji gnanych do przodu, jak zwykle fenomenalną, pracą niezmordowanego Mikkego Dee. Jedynym wyjątkiem potwierdzającym regułę jest ballada (choć jest to ballada na modłę Mötorhead) „Till The End”. Uderza również dość oczywisty autocytat jakiego zespół dopuszcza się w „Choking On Your Screams”- utwór ten mógłby nosić nazwę „Brotherhood Of Men II” – tyle, że pozbawiony został intrygującego klimatu swojego poprzednika. 
 
Zupełnie niepotrzebnym zdaje się za to cover The Rolling Stone’s zamykający „Bad Magic”. Niestety- ani nie różni się wyraźnie od oryginału, ani nie udało się Lemmemu nadać mu własnego, charakterystycznego piętna. W warstwie lirycznej nadal mamy do czynienia z typowym dla Kilmistera „mumbo jumbo”. Nie przeszkadza to jednak zupełnie, choć zdarzają się małe potworki typu: „They’re looking at your daughters/They’ve seen the flying saucers/You have to tell them victory or die”. Generalnie bardzo trudno zrozumieć, o co chodzi w poszczególnych utworach Lemmemu- dokąd zmierza opowiadana historia- co chce przekazać słuchaczowi. Ponownie jednak nie stanowi to nic, o czym fan Mötorhead już by nie wiedział. Sam Ian Kilmister wielokrotnie wypowiadał się na temat własnych tekstów jako mających drugorzędne znaczenie (bądź nie mających żadnego- jak w przypadku „Metropolis” z „Overkill”). Liczy się energia, ogólny klimat i „flow” danego utworu. W tych konkretnych kategoriach „Bad Magic” spisuje się doskonale. Nie nuży, potrafi momentami porwać, trzyma równy poziom i zapewnia znaną i oczekiwaną od Mötorhead rozrywkę. Jest to płyta o tyle cenna, że (odpukać w niemalowane drewno) być może ostatnia już w dorobku zespołu. Jeżeli sytuacja zdrowotna Lemmego się nie poprawi (czego mu oczywiście z całego serca życzę) „Bad Magic” będzie godnie zamykał dyskografię legendarnych rockersów.

Kuba Kozłowski, Ocena: 4+

Więcej o zespole znajdziecie w dwóch fenomenalnych biografiach:

Mick Wall, Lemmy

Jake Brown, Motörhead w studio

U nas obowiązuje skala szkolna:

1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu
 

 
 
Recenzja ukazała się również na www.dnamuzyki.net

(Łącznie odwiedzin: 70, odwiedzin dzisiaj: 1)