Który to już raz? Stoję przed olbrzymim monumentem, wbitym w popękaną ziemię. Jego lite, nieskazitelnie gładkie ściany wznoszą się ku odległemu niebu i nikną w chmurach hen daleko nad głową. W oddali szumi wiatr, jednak ani jeden jego powiew nie omiata budowli. Tak jakby otaczała ją niewidzialna aura, sprawiająca że nic nie jest w stanie wzruszyć jej olimpijskiego spokoju. Dotykam drżącą dłonią idealnie równej powierzchni, na której nie maluje się żadna skaza. Czuję przyjemne ciepłe mrowienie, nie tylko pod dłonią, ale także całym ciele.

Jeszcze raz spoglądam na epicko potężny obelisk. W jego cieniu czuję się drobny niczym pył na wietrze. Lecz nie jest to uczucie złe i frustrujące. Jest bezpiecznie i komfortowo niczym w kokonie swoich sennych marzeń… Atom… Serce… Matka… Impuls pierwszy. David Gilmour zainspirowany swoimi własnymi improwizacjami na poprzednich pytach Pink Floyd tworzy motyw przewodni suity, po raz pierwszy tak śmiało ukazując swoje melodyjne oblicze geniusza. Jest i nazwa. Opowieści z Wyimaginowanego Zachodu. Tytuł filmu ? Epicka epopeja? Pełna patosu legenda ? Gitarowe łkania, gdzie każda struna krzyczy mieszając się z ulatującym wiatrem? Pieszczące najczulsze ludzkie zmysły klawiszowe ornamenty ? Piorunujące perkusyjne wyładowania? Głośne rżenie przerażonych pobliskimi wybuchami koni ? Odjeżdżający z warkotem w siną dal motocykl? Impuls drugi.

Próbujący rozwinąć rzeczony motyw Roger Waters przedstawia go swojemu przyjacielowi, utalentowanemu awangardowemu twórcy Ronowi Geesinowi, który to okrasza całość orkiestrowymi aranżacjami, tak epickimi że efekt finalny zaskakuje sam zespół. Niebiańskie chorały na chwałę wszystkiego i niczego ? Przenikające się wzajemnie symfoniczne harmonie ? Niesamowity przepych rozbuchanego muzycznego artyzmu? Zawodzące niczym nadchodząca zagłada Jerycha sekcje dęte? Łapiące za gardło liryczne smyczki ? Szamańskie erupcje wokalne wyśpiewywane niczym kantyczka dla nieskończoności? Plemienne tańce ku czci bezimiennych bóstw? Wokalny mistycyzm, w którym pierwiastki żeńskie i męskie unisono łączą się w jedną nierozerwalną całość? Impuls trzeci. Dziennikarskie sprawozdanie z zajścia, w którym rozrusznik serca ratuje życie ciężarnej kobiecie. Trzy krótkie, lakonicznie rzucone słowa układają się w tytuł nadchodzącego dzieła. Atom. Serce. Matka. Niby osobne? Czy jednak zwarte? Tworzące jedno zdanie, jeden twór i przenikające się wzajemnie?

Czy istniejące niezależnie, każde obok siebie, jako osobne nie mające ze sobą nic wspólnego wyrazy? Czy każdy słuchacz odnajdzie w nich części wspólne, tworzące zazębiające się zbiory prawideł ? A może nie ma jakiegokolwiek sensu doszukiwanie się tutaj głębokiego sensu i ukrytego przekazu? Są utwory, które są żywotnym dowodem na istnienie Boga. Są również i takie, które namacalnie świadczą o istnieniu Szatana.

Atom Heart Mother jest dla mnie idealnym potwierdzeniem na to, że funkcjonują obie te siły. Stworzenie i zniszczenie. Kreacja i destrukcja. Synteza i analiza. Realizm i fantazja. Ład i chaos. Ścierają się. Walczą. Przenikają. Obracają wzajemnie w perzynę, tylko po to by wciąż trwać w doskonałej równowadze. Stanie, do którego prowadzą wszystkie drogi… W sumie to naprawdę nie wiem, po kiego grzyba piszę cokolwiek o tej przepięknej suicie. Przecież żadne słowa nie oddadzą tego, co jest zawarte w tych kilkudziesięciu minutach, w których zespół wzniósł się na absolutne wyżyny tego, co może stworzyć żyjący człowiek. A ja marny niczym puch, próbując mierzyć się z tym dziełem, porywam się z motyką na to, czego zwykły śmiertelnik nie da rady osiągnąć. W sumie zawsze chciałem napisać coś pięknego o tej wielkiej płycie. I chyba nie potrafię. Wszak ciężko przejąć jest kontrolę nad sercem słońca. Tą sztukę posiadło tylko czterech ludzi w historii muzyki. No może pięciu…

Ireneusz Wacławski

(Łącznie odwiedzin: 144, odwiedzin dzisiaj: 1)