„Medusa” to świetna płyta hard rockowa, tworzona przed doskonałych instrumentalistów i… mająca idealną wręcz długość. Należę do tych osób, które uważają, że długość płyty niemal perfekcyjnie wyznaczała pojemność pojedynczego winyla. Czterdzieści minut z małym obkładem to wystarczający czas, aby zespół miał okazję zbudować odpowiedni klimat i o oddać się sensownym (ale podkreślmy: sensownym!), wirtuozerskim wycieczkom poszczególnych muzyków – o ile oczywiście artyści mieli do nich predyspozycje.
Nadejście ery płyt CD spowodowało, że muzycy zaczęli odczuwać przemożną chęć pełnego wypełnienia krążka własnymi kompozycjami. Częstokroć odbywało się to kosztem spójności albumu i rozrzedzało jego siłę oddziaływania. Trapeze nagrali płytę w czasach, kiedy jedyną możliwością dotarcia do odbiorców był winyli i dzięki temu album „Medusa” jest niezwykle zwarty, kompozycje przemyślany i chwytliwy. Nie ma tu wypełniaczy, bo na wypełniacze nie było miejsca. Zostało samo mięso.
Słuchając „Medusa” łatwo również zrozumieć, dlaczego Deep Purple po odejściu Rogera Glovera zdecydowali się zaangażować Glenna Hughesa – jego gra jest bowiem nie dość że niezwykle wirtuozerska, bezwzględnie charakterystyczna to nadaje utworom Trapeze ciepłego, „bujającego” sznytu. A że równocześnie Hughes był świetnym wokalistą… Szkoda tylko, że jego umiejętności wokalne nigdy w DP nie zostały w pełni wykorzystane. Dorobek Trapeze, a w szczególności najlepsza w ich dyskografii, „Medusa” pokazuje również czego zabrakło w dokonaniach MK 3 – odrobiny nieokrzesania, dzikości i czystej radości płynącej z, nieskrępowanej wewnętrznymi konfliktami, gry. Wszystko to ma Trapeze. Poczynając od funkującego, pełnokrwistego hard rockowego „Black Cloud” po kończący płytę, fenomenalny utwór tytułowy Trapeze pokazuje, że wiedział jak należy grać i nie bał się wdrażać tej wiedzy w praktyce.

Co pomiędzy? Świetny, wyraźnie cięższy i bardziej walcowaty (niemal w duchu Black Sabbath) „Jury”, który jednak w połowie niespodziewanie nabiera przestrzeni i lekkości niemal całkowicie odmieniając linię melodyczną. Następnie ponownie funkujący, rytmiczny „Your Love Is Alright” i chociaż jest to drobnostka, to nie mogę pozbyć się wrażenia, że odrobinę odstaje poziomem od pozostałych kompozycji. Być może dlatego, że początkowy riff, powtarzany bez końca szybko zaczyna odrobinę męczyć. Ale kogo ja chcę oszukać – czy ten riff się powtarza czy nie nadal mam do czynienia z muzyką najwyższej próby a leciutką monotonię, którą „Your Love Is Alright” może wywołać u co bardziej wymagających słuchaczy szybko niweluje przedniej jakości solówka Mela Galleya. Jeżeli jednak można by mieć pewne zastrzeżenia do tego utworu (jeżeli lubimy się czepiać) to „Touch My Life” spłaca wszelkie długi poprzednika. Świetna, bluesująca linia melodyczna, zwolnienia, charakterystyczny wokal Hughesa i naprawdę energetyczna perkusja Hollanda powodują, że utwór sprawdza się znakomicie. Nie słuchałem (jeszcze) albumu w aucie, ale myślę, że taka właśnie muzyka odpowiada za zbyt mocne przyciskanie gazu.

Z kolei „Seafull”, dosyć wzniosła w formie kompozycja, w całości przygotowana przez basistę, wprowadza przepełnione bluesowym smutkiem zwolnienie, daje oddech przed konkludującymi płytę dwoma, znakomitymi kawałkami. Wraz z „Makes You Wanna Cry” wraca blues, wraca funk i boogie. Wyraźnie widać, że właśnie w takiej stylistyce zespół czuje się najlepiej. Taką właśnie również drogę rozwojową Hughes proponował w późniejszym czasie Deep Purple, co ostatecznie doprowadziło Blackmore’a do szewskiej pasji. Nie wiem, czy taki właśnie styl pasował do Deep Purple, ale mój Boże, do Trapeze pasował jak najbardziej.
A najlepsze jeszcze przed nami. W zasadzie „Makes You Wanna Cry” uznać można za rozgrzewkę, kilka ćwiczeń rozciągających i przebieżkę przed prawdziwym maratonem, czyli utworem tytułowym. Bez skrępowania powiem, że jest to moim zdaniem jeden z najlepszych, najbardziej niedocenianych utworów jakie wydały lata siedemdziesiąte. Zresztą to samo można powiedzieć o całej drugiej płycie formacji. Nie wypada nie mieć „Medusa” w swojej kolekcji. Po prostu nie wypada.
Kuba Kozłowski, Ocena: 5
1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

(Łącznie odwiedzin: 260, odwiedzin dzisiaj: 1)