Marillion, Seasons End, EMI 1989
 
Po opublikowaniu albumu „Anoraknophobia” Steven Hogarth stwierdził w jednym z wywiadów,  że w roku 1989 Marillion powinien był zmienić nazwę. Według wokalisty zespół był wówczas „skończony i martwy”. Czasy „Anoraknophobii”  były jednak okresem w którym tak Hogarth jak i pozostali muzycy przechodzili fazę oburzenia na ciągle powracający w przypadku ich muzyki termin „prog” czy „neo-prog” rock. Zapatrzenie w muzyków Indie rockowych oraz prekursorów trip hopu pokroju Massive Attack wywołało próby odgrodzenia grubą kreską dokonań pierwotnego wcielenia zespołu. I chociaż obrany kierunek artystyczny po roku 1995 zaczął zdecydowanie oddalać się od muzyki zawartej na „Misplaced Childhood” czy „Clutching At Straws” to nadal wpisywał się idealnie w szeroko rozumianą definicję muzyki progresywnej. Progresywnej, czyli ulegającej ciągłemu rozwojowi, nieoczywistej i nieprzewidywalnej.


Nie ma chyba zespołu, którego fani byliby bardziej podzieleni w kwestii oceny dorobku swojej ukochanej grupy. Dla jednych Marillion kończy się na „Clutching At Straws” a dla innych dopiero okres Steva H przyniósł potrzebne i orzeźwiające muzyczne poszukiwania. Ja osobiście mogę powiedzieć, że o ile do dzieł ery fishowskiej wracam częściej, to bardziej intrygują mnie, często wymagające wielokrotnego odsłuchu, albumy nagrane po roku 1989. Istnieje jednak płyta stanowiąca dzieło łącząca oba światy- „stare” Marillion z nadchodzącym „nowym”. Chodzi oczywiście o „Seasons End”. 

Nagrany w roku 1989 nosi ciągle wyraźne piętno klasycznego Marillion, co wynika bez wątpienia z faktu, że muzyka powstała właściwie jeszcze w czasach Fiszowskich- poza fantastycznym „Easter”, który to utwór zawdzięczamy Hogarthowi. Istnieją podobno (chociaż ja nigdy nie miałem przyjemności ich posłuchać) wersje utworów z Dereckiem Dickiem na wokalu. I chociaż Fish nigdy nie był w stanie włączyć się aktywnie w sam proces pisania melodii, to na „Seasons End” widać bardzo wyraźnie, w jaki sposób jego osobowość i muzyczna wrażliwość wpływała na całokształt prac zespołu. Wraz z odejściem Fisha materiał zyskał jednak nowy szlif dzięki młodzieńczej i cieplejszej barwie głosu Hogartha oraz emocjonalnym tekstom. „Seasons End” przepełnione jest nostalgią i delikatnością, która w późniejszych dokonaniach ery Hogartha bądź zanikała (wspomniana „Anoraknophobia”; „Radiation”), bądź przybierała niemal wyrachowany kształt („Happines is The Road” czy „Marillion.com”), co odbierało jej siłę wyrazu. Na „Seasons End” czuć niepokój związany ze zmianami przed którymi zespół stanął, co przekłada się na szczerość całego albumu. Ten stanowi muzyczny majstersztyk wyrażający się tak w kolejności utworów jak i ich aranżacji. W odróżnieniu od kolejnych chronologicznie „Holidays In Eden” oraz „Brave” pierwszy album z Hogarthem łączy w równych proporcjach piękne melodie („Easter”; „Holloway Girl”) z bardziej progresywnym, gitarowym obliczem zespołu („Berlin”; „Seasons End” czy „King of Sunset Town”). Cały album wydaje się ponadto w dużej mierze płytą Steva Rotherego, którego  gitara nadaje prym niemal wszystkim kompozycjom. W późniejszych czasach różnie z tym bywało, a rozpoznawalny styl Rotherego często podporządkowywany był bardziej ogólnej wizji utworów. Chociaż każda płyta Marillion nagrana z Stevem H zawierała elementy intrygujące, to jedynie „Seasons End” od początku do końca sprawia wrażenie dzieła głęboko przemyślanego. Każdy z utworów wynika bowiem w trudny do określenia sposób z poprzedniego, a wszystkie razem składają się na odrębny byt, jakim jest  album prawdziwie genialny.   





Jakub Kozłowski

(Łącznie odwiedzin: 103, odwiedzin dzisiaj: 1)