In The Woods… są legendą. Co prawda mało znaną, rzadko słuchaną i chyba jednak odrobinę na wyrost, ale jednak legendą. Mam niestety wrażenie, że spora część osób, które uznają dokonania In The Woods… za przełomowe a wiesza równocześnie psy na nowym albumie, tak naprawdę nie wraca zbyt często do wcześniejszych płyt. Ich klasyczny charakter przyjmują jako utarty i zapamiętany pewnik a wszystko co mogłoby naruszać kanon spotyka się z bezrefleksyjną krytyką.
W każdym razie już dużo negatywnego powiedziano o albumie „Pure”. I dobrze. Niech się o albumie mówi, zespół na tym tylko zyska. Dotychczas największym problemem było to, że o Norwegach nie mówił nikt. Jasne, specjaliści, myśliciele oraz metalowa elita wspomną od czasu do czasu, że „HEart Of The Ages” jest inspirująca, że „Omnio” i „Strange In Stereo” stanowiło zaskakujący, ale satysfakcjonujący intelektualnie kierunek rozwoju artystycznego. Wszystko pięknie. Każde słowo to prawda, tyle, że nie mogę zgodzić się z pogardliwym wzruszeniem ramion kiedy wspomni się o „Pure”.
Nie jest to płyta wybitna – nie zamierzam się tu kłócić. Nie kontynuuje kierunku obranego na klasycznych albumach – pod tym stwierdzeniem również się podpiszę. Śpiewa inny wokalista, mniej charakterystyczny i szukający własnych form wyrazu, więc ignorujący spuściznę Jana Kennetha Transetha – zgoda. Ale kompozycyjnie „Pure” jest dla mnie nadal jednym z najciekawszych metalowych dokonań roku 2016. Czego brakuje utworowi „Blue Oceans Rise (Like A War)”? Klimatu? Nie. Posępności? Nie wydaje mi się. Umiejętności muzycznych? Też odpowiedź negatywna. To samo można powiedzieć o utworze tytułowym czy „Devil’s At The Door”.

Na „Pure” wiesza się psy wyłącznie dlatego, że muzycy zdecydowali się nagrać płytę inną niż poprzednie, nie spełniającą oczekiwań niektórych ultrasów. Tyle, że właśnie tak można by skwitować całą dotychczasową karierę zespołu. Siedemnaście lat to szmat czasu, pewnie niewiele więcej liczą sobie niektórzy obecni znawcy In The Woods…. Przez te lata wyrósł niejeden dąb, zaczęła się i skończyła niejedna wojna. Ba, nawet MTV zdążyła w międzyczasie paść na twarz jako stacja muzyczna. Trudno więc wymagać, aby od momentu premiery „Strange In Stereo” nic się nie poprzestawiało w głowach muzyków.

Powiem więcej, byłbym o wiele bardziej zaskoczony, gdyby In The Woods… zaserwowali nam część drugą „Omnio”. Zresztą nie będę pozował na znawcę ich muzyki, który niejednego winyla z debiutem Norwegów zdarł na gramofonie. Nie o to zresztą chodzi, kiedy kto poznawał jaką płytę. Ważne jednak jest, aby sentyment i pozamuzyczne uwarunkowania nie determinowały opinii o konkretnym albumie. O poziomie danej płyty nie decyduje przecież fakt, że słuchając np. „HEart Of Ages” całowałeś piękną dziewczynę romantycznie dzieląc się słuchawką od walkmana.
A tak właśnie jest z „Pure”. Starzy wyjadacze zdążyli już o In The Woods… zapomnieć. Pozostał im jedynie specyficzny posmak na języku, który trudno jest odtworzyć. To tak jak z jedzeniem lodów. Żaden rożek nie będzie nigdy smakował tak dobrze, jak te, które wcinało się w wieku kilku lat. Albo inaczej, cytując Bogusława Lindę, Wódka już nigdy nie będzie taka zimna, pożywna. Z takim nastawieniem zdrowiej dla umysłu będzie jednak zostać abstynentem. Wszyscy pozostali powinni przynajmniej dać szanse „Pure”, bo niewiele takich albumów obecnie powstaje – niepretensjonalnych, wymagających i równocześnie przystępnych. Pozbawionych nadmiernego patosu i prostackiego gwiazdorzenia. Być może „Pure” nie jest tym. na co czekaliście, ale wbrew, naturalnemu przecież, egocentryzmowi znawców nie oznacza to wcale, że ta płyta nie jest warta uwagi.
Kuba Kozłowski, Ocena: 4
1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

(Łącznie odwiedzin: 42, odwiedzin dzisiaj: 1)