Ian Kilmister (Lemmy) zawsze doskonale wiedział o co chodzi w show bussinesie. I wiedział o tym już w latach sześćdziesiątych, kiedy grając w zespole The Rockin’ Vicers przywdziewał Lapońskie stroje skacząc po scenach zadymionych klubów północnej Anglii. Wiedział o tym również, gdy dołączając do Hawkwind zdołał w krótkim czasie skupić na sobie uwagę pism branżowych, pomimo konkurencji ze strony tak egocentrycznego lidera jak Dave Brock. I chociaż opuszczenie „psychodelicznych piewców kosmosu” zostało wymuszone jego zbytnią nonszalancją z używkami, to wiedział równie dobrze pod jaką banderą należy powrócić na szerokie wody. 
Tak- Lemmy zawsze wiedział o co chodzi w show bussinesie. I zawsze, z szelmowskim uśmiechem na ustach, łamał wszelkie jego zasady. Bo Lemmy całe życie pozostał indywidualistą. Co więcej, był on jedną z najinteligentniejszych osób spośród tych, które wybrały niełatwą karierę muzyka. Lemmy zawsze pozostał oddany pierwotnemu, ciężkiemu rock’n’rollowi a bogata historia zespołu Motörhead pokazuje, że na tej decyzji wyszedł nadzwyczaj dobrze. Co jednak najważniejsze, działania Iana Kilmistera nigdy nie były wyrachowane a szczerość jego sposobu bycia przemawia od czterech dekad do milionów fanów Motörhead na całym świecie. I chociaż poszczególne płyty zespołu mogą postronnemu słuchaczowi zlewać się w jednolitą hard rockową masę, to jego lider aż do końca pozostał wierny swojemu wypracowanemu stylowi. Dudniący, zgrzytliwy i „niekanoniczny” sposób grania preferowany przez Lemmego zapewnił mu miejsce w panteonie najlepszych i najbardziej charakterystycznych artystów. Dzięki swojej osobowości i jasno wyrażanym życiowym poglądom Ian Fraser Kilmister pozostawał ostatnią prawdziwie charyzmatyczną postacią świata muzyki. Rock’n’Roll to Lemmy, a Lemmy to Rock’n’Roll- z tym stwierdzeniem nie sposób się kłócić. Jednak muzyczna droga, którą muzyk przeszedł nie była łatwa. 
Szybko podpisany profesjonalny kontrakt stanowił pokłosie popularności, jaką udało się mu uzyskać w Hawkwind. Pierwsze wcielenie zespołu Motörhead ani nie dawało gwarancji stabilizacji ani odpowiedniej jakości przygotowywanej muzyki. Nie o to jednak na początku chodziło. Najważniejszym było aby szybko wejść do studia, zarejestrować pierwsze nagrania i zaznaczyć swoją obecność na brytyjskiej scenie rockowej. „On Parole”- pierwsza płyta zespołu nie została jednak zaakceptowana, wędrując na półkę wytwórni. Zespół miał związane ręce a żadna inna firma nie była skłonna zainwestować w bandę życiowych rozbitków. Wtedy zdarzył się cud. Chociaż z Lemmego i kolegów żadne książęta z bajki, na horyzoncie pojawiła się dobra wróżka. Ted Carroll, właściciel skromnej wytwórni muzycznej Chiswick Records, zdecydował się udostępnić zespołowi studio na dwa dni w celu rejestracji pożegnalnego singla. Lemmy nie potrzebował nic więcej. W trakcie kilkunastu godzin, które otrzymał na nagranie swojego muzycznego epitafium zespół zdołał zarejestrować cały album. Płytę nazwano po prostu „Motörhead” (1977). 

 

 

Tak zaczęła się historia legendy i o ile wskazanie momentu przełomowego dla Motörhead nie jest sprawą trudną, to opis dalszych losów muzyków sprowadza się do relacji z ciągłej, niekończącej się „złotej ery”. Po odejściu z Chiswick Lemmy podpisał kontrakt z Bronze Records nagrywając dla niej klasyczne albumy. Wówczas powstał genialny „Overkill” (1979), czy legendarny „Ace of Spades”- wypuszczony na rynek w końcu roku 1980. Wszystkie płyty, także te mniej znane, jak „Rock’n’Roll” (1987); „1916” czy Hammered (2002), odniosły znaczący sukces- tak artystyczny jak i komercyjny. Po zmianach personalnych, jakie dotknęły zespół w drugiej połowie lat osiemdziesiątych zaczął również kształtować się skład, któremu zawdzięczamy dziesięć kolejnych albumów, wliczając w to najnowszy, „Bad Magic”. Ostatnie lata pokazywały jednak, że nawet (jak się zdawało) niezniszczalny Ian Kilmister powinien uważać na zdrowie. Niestety- ostrożność muzyka sprowadziła się wyłącznie do zastąpienia whiskey z colą zdrowszym połączeniem wódki z sokiem pomarańczowym. Zespół nigdy jednak nie zwolnił tempa, choć przerywane w trakcie set’u koncerty niebezpiecznie się mnożyły. Gdy jednak Lemmy był w dobrej formie, nadal nikt i nic nie mogło równać się z energią, jaka biła od muzyków na scenie. Najlepsze potwierdzenie tych słów stanowi ostatni koncert Motörhead w Warszawie. Gdy stojąc przed publiką Lemmy wykrzykiwał nieśmiertelne „We are Motörhead, and we play Rock’n’Roll” każdy fan wiedział, że dla takich zespołów warto żyć. Warto, bo na każdym koncercie zespołu działa się prawdziwa magia. Tym, czego Ian Kilmister, aż do samego końca, nigdy nie żałował fanom była energia- szczera i płynąca prosto z trzewi muzyków. 
Ostatnie wywiady, udzielane mediom w drugiej połowie 2015 roku dobitnie już pokazywały, w jak złej formie fizycznej muzyk się znajdował. Dnia 26 grudnia 2015 roku, dwa dni po swoich siedemdziesiątych, hucznie obchodzonych urodzinach, Lemmy dowiedział się o złośliwym nowotworze, który w zastraszającym tempie niszczył go od środka. Nie zdołał niestety dożyć końca roku. Zmarł 28 grudnia w ukochanym przez siebie Los Angeles. Wraz z jego śmiercią umarła ta część muzycznego świata, która nigdy nie chodziła na kompromisy, dla której szczerość wyrazu, wierność sobie i własnym życiowym przekonaniom zawsze wygrywała ze zgniłym blichtrem korporacyjnych salonów.

(Łącznie odwiedzin: 922, odwiedzin dzisiaj: 2)