Anthrax zawsze sprawiali wrażenie rozentuzjazmowanych dzieciaków z sąsiedztwa, którym pozwolono na imprezie dorwać się do instrumentów starszych braci. W odróżnieniu od Slayera nigdy nie stali się niewolnikami własnego wizerunku, uniknęli patosu charakteryzującego późniejsze albumy Metalliki, nie sprawiali też wrażenia wiecznie niezadowolonych gnomów, co z kolei zawsze kojarzyło mi się z Davem Mustainem. Anthrax są swojscy i odrobinę nerdowaci, zdawać się może, że bez problemu mógłbyś podejść do takiego Scotta Iana i przybić z nim piąteczkę. A potem pogadać o ulubionych numerach komiksu „Flash”

Wrażenie to jest odrobinę złudne, bo Ian, jak każda niemal gwiazda rocka, mógłby dawać lekcję z bufonady. Trzeba jednak oddać cesarzowi co cesarskie, bo mało kto tak walczył o swój zespół jak Scott Ian, zresztą często podejmując niepopularne i kontrowersyjne decyzje: zmiany składu czy flirty z hardcorem i rapem. Gdyby nie jego upór, to może nigdy nie usłyszelibyśmy „Worship Music”, udanego powrotu Anthrax po latach problemów z wytwórniami, wewnętrznego marazmu i wszechobecnych kłótni. Gdyby nie powstał „Worship Music”, do słuchaczy nigdy nie trafiłby „For All Kings”. Gdyby nie bezwzględność Iana, jego przekonanie o słuszności podejmowanych kroków i wytrwałości nie było by zespołu.

Anthraxowi zawsze było bliżej do klasycznego, odrobinę przaśnego heavy niż do jego bardziej ekstremalnej odmiany zapoczątkowanej przez Metallikę. Zespół zawsze lepiej odnajdywał się w tej właśnie stylistyce, zresztą nie mogło być inaczej. Nie z Joey’em Belladonną za mikrofonem, nie z Ianem podkreślającym na każdym kroku swoją miłość do zespołu KISS. Belladona z kolei, gdyby nie natrafił na zwariowanych nowojorczyków pewnie jego nazwisko sceniczne wymieniałoby się dzisiaj jednym tchem z takimi tuzami jak Halford, Dickinson czy Byford. To jednak dzięki niemu „Spreading The Disease” jest tak wyjątkową płytą. Również w dużej mierze jemu należy przypisać sukces zarówno „Worship Music”, jak i najnowszego wydawnictwa bo na obu płytach brzmi po prostu genialnie. Lata posuchy z Johnem Bushem za mikrofonem dobiegły końca. Powróciło znakomite vibrato Joey’a a muzyka Anthrax od razu zyskała na melodyjności, lekkości oraz, co tu dużo mówić, klasie. Na „For All Kings” mamy co najmniej trzy oczywiste hity, oprócz świetnego „Blood Eagle Wings” wymienić trzeba porywające „Breathing Lightning” oraz „Monster At The End”. Mamy też mocniejsze „Evil Twin” i „Zero Tolerance”. Innymi słowy, żaden fan Anthraxu nie powinien czuć się zawiedzony, nawet pomimo faktu, że album traci swój pierwotny urok przy kolejnych odsłuchach. Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Płyta jest melodyjna, porywającą ciekawa i satysfakcjonująca ale po prostu nie odczuwam chęci aby do niej częściej wracać. Nie mam poczucia, które często towarzysz mi przy odsłuchach nagrań innych artystów, że coś mi umknęło, jakaś warstwa kompozycji jest dla mnie jeszcze ukryta i aby ją odnaleźć i poznać muszę do muzyki powrócić. Po odsłuchaniu „For All Kings” czuję się jak po przeczytaniu doskonałego, przepełnionego akcją i dramatem, dobrze narysowanego komiksu. Cenię go, bawiłem się przy nim bardzo dobrze ale pewnie odświeżę go sobie dopiero za kilka miesięcy. 

Kuba Kozłowski, ocena: 5-

U nas obowiązuje skala szkolna:

1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

Na rynku można dostać fantastyczną autobiografię Scotta Iana. Książka dostępna TU 
 

I am text block. Click edit button to change this text. Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Ut elit tellus, luctus nec ullamcorper mattis, pulvinar dapibus leo.

(Łącznie odwiedzin: 48, odwiedzin dzisiaj: 1)