http://localhost:8888/wordpress/inkubator-talentow-black-cat-bones-barbed-wire-sandwich/

 

 

Niezwykłe, jak wielu znakomitych muzyków otarło się o formację Black Cat Bones. Ten założony w 1969 roku blues rockowy projekt w różnych okresach czasu wspierali swoimi umiejętnościami tacy artyści jak Paul Kossoff i Simon Kirke (następnie w Free czy Bad Company), Bob Weston (później Fleetwood Mac), Derek i Stuart Brooks (założyciele Leaf Hound).  
Formacja nie zdołała jednak utrzymać w swoich szeregach tych najbardziej utalentowanych muzyków, i po początkowym okresie ogrywania się i rozwoju scenicznego w klubach a przed nagraniem albumu studyjnego, Kirke i Kossoff szukali już szczęścia gdzie indziej. Nie znaczy to bynajmniej, że „Barbed Wire Sandwich” nie spełnia wysokich wymogów stawianych dobrym płytom blues rockowym. Spełnia je przynajmniej w stopniu dobrym. Album jest fantastyczny, co tym bardziej sprawia, że brak kolejnych nagrań grupy wydaje się być wielką stratą.
„Barbed Wire Sandwich” zarejestrowany został w składzie Steve Brooks, Lenoir, Rod Price (następca Kossoffa), Derek Brooks oraz Brian Short na wokalu.  Płytę ozdobiono ciekawą, ale, tak między Bogiem a prawdą, paskudną okładką, która również nie wpłynęła przesadnie pozytywnie na możliwość dotarcia z muzyką do szerszego kręgu odbiorców. Brak zainteresowania płytą jest o tyle zastanawiający, że sam zespół, jeszcze jako kapela klubowa, zdołała wyrobić sobie dobrą markę w stolicy Anglii. Co prawda, rozczłonkowanie zespołu i rozdarcie jej pod względem osobowym wpłynęło niewątpliwie na odrobinę ograniczony charakter tworzonej przez nich muzyki. Gdyby w składzie ostali się Kirke i Kossoff moglibyśmy nie omawiać tej płyty w kategoriach zapomnianych perełek.
Chociaż muzyka zawarta na albumie jest najwyższej próby, to nie znajdziemy na niej ewidentnych singli czy przebojów. Nie oznacza to jednak, że należy przejść obojętnie koło takich kompozycji jak „Coming Back”, „Good  Lookin’ Woman” czy budowanego monumentalnym riffem, toczącego się z siłą wielkiego głazu „Save My Love”. Gęsty przesterowany i dość zróżnicowany blues aż wylewa się spod palców muzyków wprawiając słuchacza w niezwykle kontemplacyjny nastrój. Płyta trwa ponad 42 minuty, ale na jej długość złożyły się również, tradycyjnie umieszczane w tamtych latach na longplayach, kowery wykonawców pokroju Arthura „Big Boy” Crudupa (doskonała wersja „Death Valley Blues”) czy Niny Simone (”Four Woman”).
Oczywiście, nie będę przekonywał kogokolwiek, że album ten należy zaliczyć do absolutnej klasyki, bo jednak zabrakło iskry, która mogłaby rozpalić ogień dalszych sukcesów. Dlatego też formacja szybko zgasła. Powstał jednak album świetny – może zbyt bezpieczny i hermetyczny, ale wyraźnie pokazujący, jaki potencjał tkwił w formacji. Inna sprawa, że gdyby utrzymał się na rynku moglibyśmy nigdy nie usłyszeć fenomenalnej „Growers of Mushroom” Leaf Hound.   Warto dorwać gdzieś reedycję płyty, nastawić głośno sprzęt grający i posłuchać w towarzystwie dobrego wysokoprocentowego napoju.  Dam sobie zgolić wąsa, że nie będzie to czas stracony.

Kuba Kozłowski, Ocena 4

U nas obowiązuje skala szkolna:

1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

(Łącznie odwiedzin: 279, odwiedzin dzisiaj: 1)