Klasyczna amerykańska scena death metalowa jest kojarzona przede wszystkim z Florydą oraz znajdującym się tam w miejscowości Tampa studiem Morrisound. W nim właśnie na przełomie lat 80-ych i 90-ych pod okiem Scotta Burnsa i Toma Morrisa powstały największe klasyki gatunku. Od reguły udawania się muzyków deathowych w celach nagraniowych na południowy wschód Stanów Zjednoczonych celem istniały jednak wyjątki, które wprawdzie w tamtym okresie były jedynie rodzynkiem na cieście, ale z czasem pokryły się wśród fanów kultem nie mniejszym od dokonań Death, Obituary, Morbid Angel czy Deicide. Jedną z takich mniej standardowych formacji był pochodzący z Nowego Jorku Immolation, który swój debiut nagrał lokalnie pod okiem słynącego głównie z produkowania grup thrash i heavy metalowych Harrisa Johnsa. Materiał ten następnie został wydany w ramach niezbyt dużej wytwórni R/C. W ten dość niepozorny sposób zaczęła pisać historię kolejna z największych gwiazd death metalu, której udało się stworzyć własne, inspirujące licznych naśladowców oblicze gatunku.

„Dawn Of Possession”, mimo że za sprawą swojego mrocznego, ponurego klimatu a także części zaproponowanych rozwiązań dźwiękowych bywa porównywana do pierwszych dwóch albumów Morbid Angel, zawiera już większość charakterystycznych elementów twórczości nowojorskiego zespołu. Te to przede wszystkim oparcie się na sporym ciężarze gatunkowym prezentowanych dźwięków, tworzonym głównie przez nisko nastrojone gitary, zlewające się w jedną plamę dźwięku z pulsującym basem a także powolne i smoliste riffy autorstwa Roberta Vigny i Toma Wilkinsona, których leniwy a także często wykorzystujący sprzężenia i przestery charakter przypomina trochę zespoły z kręgu sludge metalu. Oczywiście nie brakuje w pracy gitarzystów szybkości i techniki, ale to nie te elementy najmocniej zapisują się w pamięci słuchacza.

Do stylu Immolation trzeba dodać zmasowane, mocne uderzenia w werbel przez Craiga Smilowskiego, który choć potrafi się rozpędzić nie wchodząc przy tym w  blasty, równie często masywnie zwalnia, przypominając wtedy stylem walenia w bębny  formacje doom metalowe. Ciężar dopełnia też niski i leniwy growling Rossa Dolana, który w prawdzie na tym etapie historii Immolation czerpał jeszcze sporo z krzykliwej maniery wczesnego Davida Vincenta nie brzmiąc tak nisko i jaskiniowo jak w kolejnych latach, to za sprawą wyrazistej, powoli cedzącej słowa formuły prezentował się bardzo oryginalne wśród deathowych krzykaczy. Elementem stylu Immolation są także powyginane, świdrujące umysł solówki Roberta Vigny. Choć pojawia się w nich sporo melodii a także zapadającego w pamięci przeciągania dźwięków, nie należą do formy przyjemnej dla ucha, słodkiej czy też przeznaczonej do nucenia w trakcie golenia. Charakterystycznym dla Immolation jest również zamulone, mroczne, tworzące gęstą ścianę dźwięku brzmienie, w którym jednak można z łatwością odcyfrować wszystkie składowe słuchanych utworów. Tym samym płyta powinna zadowolić zarówno tradycjonalistów konkretnego, metalowego czadowania jak i osoby preferujące nowoczesną, selektywną produkcję.

 W kwestii poszczególnych utworów zespół stawia na ich dużą różnorodność a na tym etapie swojej kariery też na względną prostotę z trzymaniem się zwłaszcza w najbardziej hitonośnych momentach tradycyjnych schematów zwrotkowo-refrenowych. Obecne są one w otwierającym całość, z miejsca zapadającym w pamięci i dającym konkretnego czadu „Into Everlasting Fire”, który oparto na genialnie prostym schemacie skontrastowania gnających przed siebie zwrotek, ciężarnych zwolnień w refrenach oraz delikatnych ciągot muzyków w kierunku kombinowania i wyginania muzyki. Podobny schemat zastosowano w bardziej bezkompromisowym, konkretnym riffowo i mrocznym wokalnie „Despondent Souls”, który przypominającym trochę utwory Death z czasów albumu „Leprosy”. Ale już króciutka, trzyminutowa kompozycja tytułowa to ostra, bezwzględna jazda do przodu, preferująca co do zasady szybkie tempa i tworzące ścianę dźwięku riffy. Dla odmiany rozbudowany, epicki walec „Those Left Behind” zawiera głównie wolne, leniwe mielenie ciężarnych fragmentów z pełnymi dysonansów i pisków riffami oraz niezłymi solami. Choć w tym utworze także pojawiają się podkręcenia tempa, jest on pierwszą zapowiedzią masywnych, wręcz doom metalowych walców, jakie będą gościć na większości płyt Amerykanów.

W podobnie zróżnicowanych rejonach utrzymano resztę materiału, w jednych utworach stawiając przede wszystkim na czad i gnanie przed siebie (bezkompromisowy, intensywny „Internal Decadence”, ciężki i mroczny „No Forgiveness (Without Bloodshed)”), w innych na mieszanki szybkości i motorycznych riffów („Burial Ground”) a w jeszcze innych na kombinowanie i pierwsze, mocnijesze stawianie na nieszablonowe konstrukcje utworów („After My Prayers”, „Fall In Disease”). Płytę zamyka jeden z największych hitów zespołowej twórczości, ponownie stawiający na kontrasty szybkości i majestatycznych zwolnień oraz olbrzymią dawkę hitonośności utwór „Immolation”, który stał się żelaznym repertuarem wszystkich koncertów grupy a po 27 latach od swej premiery doczekał się ponownego nagrania na potrzeby albumu „Atonement”.

 „Dawn Of Possession”, choć w porównaniu do kolejnych zespołowych dokonań sprawia wrażenie jeszcze dość prostej i tradycyjnej pozycji deathowej, przypominającej wczesne albumy Morbid Angel i Death, należy do bezdyskusyjnych klasyków twórczości Immolation oraz estetyki deathowej. Amerykanie udowodnili na niej, że podstawowym składowym gatunku nie musi być maksymalna szybkość i bezkompromisowość tworzonych dźwięków, ale możliwe jest takżę postawienie na niesamowicie oślizgły, bagienny, wciągający bezlitośnie słuchacza w otchłań klimat. I to on właśnie dla wielu stanie się wzorcem do naśladowania. A że udało się go wytworzyć przy pomocy kompozycji chwytliwych, łączących prostotę z pierwszymi, ambitnymi ciągotkami powstała z tego bardzo dobra płyta, którą powinno się posiadać w swoich zasobach.

Co ciekawe największe uznanie zdobyła ona nie w momencie swojej premiery, ale dopiero po latach, gdy Immolation gdzieś na początku XXI wieku awansowali do ścisłej czołówki deathowej i zajęli w niej miejsce Morbid Angel. W pierwszej połowie lat 90-ych krążek ten pozostawał trochę z boku topowych dokonań w gatunku a miarą niezbyt silnej pozycji Nowojorczyków w tej stawce była ich ówczesna absencja wydawnicza. Na następcę „Dawn Of Possession” fani musieli czekać aż 5 lat, bo członkowie grupy działalność artystyczną traktowali jako poboczne zajęcie w stosunku do innych, ważniejszych aktywności życiowych. Te problemy jednak im się przysłużyły, bo finalnie wypłynęli na powierzchnię, gdy duża część gwiazd gatunku zaczęła już wypadać z ekstraklasy i tracić znaczenie. Immolation wówczas miała przypaść rola jednego z odnowicieli death metalu a na szczycie mieli pozostać dużo dłużej niż np. Obituary czy Deicide.

Radomir Wasilewski

Recenzja pochodzi z portalu RateYourMusic, na którym autor od kilku lat prowadzi profil RadomirW, gdzie co tydzień dodaje po 2-3 recenzje płyt przede wszystkim metalowych.

Kliknij na obrazek jeżeli jesteś zainteresowany ofertą!

(Łącznie odwiedzin: 82, odwiedzin dzisiaj: 1)