„Jesteśmy Motörhead i gramy Rock’N’Rolla”
 
HISTORIA. CZĘŚĆ II


Płyta w dwadzieścia cztery godziny


Zespół nadal jednak koncertował. Nowy perkusista wniósł na tyle ożywcze zmiany, że ówczesny gitarzysta zespołu, Larry Wallis, mający doświadczenie z grania w UFO oraz Pink Faries (uważający się tym samym za gwiazdę z Bożego nadania) zaczął domagać się angażu w Motörhead gitarzysty rytmicznego. Miał dzięki temu zostać odciążony z mozolnych obowiązków na rzecz „należnej” mu wolności artystycznej. Tu pomocny okazał się Taylor, który w okresie poprzedzającym angaż w zespole dorabiał na budowie. Tam miał nieprzyjemność pracować pod nadzorem jednego z najbardziej chamskich, wymagających i bezlitosnych brygadzistów jakich nosiła angielska ziemia. Brygadzista ten nazywał się Eddie Clarke i lubił pograć sobie na gitarze. Okazało się zresztą, że był w tym całkiem dobry. Jako, że pomimo swojego usposobienia Eddie nigdy nie zaszedł Philthy’emu za skórę, ten polecił go kolegom. Gitarzysta wspominał niekonwencjonalny sposób przyjęcia go do zespołu: To był sobotni poranek, leżę sobie ciągle w łóżku w moim mieszkaniu i nagle ktoś zaczyna łupać w drzwi niemal wbijając je razem z zawiasami do środka. Wyskoczyłem z wyrka, otwieram, a tam stoi Lemmy. W jednej ręce trzyma skórzaną kurtkę, a w drugiej pas z nabojami. Podał mi obie rzeczy mówiąc „masz tę robotę” po czym odwrócił się i poszedł!

Nie udało się jednak stworzyć kwartetu. Pomimo swoich dotychczasowych nalegań na zatrudnienie kolejnej osoby, Larry zabrał piecyk, gitarę oraz swój talent umożliwiając „Fast” Eddiemu przejęcie głównej roli. Zespół nadal miał jednak związane ręce, gotowy materiał należał do United Artists a żadna inna wytwórnia nie była skłonna zainwestować w bandę życiowych rozbitków. Po półtora roku marazmu perkusista również postanowili odejść. Phil: Wówczas moim głównym zmartwieniem było przetrwanie z dnia na dzień. W tym celu trzeba było albo upchnąć gdzieś trochę towaru aby zapłacić za salę prób albo znaleźć dorywczą pracę. Ja musiałem pracować. Oczywiście Lemmy nigdy nie dorabiał na boku, choć jak go spytasz to pewnie powie ci, że jest mistrzem stolarstwa albo coś w tym guście. Przed rozpadem postanowiono jednak zarejestrować ostatni występ aby zachować pamiątkę wspólnej działalności.  

Wtedy zdarzył się cud. Chociaż w prawdziwym życiu trudno na to liczyć, a z Lemmego i kolegów żadne książęta z bajki, na scenie pojawiła się dobra wróżka przyjmując mało reprezentatywny wygląd Teda Carrolla. Właściciel skromnej wytwórni muzycznej Chiswick Records zdecydował się udostępnić zespołowi studio na dwa dni w celu rejestracji pożegnalnego singla. Motörhead nie potrzebowali nic więcej. W trakcie kilkunastu godzin, które otrzymali na nagranie swojego muzycznego epitafium zespół zdołał zarejestrować cały album. Wystarczyło już tylko dograć wokale, na co Ted również się zgodził. Płyta, nazwana po prostu „Motörhead”, znalazła się w dystrybucji osiągając całkiem przyzwoite miejsce na listach. Philthy Animal nie musiał już szukać kolejnej dorywczej roboty.
 
Nieprzemijająca Złota Era

Tak zaczyna się historia legendy i o ile wskazanie momentu przełomowego dla Motörhead nie jest sprawą trudną, to opis dalszych losów muzyków sprowadza się do relacji z ciągłej, niekończącej się „złotej ery”. Ta, pomimo kilku słabszych albumów, kłopotliwych zmian personalnych i problemów zdrowotnych nieprzerwanie trwa do dzisiaj. W roku 1977 zespół musiał jednak odnaleźć się w nowej roli, kując żelazo póki gorące. Przy stylistyce prezentowanej przez Motörhead oraz płycie, która bynajmniej nie opływała w potencjalne radio-przyjazne single, mogące konkurować z okupującą pierwsze miejsce notowania Abbą, dotarcie do 43 miejsca na listach przebojów było nie lada wyczynem. Tym bardziej, że na osiem utworów zarejestrowanych na oficjalnym „debiucie”, cztery nagrali wcześniej inni wykonawcy (Hawkwind i Tiny Bradshaw). Należało więc wszelkimi siłami podtrzymać popularność zespołu. Do tego potrzeba było przebojowego singla oraz obecności w mediach. Wybór padł na stary klasyk Richarda Berry’ego, „Louie, Louie”. Choć ten dość naiwny standard rockowy nie wydawał się w pełni oddawać tego, kim byli muzycy (czyli zatwardziałymi, wrednymi skurczybykami) dawał szanse na zaistnienie wśród szerszej widowni. Tym bardziej, że po dobrym odbiorze debiutanckiej płyty trafiła się szansa podpisania kolejnej umowy, tym razem z Bronze Records. Nikt jednak nie wydaje potężnych pieniędzy w ciemno, dlatego wytwórnia postanowiła najpierw sprawdzić zespół. I tu pojawiła się kwestia piosenki, która zyskując popularność zdołałaby wywalczyć dla muzyków nowy kontrakt. „Louie, Louie” okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie tylko dostał się do Top 75 brytyjskiej listy przebojów, ale otworzył również zespołowi drogę do występu w „Top Of The Pops”. Obecność w tym niezwykle popularnym programie znaczyła wówczas dla Brytyjczyków mniej więcej tyle, co obecnie koncert w przerwie Superbowl dla Amerykanów. Po takim sukcesie Bronze Records przywitało Motörhead z otwartymi ramionami. Dla Lemmiego nowa umowa miała również drugie dno: zespół znalazł się bowiem w wydawnictwie dla którego nagrywali byli koledzy z Hawkwind. Co więcej, produkcją zajął się legendarny już wówczas Jimmi Miller, odpowiedzialny za brzmienie takich zespołów jak Traffic, Blind Faith czy The Rolling Stones.

Wynikiem kolejnych miesięcy prac okazała się jedna z najlepszych płyt w historii ciężkiego grania – „Overkill”, zawierająca takie utwory jak „Damage Case”, „Capricorn” czy niepokojące „Metropolis”. Praca nad nową muzyką przychodziła Motörhead w sposób niezwykle naturalny. Phil: Zawsze chciałem grać na dwóch bębnach basowych, ale powtarzałem sobie, że nie będę jednym z tych cieniasów, którzy na scenie mają dwie stopy i nigdy ich obu nie używają. W każdym razie do czasu, kiedy nie nauczę się na nich sprawnie grać. Kupiłem więc drugą stopę i wpadałem na próby kilka godzin wcześniej tylko po to aby poćwiczyć koordynację. W czasie jak tak sobie machałem przy perkusji nogami wleciał Lemmy z Eddiem i krzyknęli, żebym nie przestawał. Wzięli swoje instrumenty i dołączyli. Tak powstał utwór Overkill. Ciężar, duszna atmosfera oraz siła poszczególnych kompozycji została odpowiednio doceniona. Album osiągnął imponujące, jak na swój niekomercyjny charakter, 24 miejsce na Brytyjskiej liście.


Okres spędzony przez zespół w wytwórni Bronze Records przyniósł kolejne klasyczne już albumy zespołu. Bezpośrednim następcą „Overkill” został „Bomber” zarejestrowany i wydany jeszcze w tym samym roku oraz „Ace of Spades” wypuszczony na rynek w końcu roku 1980. Oba odniosły wielki sukces tak artystyczny jak i komercyjny – biorąc rzecz jasna pod uwagę niszowy status zespołu. Trzeba jednak zauważyć, nic nie ujmując sile wyrazu płyty, że kompozycje zawarte na „Bomber” były mniej dopracowane, mniej przemyślane i niewątpliwie mniej ograne przez zespół na koncertach. Powodowało to odczuwalną sztywność wykonania. Wpłynęło na to również zachowanie Millera, ponownie zaangażowanego do produkcji. Pogłębiający się nałóg heroinowy producenta sprawiał, że muzycy częstokroć pozostawiani byli sami sobie podczas prac w studiu. Chociaż wydawanie dwóch płyt długogrających w ciągu roku nie było w latach 70. rzadkością to nie da się nie zauważyć, że kolejny album Motörhead miała po prostu szybko trafić w korzystną koniunkturę na rynku. Przy „Ace of Spades” zespół się nie śpieszył, zmienił producenta (na Vicka „Żółwia” Maile’a) i pracował nad kompozycjami jeszcze ciężej niż zwykle.

Zaowocowało to albumem genialnym. Płyta wyróżniała się już na etapie projektowania okładki. Nie przedstawia bowiem „pupila zespołu” czyli pancernej dzikiej świni zwanej Snaggletooth. Zamiast tego muzycy pozują w strojach imitujących ubiory kowboi, nawiązując do specyfiki Dzikiego Zachodu. Po włączeniu albumu czeka nas już tylko szybka jazda bez trzymanki. „Ace of Spades” rozpoczyna galopujący, odrobinę transowy utwór tytułowy, stanowiący największy w historii przebój Motörhead. Następnie rozbrzmiewa okraszony niezwykle chwytliwym riffem „Love Me Like A Reptile” oraz odrobinę wolniejszy „Shoot You In The Back”. Cała płyta nie daje wytchnienia a utwory takie jak „(We Are) The Road Crew” czy „The Chase Is Better Than The Catch” na stałe zapisały się w historii rock’n’rolla. Na „Ace of Spades” słychać wyraźnie, że ten konkretny skład Motörhead osiągnął apogeum swoich możliwości, do którego trudno było nawiązać kolejnymi albumami. Być może z taką właśnie myślą Motörhead podjęło prace nad Live albumem, stanowiącym podsumowanie dotychczasowego dorobku. Lemmy: To po prostu było odpowiednie miejsce i odpowiedni czas na nagranie albumu koncertowego. Wszyscy tego od nas oczekiwali bo nasze trzy albumy wszystkie weszły na listy przebojów. Gdy płyta się ukazała to wszystko właściwie szło z automatu- nie sądzę, żeby album dostał się na pierwsze miejsce listy, ale i tak był bardzo wysoko.  


Pamięć Lemmego po latach okazała się zawodna, bo wbrew wątpliwościom leadera „No Sleep’till Hammersmith” osiągnęło pierwsze miejsce na brytyjskich listach przebojów. Płyta stała się tym samym największym czysto komercyjnym sukcesem zespołu. Muzycy dowiedzieli się o wejściu na szczyt list przebywając w USA jako support zespołu Ozzego Osbourne’a. Relatywnie mało znani w Ameryce musieli zadowolić się rolą rozgrzewacza przed samozwańczym Księciem Ciemności, jednak w UK osiągnęli status prawdziwych gwiazd rocka. Co ciekawe, żaden z utworów zarejestrowanych na płycie nie pochodził z koncertu faktycznie zagranego w Hammersmith Odeon. Po latach, w dokumencie „The Guts And The Glory” Lemmy wspominał: Wydaje mi się, że zarejestrowaliśmy jakiś występ w Hammersmith, ale nie dało się z niego nic wykorzystać. Nic z niego nie było dobre. Nigdy nie lubiłem grać w Hammersmith,  ponieważ w hali jest okropny odsłuch na scenie.


Wydana 27 czerwca 1981 roku koncertówka nie okazała się przesadnie porywająca. Zbitek utworów granych podczas występów w Leeds, Norfolk, Belfaście i Newcastle wypełniał na pewno oczekiwania fanów, ale nie wniósł nic znaczącego do dorobku grupy. Na pewno nie stał się nowym „Made in Japan”, choć pozwolił zespołowi zarobić kilka funtów oraz odetchnąć odrobinę przed pracami nad kolejnym albumem. Nie można jednak odmówić płycie prawdziwie punkowej energii i szczerych emocji płynących ze sceny. Ponadto płyta nie stała się przedmiotem chirurgicznych zabiegów w studio. Brzmi tak, jak powinien brzmieć zespół rejestrowany na żywo: surowo i dynamicznie.

Więcej o zespole znajdziecie w dwóch fenomenalnych biografiach:

Mick Wall, Lemmy

Jake Brown, Motörhead w studio



tekst ten po raz pierwszy ukazał się w serwisie www.rockhard.pl do którego serdecznie zapraszam!

(Łącznie odwiedzin: 92, odwiedzin dzisiaj: 1)