Spora część muzyki o której piszę sięga korzeniami do przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Nie ukrywam – był to znaczący okres dla mojej kształtującej się wówczas świadomości muzycznej i ma on bezpośrednie odniesienie do zawartości mej półeczki, stanowiącej inspirację tegoż bloga. Ówczesna muzyka była tak ważna dla młodego pokolenia jak dziś smartfony i media społecznościowe. Nawet jeśli z upływem czasu straciła hipisowski smaczek, to i tak wiele produkcji przetrwało, stanowiąc inspirację dla dzisiejszych twórców. Przypadek zrządził, że niedawno sięgnąłem po kilka wczesnych płyt Hawkwind – brytyjskiej grupy rockowej, której początki sięgają 1969 roku. Krytycy twierdzą, że była prekursorem space rocka i heavy metalu. Spoglądając choćby na listę zmian personalnych można uwierzyć we wszystko. Co ciekawe – Dave Brock, jej założyciel od blisko pół wieku nadal ją firmuje, realizując własną wizję muzyki.

Grupa zaistniała w 1969 roku, a w jej składzie prócz lidera (v, g) znalazł się Huw Lloyd-Langton (g), Terry Ollis (dr), Thomas Crimble (b), Nik Turner (sax) i Dik Mik (synth). Szybko zyskali sławę jako zespół undergroundowy. Do legendy przeszedł ich występ na Glastonbury Rock Festival 1970, gdzie zagrali bezpłatny alternatywny koncert, odciągając tłum widzów od głównej imprezy. Zagrali również w tym samym roku na Isle of Wight Festival. Podobno w trakcie występu wśród widzów dostrzegli Jimiego Hendrixa. Poprosili go by dołączył do zespołu, a on odkrzyknął: „Nie, nie chcę tego zepsuć!”. Ich pierwsza płyta zatytułowana po prostu Hawkwind (1970) do dziś znajduje nabywców. Na singlu promującym drugą umieścili Silver Machine, swój największy hit. Wyśpiewał go Lemmy (późniejszy lider Motörhead).

Co ciekawe Dave Brock, grający na gitarze wokalista i autor tekstów nigdy nie zamierzał zostać muzykiem. Miał talent, chciał być artystą i myślał o malarstwie. Imał się różnych zajęć: pracował w fabryce, później w studiu graficznym. Pod koniec lat sześćdziesiątych ze swym przyjacielem gitarzystą Mickiem Slatterym udał się do Francji, aby zarabiać na życie jako muzyk uliczny. Tam obaj poznali saksofonistę Nika Turnera, tam też narodził się pomysł utworzenia grupy. Po powrocie postanowili wstrząsnąć słuchaczami. Reakcje na ich twórczość bywały różne. Świadkowie twierdzili, że ludzie mdleli, wariowali bądź uciekali… Trudno dziś stwierdzić ile w tym prawdy, jednak z pewnością zaczęli współtworzyć podstawy nowej estetyki i wrażliwości. Od samego początku skład zespołu był bardzo płynny, przewinęło się przezeń blisko pięćdziesięciu muzyków, tworząc coś w rodzaju wielkiej rodziny. Każdy dawał coś od siebie. Muzycy pojawiali się, odchodzili bez słowa, czasem wracali po jakimś czasie. Pierwszy gitarzysta Huw Lloyd Langton odszedł w 1970 roku i wrócił po jedenastu latach. W szeregach grupy znalazł się też Dave Anderson, jeden z basistów krautrockowej formacji Amon Duul II. Na początku lat osiemdziesiątych bębnił w Hawkwind Ginger Baker (wcześniej Cream), pojawił się również Tim Blake – klawiszowiec grupy Gong. Wokalista Robert Calvert dotknięty chorobą afektywną dwubiegunową odszedł, ścigając kolegów z zespołu po paryskiej ulicy z mieczem samurajów… Mimo to wracał, bywając stałym gościem na scenie aż do swojej śmierci w 1988. Z grupą współpracował także Michael John Moorcock – pisarz science-fiction i fantasy. Być może ta różnorodność sprawiała, że muzyka Hawkwind do dziś brzmi intrygująco.

Trzy płyty zespołu z początku dyskografii sprawiły, że uznano ich za prekursorów space rocka. Były to: In Search Of Space (1971), Doremi Faso Latido (1972) i niesamowity (chyba najbardziej niedoceniony) podwójny album koncertowy Space Ritual (1973). Dziesięć lat temu muzycy świętując swój jubileusz zagrali niewielki koncert w Porchester Hall nieopodal Notting Hill Gate. Jak twierdzą – tam wszystko się zaczęło, tam zagrali swój pierwszy zwariowany koncert, który okazał się niezwykłym doświadczeniem, zarówno dla publiczności jak i dla nich samych. Wspomniany obiekt to zabytkowa łaźnia turecka. Dzięki psychodelicznej oprawie świetlnej udało się zatrzymać czas, wróciły wspomnienia. Początki nie były łatwe. Wychodzili na scenę i każdy grał swoje. Tworzyli długie, pełne improwizacji utwory, często oparte na jednym powtarzającym się akordzie, a jednak potrafili przyciągnąć uwagę słuchaczy. Inspirowali się folkiem, muzyką konkretną, kosmosem i elektronicznymi eksperymentami. To była muzyka pełna powtarzających się riffów, zapętlonych dźwięków, tańca, kolorów i świateł. Nie jest tajemnicą, że tę twórczość w początkowym okresie napędzały tzw. środki poszerzające świadomość, a co brzmi jak żart – w 1975 roku Lemmy stracił posadę basisty zespołu właśnie za problemy z narkotykami. Podczas amerykańskiej trasy został zatrzymany za rzekomo posiadaną kokainę. Muzycy zmuszeni zostali do odwołania kilku koncertów, co w efekcie zakończyło jego karierę w Hawkwind.

Pierwszy album zespołu został wyprodukowany przez dawnego gitarzystę Pretty Things, Dicka Taylora. Wielu porównywało go do brzmienia debiutu Pink Floyd, choć to twierdzenie chyba nieco na wyrost. Mimo to był punktem wyjścia do długiej i dość osobliwej podróży. To niemal godzina psychodelicznych dźwięków. Wprawdzie pierwszy utwór Hurry on Sundown (przypomniany później przez Kula Shaker) zapowiadał bluesowo folkowy mariaż, jednak dalej muzyka już nie była tak oczywista. Tajemniczy The Reason Is? okazał się jedynie niewinnym wprowadzeniem do szalonych improwizacji saksofonowych Nika Turnera i gitarowych Huw Lloyd-Langtona. Swoją drogą ciekawe jak to brzmiało na koncertach? Jest jeszcze dość duszna Paranoia Part I & II, kojarząca się nieco klimatem z Amon Duul. Zapowiedzią konsekwentnie rozwijanego kierunku jest przedostatni z zasadniczej części Seeing It As You Really Are, nieco nawiązujący do wczesnych Pink Floyd. Kończący album Mirror Of Illusion wiąże album niby klamra.

Płyta przygotowała grunt do następnej. W 1971 roku został wydany przełomowy album In Search of Space, który ugruntował progresywno-eksperymentalny wizerunek zespołu. Promował go singiel Silver Machine, który ku zaskoczeniu wszystkich ulokował się na trzecim miejscu brytyjskiej listy przebojów. Sukces piosenki przełożył się na dobrą sprzedaż krążka i możliwość zorganizowania dużej trasy koncertowej. Za mikrofonem stanął Lemmy, gdyż jedynie on był w stanie poprawnie ją zaśpiewać. Wcześniej pojawił się jeszcze trzeci studyjny album Doremi Fasol Latido (1972). Zyskał uznanie fanów i krytyki, choć zwiastował zaostrzenie stylu i przesunięcie akcentów w stronę cięższej, nieco mniej finezyjnej muzyki. Płytę wysoko ocenili recenzenci, docenili ją także fani. Do dziś jest uważana za klasyczny i najlepszy album w całym dorobku Hawkwind. W grudniu 1972 grupa wyruszyła w trasę koncertową pod nazwą Space Ritual. Każdy występ pomyślany był jako prawdziwa space-rockowa opera. Towarzyszyła jej typowo psychodeliczna oprawa. Koncerty stawały się widowiskami. Podobnie jak na występach Pink Floyd, niebagatelną rolę odgrywało oświetlenie, wizualizacje i barwne przeźrocza. Zespołowi towarzyszył mim i tancerki. Fani byli zachwyceni.

Trasę udokumentowała płyta, również zatytułowana Space Ritual (1973). Czwartym studyjnym krążkiem zespołu była płyta Hall Of The Mountain Grill (1974), która w swym tytule nawiązywała do suity Edvarda Griega W grocie króla gór oraz kawiarni przy Portobello Road o nazwie The Mountain Grill. Pomimo znaczących zmian w składzie zespołowi nadal udało się zachować wizerunek ikony space rocka oraz utrzymać kierunek poszukiwań i wysoki poziom, choć krytyka wykazała już znacznie mniej entuzjazmu.

Ostatnim albumem z tego okresu była płyta zatytułowana Warrior On The Edge Of Time (1975). Brzmieniowo zespół wyraźnie okrzepł. Płyta jest przemyślana, a muzycy zdają sobie sprawę ze swych atutów i potrafią je wykorzystać. Już w chwili wydania był to jeden z najlepiej wyprodukowanych albumów Hawkwind, o spójnym i dopracowanym brzmieniu. W 2013 roku płyta została wznowiona w kilku różnych edycjach. Jedną z nich jest wersja składająca się z dwóch CD i jednego DVD. Pierwszy CD zawiera oryginalny stereofoniczny mix z 1975 roku oraz osiem nagrań bonusowych. Drugi to współczesny mix, pieczołowicie opracowany przez niestrudzonego Stevena Wilsona, uzupełniony również o pięć nagrań dodatkowych. Płyta DVD mieści zaś materiał zgrany z taśm master, mix 5.1 oraz mix 96kHz/24-bit. Posiadacze dobrego sprzętu będą w stanie odkryć wszystkie niuanse tego albumu.

W 1976 roku Hawkwind podpisał kontrakt z wytwórnią Charisma. Zespół porzucił dotychczasowe brzmienie, przenosząc środek ciężkości z eksperymentów i poszukiwań na rzecz kompozycji bardziej uporządkowanych. W ciągu następnych dziesięcioleci nagrali jeszcze kilkanaście studyjnych albumów i wiele koncertowych, jednak w mojej ocenie nie dorównywały one tym z początku kariery. Mam na swej półeczce jeszcze płytę Electric Teepee (1992), na której zespół starał się nawiązać do tradycji, sięgając również po materiał ze swego debiutu, ale jednocześnie postanowił zaczerpnąć nieco ze świata ambient i techno. W konsekwencji powstała płyta trochę niespójna, choć momentami naprawdę ciekawa.

Tak czy inaczej Dave Brock zasługuje na słowa uznania, bowiem grupa nadal eksperymentuje nie popadając w rutynę i nie odcinając kuponów od dawnej popularności. W dalszym ciągu muzycy podróżują po kosmicznych bezdrożach, obficie czerpiąc ze świata fantastyki. Widocznie to lubią.

Krzysztof Wieczorek

Autor prowadzi fantastycznego bloga Półeczka z płytami do którego serdecznie zapraszamy!

(Łącznie odwiedzin: 166, odwiedzin dzisiaj: 3)