Trudno mi w sposób klarowny zebrać myśli i nie popadając w chaos opisać, jak odbieram czternasty album Genesis. Prawdę mówiąc, nie sądziłem, że będzie to aż tak trudne. O „We Can’t Dance” mógłbym bowiem napisać przynajmniej dwie recenzje – jedna na wskroś negatywna, podkreślająca jak bardzo zespół odciął się od swoich klasycznych dokonań, jak to koniunkturalnie poświęcił własny wyjątkowy styl na rzecz przyjaznych radiu singli oraz jak niefortunnie złożył sam album – tak pod kontem zawartych na nim kompozycji jak i samej ich kolejności. Druga z recenzji mogłaby z kolei w przesączony optymizmem sposób zwracać uwagę na te elementy, które pokazywały, że Genesis nie zapomniał, co oznacza „prog”,  przypomnieć , jak inteligentnie i świeżo brzmiały wybrane do promocji single oraz jak wspaniale materiał ten został wyprodukowany. Mógłbym z jednej strony ponarzekać, że oddanie sterów Philowi Collinsowi w trakcie prac nad albumem motywowane było wyłącznie chęcią dorównania jego karierze solowej a z drugiej pozachwycać się jego doskonałą formą wokalną.

W obu recenzjach zawarłbym wiele prawdziwych argumentów i uwag, pod którymi mógłbym podpisać się nie tylko ja ale również rzesze fanów zespołu, którzy już od niemal 27 lat prowadzą na ten temat zacięte dyskusje. I chociaż poszczególne elementy składowe recenzji byłyby prawdziwe, to w ogólnym rozrachunku żadna z nich nie ujmowałaby meritum sprawy. Problem z „We Can’t Dance” polega bowiem na tym, że nie jest to płyta oczywista. Jako jedyna chyba spośród wszystkich albumów Genesis miesza ze sobą w jednym kotle doskonałe melodie, inteligentne teksty i zaprawione progiem długie kompozycje z utworami nijakimi, nieprzekonywującymi i błahymi lirycznie. Gdybym jednak został zmuszony aby spośród wszystkich „za” i „przeciw” wybrać dwa grzechy główne albumu to byłyby nimi bez wątpienia nieprzyzwoita długość utworów oraz złe ich ułożenie w ramach płyty.

Na „We Can’t Dance” zespół popełnił bowiem straszliwy i nieprzebaczalny błąd, powtarzany zresztą przez wielu wykonawców ery CD – Genesis postanowili upchać na krążku (tańszym w produkcji od winylu i, co najważniejsze, o wiele pojemniejszym) tak dużo muzyki, jak tylko było to możliwe. Wbrew zdrowemu rozsądkowi i umiarkowaniu. Na płytę trafiły utwory, dla których najlepszym miejscem byłyby B-side’y wydawanych ochoczo przez zespół singli. Miejsca na dysku było jednak pod dostatkiem, w trakcie wspólnych improwizacji Genesis napisało niemało kompozycji. Członkowie zespołu zdawali sobie również sprawę, że „We Can’t Dance” będzie ich pożegnalną płytą. Solowa kariera Collinsa rozwijała się doskonale a jego zainteresowanie Hollywood sprawiało, że dla Genesis miejsca w jego harmonogramie pozostawało coraz mniej. Wszystko to, wzmocnione pięcioletnią przerwą od czasu premiery „Invisible Touch”, spowodowało, że zanikła gdzieś w muzykach umiejętność samokrytycznej oceny prezentowanego materiału.

Ponad siedemdziesiąt minut muzyki nie jest w stanie przykuć uwagi słuchacza o ile nie prezentuje ona absolutnie najwyższego poziomu. „We Can’t Dance”, niestety, do ideału brakowało wiele. Album, tak w roku 1991 jak i obecnie sprawia wrażenie sztucznie wydłużanego, nachalnie wzbogacanego o elementy progresywu oraz zbyt wypchanego miałkimi balladami, które nie pozostawiały w słuchaczu żadnego wrażenia – pal licho, czy miałoby ono być pozytywne czy negatywne. Zbyt dużo wypełniaczy odciąga uwagę od tego, co na płycie najważniejsze.

Nawet dzisiaj, po wielu latach regularnego słuchania „We Can’t Dance” nie potrafię zdobyć się na prostą eliminację tych utworów, które są po prostu nużące. A jestem przekonany, że dzięki niewielkich cięć tu i tam uzyskałbym płytę naprawdę nieprzeciętną a tak spreparowany odsłuch sprawiałby o wiele więcej przyjemności. Za duży mam jednak szacunek do longplay’i, które (moim zdaniem) powinno się poznawać  (i oceniać) w całości – dokładnie w takiej formie w jakiej przygotowali je autorzy. A jednak z największą radością wywaliłbym „Never a Time”, „Tell Me Why”, „Since I Lost You” i, najprawdopodobniej, „Fading Lights”. Pierwsze trzy ze względu na ich przeciętnie pop balladowy charakter.  „Fading Lights” usunąłbym ponieważ w nieudolny sposób, najprostszymi środkami, stara się wzbudzić w słuchaczu uczucie, że Genesis przypomnieli sobie, czego oczekiwali od nich przez te wszystkie lata od „abacab” najwierniejsi fani. Po „Invisible Touch” jasnym było, że czasy progu nie wrócą, dowodzi tego również „We Can’t Dance” a „Fading Lights” sprawia, że płycie jeszcze bardziej brakuje konsystencji. W ten sposób skrócilibyśmy płytę o ponad 22 minuty. Gdybym zresztą nie dał się ponosić sentymentom to pewnie z albumu wyleciałoby również  „I Can’t Dance”  oraz „Living Forever”.

Gdyby nie brak umiarkowania zespołu, „We Can’t Dance” stałaby się przebojowa i chwytliwa – dokładnie w takim stopniu, w  jakim  przebojowym i chwytliwym było „Invisible Touch” – uważane za najdoskonalsze dokonanie pop – rocka lat 80. Bez wodzenia za nos słuchacza, któremu obiecuje się progresywną marchewkę na teleskopowym kijku, wydłużającym się jak tylko biedny osiołek pomyśli, że już, już zaraz zatopi w niej zęby. Myślę, że od czasu rewolucji, jaka nastąpiła w stylu Genesis  lat 80., od czasu „abacab” i „Genesis”, nikt nie spodziewał się po zespole albumu na miarę „Trick of The Tail”, „…and then there were three…” czy tym bardziej „Selling England By The Pound”. Nie było już takich odrealnionych straceńców, którzy zaciskali zęby i oczy z nadzieją na kolejny „Dancing With the Moonlit Knight”. Ta część fanów albo śmiertelnie obraziła się na Genesis albo przywykła już do zmiany. Tymczasem „We Can’t Dance” nie wie do końca czy jest foką czy morświnem. Mamy więc i wymuszony progresyw sprowadzający się do prostego rozwlekania popowych w swej genezie melodii („Driving The Last Spike” czy „Fading Lights”) a z drugiej collinsowskie do bólu ballady pokroju „Hold On My Heart” czy „Tell Me Why”. Mamy tu też inteligentny, rozbudowany i wypełniony treścią pop-rock przyprószony AOR’em, który sprawdza się najlepiej.

Do najjaśniejszych punktów na „We Can’t Dance” należą bowiem te utwory, z których wielu „niedzielnych słuchaczy” zna Genesis najlepiej. Płytę świetnie rozpoczyna emocjonalny „No Son of Mine”. Następnie ironiczne, zgryźliwe ale i przepełnione dobrymi obserwacjami „Jesus He Knows Me” a potem nagle ni stąd ni zowąd progresywne, ponad dziesięciominutowe, „Driving The Last Spike”. Jest to jednak utwór na tyle udany, że można przymknąć oko na jego niezbyt szczęśliwe ulokowanie między dwoma humorystyczno- ironicznymi pop gigantami. Zaraz po nim dostajemy przyzwoite, chociaż kujące po uszach każdego starego fana Genesis „I Can’t Dance” – tym bardziej irytujące, że to od niego właśnie tytuł wziął cały longplay. Z tego względu słuchacz jeszcze mocniej zwraca uwagę na kompozycję, która (abstrahując od jej przebojowości) nie był niczym więcej jak pastiszem i żartem. Mi to nie przeszkadza – wolę taką formę zabawy niż obrzydliwe „Who Dunnit” czy „Ilegal Alien” z poprzednich płyt („abacab” i „Genesis”).  Następnie nijakie „Never a Time” i kolejna perła, czyli „Dreaming While You Sleep” wyróżniające się przejmującym tekstem Mike’a Rutherforda.  Pozostała część płyty wymyka się głębszej refleksji. Jeżeli podejdziemy do utworów takich jak „Living Forever”, „Tell Me Why” czy „Fading Lights” jako do osobnych, niezależnych od całości kompozycji – wówczas na pewno odnajdziemy w nich elementy pozytywne czy nawet intrygujące. Niestety, jako całość nie sprawdzają się najlepiej. „We Can’t Dance” nie jest bowiem albumem w sensie dosłownym – jest luźnym zbiorem utworów, których przyswojenie w całości jest bardzo trudne. Płyta po prostu się rozłazi. Przez większość czasu sprawiają wrażenie kolejnego solowego dokonania Phila niż albumu, do którego potrzeba było talentu trzech indywidualności…

A jednak pomimo wcześniejszych uwag „We Can’t Dance” ma w sobie jakiś niezaprzeczalny urok. Słuchanie jej to jak spotkanie po latach z dobrym znajomym. Być może nie mamy sobie obecnie zbyt wiele do zaoferowania, ale miło spędzamy czas wspominając dawne lata. „We Can’t Dance” to jak powrót do wspomnień o wielkim niegdyś zespole, który wciąż ma gdzieś w sobie tą iskrę wyjątkowości, przykrytą jednak pod gęstą warstwą popowego lukru. Nie na tyle jednak gęstą aby przebicie się przez nią powodowało torsje żołądka. Cenię sobie „We Can’ Dance” ale nie mogę uznać jej za udaną.

 

Kuba Kozłowski, Ocena: 3++

CZY CHCIELIBYŚCIE ZOBACZYĆ MUZYKĘ Z BOCZNEJ ULICY W POSTACI TRADYCYJNEGO, DRUKOWANEGO KWARTALNIKA?

Drodzy miłośnicy wspaniałej muzyki – niemodnej, niegranej, niepopularnej. Muzyki zbyt ambitnej na mainstream. Muzyki już zapomnianej i odchodzącej do lamusa – czy Wy też uważacie, że na Polskim rynku brakuje pisma muzycznego skierowanego bezpośrednio do Was? Spełniającego wasze potrzeby? Pisma, które nie ustawałoby w próbach przybliżenia wam muzycznych perełek z przeszłości bądź skierowania uwagi na nowe, dotąd nieznane twórcze alejki?

Wesprzyj nasz projekt! Przekazując datek na Pomagam.pl

(Łącznie odwiedzin: 75, odwiedzin dzisiaj: 1)