Bardzo długi okres czasu moim absolutnym faworytem wśród płyt Blue Öyster Cult pozostawał niezwykły „Agents of Fortune”. Nie byłem w tej sympatii odosobniony – „(Don’t Frear) The Ripper” jest najbardziej znanym, najbardziej popularnymi i charakterystycznym utworem zespołu. Właściwie nie sposób mówić o BOC bez wspomnienia „The Ripper” – co  zresztą sam potwierdzam – a wspominając Rippera trzeba wspomnieć o „Agents of Fortune”.

Tak po prostu musi być. Była to bowiem nie tylko najważniejsza płyta dla zespołu ale również w pewnym stopniu jego przekleństwo. Zespół po sukcesie singla zaprzestał poszukiwań swojej dziwnej, mało popularnej ale intrygującej drogi rozwoju, kosztem ciągłego, trudnego do zniesienia i desperackiego poszukiwania hitowego singla. Stąd „Godzilla”, stąd „The Marshall Plan” czy bliźniacze „Burning For You” i „Take Me Away”. W międzyczasie zespół tak mocno nastawił się na fabryczną niemal produkcję hitów, że nie zauważył, iż nagrał album który właściwie w całości składał się z potencjalnych radiowych przebojów. Mowa o genialnym albumie „Fire of Unknown Origin”, którym to zespół z przytupem rozpoczął na dobre lata 80. Przystawką był udany „Cultösaurus Erectus”, butelką dobrego szampana „Fire of Unknown Origin”, urwanym filmem „Revölution by Night” a kacem gigantem “Club Ninja” – ale jest to temat na zupełnie inny tekst.

Na razie zostajemy w roku 1981, kiedy płyta „Fire of Unknown Origin” trafiła do sklepów. Poprzedni longplay pokazywał, że zespół podnosi się po niezbyt udanym „Mirrors”. Blue Öyster Cult dał również wówczas jasno do zrozumienia, że nadal potrafią zaskakiwać i nie stracili wiele ze swojej dziwności z okresu trzech pierwszych albumów – co najwyżej odrobinę ją przytemperowali. Gładka produkcja, doskonałe wyczucie kompozycji i świetne instrumentarium to oczywiście zasługa zespołu i jego pop-rockowego zacięcia.  Ale odpowiedni kierunek nadał im Martin Birch. Producent, który nie bez powodu okaże się jednym z najbardziej rozpoznawalnych i pożądanych wizjonerów kolejnych dekad w historii rocka. O ile Murray Krugman, któremu zawdzięczamy niezwykłość „czarno-białej” trylogii potrafił wydobyć z BÖC ten typowo psychodeliczny element i na jego bazie skonstruować cały obraz zespołu, to Krugman robił to przy biernej zgodzie zespołu, a nie za jego aprobatą. Blue Öyster Cult na etapie swojego debiutu postanowili oddać się pod skrzydła przedstawicieli nowojorskiej bohemy literackiej, korzystać z jej pomysłów, adoptować teksty i na jej bazie stworzyć mitologie zespołu – nawiązania do kultu, odwrócony symbol Kronosa i niepokojące, częstokroć pozbawione sensu ale bawiące się słowem teksty Pearlmana i Meltzera, dziennikarzy legendarnego czasopisma „Crawdaddy”.

To jednak Birch pokazał im, jak można trafić do młodych, spragnionych dobrego rocka fanów. „Agents Of Fortune” był płytą bardzo mocno osadzoną w stylistyce lat 70. z jego zwiewnymi melodiami, harmoniami wokalnymi, chórkami i mocno beatlesowską melodyką. „Spectres” to wyraźne poszukiwanie następcy dla „(Don’t Fear) The Ripper”, „Mirrors” lekkie zagubienie. Dopiero „Cultösaurus Erectus” i, przede wszystkim „Fire of Unknown Origin” postawiły zespół na nogi. I to w fenomenalny sposób! O ile „Erectus” ma jeszcze kilka słabszych momentów, to „Fire” jest po prostu jednym niekończącym się singlem. Każdy niemal utwór z tej płyty powinien zostać przebojem a przynajmniej nie schodzić z gramofonów radiowych prezenterów. Jako, że mamy do czynienia z Blue Öyster Cult – jednym najbardziej, kryminalnie wręcz, niedocenianych formacji w historii rocka – nic takiego oczywiście nie miało miejsca. I jest to dla mnie niepojęte. Jeżeli mają Państwo w swojej kolekcji ten album to proszę go wziąć teraz do ręki. Popatrzmy na track listę: zaczynamy z kompozycją tytułową datującą swój początek jeszcze na czasy „Agents of Fortune” – chętni do posłuchania oryginalnej wersji znajdą ją na wydaniu Agentów z roku 2001. Na „Fire of Unknown Origin” trafiła jednak diametralnie zmieniona, przekształcona i wzmocniona tajemniczym pierwiastkiem pseudo sience fiction. Zresztą cały album przesycony jest nastrojem cyber-punka, fantastyki apokaliptycznej i klimatem niczym z Mad Maxa. Jest to jedyna znana mi płyta, która tak doskonale pasowałaby jako soundtrack do jakiegokolwiek ambitnego, ale niskobudżetowego filmu sci-fi lat 80. Idziemy dalej – drugi na płycie „Burning For You” to już doskonała niemal podręcznikowa hard rockowa ballada o zacięciu AOR’owskim. To, że nie trafia ona do dzisiaj do playlist radiowców pokazuje dobitnie, że po prostu w większości nie chce im się szukać głębiej niż pierwsza warstwa gruzu, okupowana przez gigantów pokroju AC/DC czy Led Zeppelin.

„Veteran of The Psychic Wars” trafiło z kolei na ścieżkę dźwiękową animowanej wersji legendarnego „Heavy Metal” (to do tego filmu Black Sabbath przygotowało również utwór „Mob Rules”) i tam też miał znaleźć się piąty na track liście „Heavy Metal: The Black And Silver” czy „Vengance (the Pact)” ale nie zdobyły one aprobaty producentów. I jest to po prostu karygodna decyzja niezbyt znających się na muzyce decydentów – „Heavy Metal” należy bowiem do najlepszych utworów na płycie i tak już po brzegi wypełnionej hitami. Co ciekawe sam utwór „Veteran of The Psychic Wars” nie miał z fabułą filmu nic wspólnego a powstał dzięki współpracy z pisarzem sci-fi Michaelem Moorcockiem. W międzyczasie na płycie pojawia się jednak  „Sole Surviovor” i pomimo całej mojej sympatii do tej kompozycji muszę przyznać, że na tle konkurencji wypada odrobinę blado. Co nie znaczy, że źle! Ponownie mamy tu do czynienia z typowo post-apokaliptyczną historią napisaną w ciekawy chociaż odrobinę naiwny sposób. Cały efekt psuje jednak odrobinę zbyt pastiszowy refren. „Vengence (The Pact)” to powalający klimat i ciekawe rozwiązania wokalne i chociaż kompozycja może nie przebija się na tle „Heavy Metal” to sama w sobie prezentuje bardzo wysoki poziom. Podobnie „After Dark”, która sprawia wrażenie mocno zanurzonej w stylistyce lat 80. Można to lubić albo nie, ale nie da się nie docenić faktu, że „After Dark” mogłoby trafić do repertuaru wielu bardziej znanych twórców od Blue Öyster Cult (na myśl przychodzi mi tu Billy Idol czy Alice Cooper) i w ich repertuarze również by się wyróżniała.

Dwa utwory o bardziej progresywnym zacięciu zostały nam na sam koniec. Oczywiście nie znajdziemy tu niczego, co przypominać może wczesny Genesis czy King Crimson, ale w utworach „Joan Crawford” i przede wszystkim „Don’t Turn Your Back” słychać echa twórczości Alan Parsons Project. Szczególnie utwór kończący album ma w sobie tą charakterystyczną dla Parsonsa nutkę melancholii podszytej delikatnym, inteligentnym rockiem.

Płyta się kończy a ja zachodzę w głowę, jak to się stało, że przeglądając jakiekolwiek zestawienie najlepszych płyt rockowych lat 80. nie znajdziecie „Fire Of Unknown Origin” nawet na najodleglejszym miejscu rankingu. I nie ważne, czy zestawienie przygotuje The Rolling Stone, AllMusic czy Loudwire. „Fire of Unknown Origin” zdaje się być tego typu perełką muzyczną, która posiadała wszystko, aby przebić się do mainstreamu – nie odpychała przesadnym skomplikowaniem kompozycyjnym, nie została nagrana przez zespół na dorobku, który rozpadł się zaraz po jej opublikowaniu, nie przeplatała słabego materiału z tym genialnym. Ósma płyta Blue Öyster Cult po prostu nie zdołała się przebić wbrew znakom na ziemi i niebie, które musiały zwiastować jej sukces. Bez wątpienia znaczenie miała tu łatka dziwaków przypięta zespołowi po trzech pierwszych płytach oraz fakt, że żadna z kompozycji przygotowanych przez zespół na późniejszych płytach sama w sobie nie mogła przebić sukcesu „(Don’t Fear) The Ripper”. Każdy kto uzna jednak, że nic poza „Agents of Fortune” nie jest mu od Blue Öyster Cult potrzebne straci naprawdę doskonałą porcję muzyki, która chociaż nie zrewolucjonizowała przemysłu muzycznego lat 80. to miała przynajmniej bardzo duży potencjał by wejść do grona albumów kultowych. Udało się to połowicznie: ci, co znają płytę wynoszą ją pod niebiosa. Ci, którzy jej nie znają, nie wyrażają chęci by tą sytuację zmienić. Być może pozycje Blue Öyster Cult poprawił odrobinę sukces serialu „Nie z tego świata” w którym podobno wykorzystano spore partie muzyki nowojorczyków (nie wiem, nie oglądałem) ale moim zdaniem zespół ten zasługuje na wiele więcej niż tylko rola zapychacza tła w jakiejś telewizyjnej produkcji. Posłuchajcie „Fire of Unknown Origin” a zrozumiecie dlaczego.

Kuba Kozłowski, Ocena: 5

CZY CHCIELIBYŚCIE ZOBACZYĆ MUZYKĘ Z BOCZNEJ ULICY W POSTACI TRADYCYJNEGO, DRUKOWANEGO KWARTALNIKA?

Drodzy miłośnicy wspaniałej muzyki – niemodnej, niegranej, niepopularnej. Muzyki zbyt ambitnej na mainstream. Muzyki już zapomnianej i odchodzącej do lamusa – czy Wy też uważacie, że na Polskim rynku brakuje pisma muzycznego skierowanego bezpośrednio do Was? Spełniającego wasze potrzeby? Pisma, które nie ustawałoby w próbach przybliżenia wam muzycznych perełek z przeszłości bądź skierowania uwagi na nowe, dotąd nieznane twórcze alejki?

Wesprzyj nasz projekt! Przekazując datek na Pomagam.pl

(Łącznie odwiedzin: 41, odwiedzin dzisiaj: 1)