Płyta „Left Hand Path” była jedną z pierwszych kupionych za moje pieniądze. 🙂 Ale naprawdę nie tylko wzgląd na sentyment do tego wydawnictwa każe mi uważać ten album za jeden z najlepszych w gatunku metalu śmierci rodem z Europy. To definicja klasycznego albumu death metalowego. Debiut Entombed „Left Hand Path” jest uosobieniem doskonałej płyty. Jest brutalny, ciężki, mroczny i… krwawy. Zacznijmy od okładki. Jest niesamowita. Ciemne, makabryczne obrazy doskonale zapowiadają muzykę, która tkwi wewnątrz. Seagrave namalował wiele świetnych obrazów, ale ten jest w mojej trójce ulubionych, jeśli nie nawet jego najlepszym w historii obok „Altars of Madness”.

Istnieje wiele sporów na temat Entombed; niektórzy fani podzielili się między wielbiących stare wcielenie kapeli („Left Hand Path” i „Clandestine”) i nowszy Entombed (od „Wolverine Blues” poczynając). Lubię oba style, ale zdecydowanie wolałabym słuchać jedynki i dwójki niż „Wolverine Blues” czy „To Ride…”. Nie to żeby te późniejsze albumy były okropne, ale po prostu nie dorównują klasycznemu szwedzkiemu death metalowemu stylowi wczesnego Entombed. Inna sprawa, że Szwedzi nigdy nie nagrali słabej płyty i zawsze byli krok do przodu przed innymi. Death ‘n’ Roll, to jakby nie patrzeć, ich wynalazek. Wracając do „ścieżki lewej ręki”… Nie mogę znaleźć ani jednej złej rzeczy na tym albumie. Mogę to oczywiście powtórzyć 666 razy i nadal niestrudzenie będę machać głową oraz straszyć rogami. 😉 Nie potrafię się „zmęczyć” tym krążkiem. Nie ma tu żadnego majstrowania przy samplach, sprzężeniach zwrotnych, żadnych akustycznych intro, po prostu death metalowy wir! Najlepiej słuchać tej płyty na jednym posiedzeniu, jako całości, zamiast rozdzielać ją utwór po utworze. Każda piosenka wydaje się suto karmić ucho. Są bardziej subtelne momenty, jak w utworze tytułowym, ale to tylko wzmacnia brutalność tego sonicznego ataku! Jest szybko i na temat, są świetne riffy i chwytliwe refreny.

Niesamowite riffy są zaakcentowane tym charakterystycznym sztokholmskim brzmieniem, wypracowanym przez Tomka Skogsberga, mroczną atmosferą i doskonałymi piosenkami. Płytę otwiera opętańczy krzyk L-G Petrova (trzymamy kciuki, by jak najszybciej wrócił do zdrowia!), po którym zaczyna się naprawdę brutalna jazda, ustępująca miejsca dopiero w 3. minucie i 54. sekundzie tytułowego numeru charakterystycznemu motywowi z horroru Dona Coscarellego „Phantasm” z 1979 roku. Tak, to ta niepokojąca i piękna zarazem melodia, którą wszyscy mamy w pamięci, gdy tylko raz ją usłyszymy. Ktoś może powiedzieć, że album wydany w 1990 roku to nie taka świeżynka, bowiem na metalowym rynku muzycznym panowało już spore zamieszanie, a konkurencja była ogromna. Jasne, Possessed, Death, Morbid Angel i kilka innych zespołów wydało wcześniej swoje klasyczne albumy, ale to właśnie wtedy death metal stał się naprawdę potężnym podgatunkiem metalu, z którym należało się liczyć. Każdy z osobna miał swój własny styl i własną produkcję oraz wiążące się z nią brzmienie. Żadne death metalowe albumy z tamtego czasu nie brzmiały podobnie. Nie zapominajmy też, że Entombed przez dobre dwa lata tułał się w podziemiu jako Nihilist i napisał sporo materiału, który dziś możemy kupić w postaci dwóch oficjalnie wydanych kompilacji, a który trafił w dużej mierze na „Left Hand Path” i nieco mniejszej na „Clandestine”. Smaczku dodaje fakt, że basistą Nihilist był Johnny Hedlund, znany lepiej z innej kapeli zaliczanej do szwedzkiej wielkiej czwórki death metalu czyli Unleashed. 🙂 Demo „Only Shreds Remain” wydane jeszcze pod szyldem Nihilist sprawiło, że oczy fanów death metalu zwróciły się w kierunku chłodnej Skandynawii. Zostało ono okrzyknięte w podziemiu arcydziełem, a wieść o tym, że Szwecja dostarczyła światowej klasy pretendenta do miana mistrzów ciężkiego łojenia, szybko rozprzestrzeniła się po całym świecie. Po jego wydaniu do kapeli dołączył Uffe Cederlund znany z kolei z Morbid, w której ostro mieszał z niejakim Deadem, późniejszym jedynym słusznym wokalistą Mayhem. 😉 Zresztą L-G też przez pewien czas pogrywał w Morbid na… perkusji. Trochę to zakręcone, ale tacy to byli wariaci głodni grania. 😉 W tym momencie misiek Metalion ze słynnego „Slayer Magazine” zwrócił się do zespołu z prośbą o wzięcie udziału w składance z trzema rozwijającymi się brytyjskimi zespołami (Carcass, Bolt Thrower i Paradise Lost), która miała być pierwszym wydawnictwem w jego wytwórni Head Not Found. Wskutek różnic personalnych z Hedlundem Nihilist zakończył działalność, by po kilku miesiącach powrócić jako… Entombed. Piszę o tym, by część fanów, nie znających tej historii, miała świadomość, że zespół nie wziął się znikąd a jego droga na szczyt, jak to zwykle bywa, należała do dość wyboistych.

Na tym albumie dominują gitary. Krążek jest znany z tego, że definiuje styl szwedzkiego death metalu, będąc pierwszym albumem studyjnym, na którym zastosowano tzw. gitarowe brzmienie „buzzsaw”. Pomysłodawcą tego jazgotu był gitarzysta Nihilist Leif „Leffe” Cuzner. O tak, brzmienie jest boskie, a riffy zmieniają się często, mając coś z thrashowej estetyki. Inna rzecz, że wiele rock and rollowych akcentów jest tu wyczuwalnych, co jednak nie powinno odrzucać purystów death metalowych, bo według mnie zwiększa to żywiołowość albumu. Jeśli ktoś lubi death metal z fajnym groovem, powinien koniecznie posłuchać tej płyty. Oczywiście uwaga ta odnosi się do początkujących fanów metalu, bo starzy wyjadacze znają go na pamięć. Odsłuch tej płyty ujawnia mi za każdym razem aspekt, który mną wstrząsnął już po pierwszych przesłuchaniach: przerażającą atmosferę przypominającą horror. Odpowiadają za to gitary i wokal. Hellid i Cederlund wydają z siebie ciężkie deathowe riffy (a ze względu na ich charakterystyczny gitarowy ton jest w nich wpisane poczucie obecności namacalnego zła). Jest też mnóstwo opętańczych gitarowych pasaży i solówek. Większość riffów jest świetna, a szczególnie godne uwagi są „Drowned”, „Supposed to Rot”, „Morbid Devourment”, „Carnal Leftovers” czy „Premature Autopsy” i „But Life Goes On”.

Część tego, co sprawia, że „Left Hand Path” jest to, czym jest, to produkcja, której najlepiej doświadczyć z dobrej jakości parą słuchawek, bo to one pozwalają naprawdę uchwycić gruby, ciężki bas. Miks uwydatnia „piaskowe” gitary, co czyni je leitmotivem albumu. Obaj gitarzyści wykonują świetną robotę, riffowanie jest doprawdy niesamowite. Są momenty szybkiej agresji, jednak przeważa spora liczba wolniejszych, ciężkich sekcji groove. W każdym riffie jest coś, co zostaje w naszych mózgach.

Nieważne, jak bardzo wszystko wokół mnie się zmienia; życie, świat, a nawet muzyka metalowa… Albumy takie jak „Left Hand Path” pozostają genialne i doskonałe. Tak, zdecydowanie ten longplay jest skończenie świetny. Brzmi piekielnie straszliwie, jest mroczny i agresywny. Jest tu szybko, ale z dużą różnorodnością zmian temp i ten klasyczny D-beat, który wywodzi się o zespołów Amebix, Discharge czy Autopsy! Tak narodził się szwedzki death metal – pojawił się „Left Hand Path” i już nic nie było takie samo! Nie mogę uwierzyć, że minęło tyle lat, odkąd został wydany i że wciąż brzmi tak świeżo, tak niesamowicie i jest tak wpływowy, teraz dla nowej generacji zespołów death metalowych (Feral, Lik, Endseeker, Corrosive Carcass, Sentient Horror, Carnation, Pyre i wielu, wielu innych). To właśnie nazywa się „kultową / klasyczną płytą”! Żadna kolekcja nie może być nazwaną kompletną bez „Ścieżki Lewej Ręki”.

Monika Nowacka

Kliknij na obrazek jeżeli jesteś zainteresowany ofertą!

(Łącznie odwiedzin: 87, odwiedzin dzisiaj: 3)