„Niektórzy rodzą się do słodkiej rozkoszy, niektórzy rodzą się do bezkresnej nocy”
~W. Blake, „Wróżby Niewinności”

Kalifornijska plaża, chłód bryzy koi fale bijącego gorąca. Świat zmienia się dynamicznie, diametralnie. Brit-Pop zaszczepił się w kulturze amerykańskiej. Giną prezydenci, wojna w Wietnamie zbiera swe żniwo. Niektórzy ludzie, niektóre rzeczy trafiają idealnie w swoją epokę. Rozpoczyna się rewolucja seksualna. Ludzie w młodym wieku wychodzą, wręcz uciekają na ulice sprzeciwić się normom narzucanym przez rząd. Powstaje ruch oporu przeciw rasizmowi, szablonom dotychczasowej moralnośc oraz ogromna wrażliwość żądająca wolności.

Pewnego dnia, na plaży, spotyka się dwóch znajomych z wydziału filmowego Uniwersytetu Kalifornijskiego. Jednym z nich jest klawiszowiec, kształcony w muzyce od dzieciństwa, człowiek o dość profesorskiej charyzmie. Drugim jest filozof i poeta. Z tego spotkania rodzi się zespół grający szeroko rozumianą muzykę, którego nazwa bierze się z cytatu Williama Blake’a: „Jeśli drzwi percepcji zostaną oczyszczone, każda rzecz objawiłaby się taką, jaką jest; nieskończoną” – The Doors.

Mimo lekkiej różnicy wieku oraz ich charakterów, doskonale rozumieją się w sztuce. Jim po rzuceniu studiów chwilowo wyjechał do Nowego Jorku, jednak nie adaptując się, wyjeżdża do Kaliforni. Podczas spotkania na plaży rozmawiają o kierunkach ich żyć, które jednak trochę różniły się od zamierzeń uniwersytetu. Ray, słysząc wiadomość, że Jim realizuje się pod kątem muzycznym i pisarskim, prosi go o zaśpiewanie którejś piosenki z jego repertuaru. Jest to „Moonlight Drive”. Ray jest pod wrażeniem wrażliwości i wyczucia tego, co poznał, chce uczestniczyć w tworzeniu tego, co zostało mu przedstawione. Podczas pierwszych prób zaprasza swoich znajomych z ćwiczeń medytacji – John’a Densmore, perkusistę, oraz Roberta Krieger (także studiującego na Uniwersytecie Kalifornijskim), który został gitarzystą. Klawisze oraz linie basowe były grane przez Ray’a, a wokalistą był Jim. Teksty, które pisali, były podpisywane pod The Doors jako pod zespół, nie pojedyncze osoby.

A jednak płyty formacji nie zlewają się w jedną bezkształtną masę, co nieraz stanowi bolączkę grup pozostających wiernymi narzucanych sobie ograniczeń stylistycznych. Bez wątpienia „Lost Ghosts” jest płytą cięższą, bardziej monumentalną i odrobinę trudniejszą w odbiorze od debiutu. Takie w każdym razie odnoszę wrażenie, bo celowo postanowiłem nie wracać do „Rituals” przed napisaniem tej recenzji. Utwory są dłuższe, cięższe, o bardziej progresywno-psychodelicznej fakturze, równocześnie bardziej stonowane od tych, które trafiły na debiut. Muzyka z „Lost Ghost” wydaje mi się bardziej „szlachetna” i wyrafinowana od tej, która trafiła na poprzedniego longplaya. Nie brakuje tu jednak ciepła i melodii, co słychać w otwierającej płytę „Portal” (szczególnie linia melodyczna gitary wygrywana na tle przesterowanego riffu). Podobnie jest w przypadku kompozycji tytułowej, którą rozpoczyna iście Black Sabbathowski riff aby następnie powoli ale z siłą walca sączyć się do ucha słuchacza. Specyficzny klimat całości w dużej mierze wynika ponadto z działań wokalisty, korzystającego z niemal plemiennych zaśpiewów. Wprowadza on element oddechu do kleistej formy instrumentalnej. Wpływy Sabbatów, stanowiące punkt wyjścia dla utworu zostają rozmyte, przekształcone i przetrawione przez indywidualizm muzyków. I powstaje nowa jakość. Tak właśnie powinno tworzyć się muzykę – bez rezygnowania z klasycznych wpływów, ale patrząc przed siebie.

Inspiracje muzyczne znajdowali w wielu rzeczach – od swoistej psychedeli, przez indyjską ragę czy hiszpańskie flamenco, jazz, blues po chicago blues. Początkowo Jim nie miał odwagi na scenie. Podczas wczesnych koncertów zdarzało mu się stać plecami do publiczności. Kiedy już się przełamał, świat ujrzał jego charyzmę. Lecz to nie oznacza, że od razu zdobyli sławę. Dzięki znajomej zespołu, na ich koncerty dwukrotnie przyszedł Paul Rothchild, producent wytwórni muzycznej Electra Records. Pierwszy koncert nie przypadł mu do gustu; uznał go wręcz za słaby, lecz dał się namówić na kolejny.

Kolejny koncert, w roku 1966 w klubie Whisky a Go Go został w pierwszej połowie zagrany bez udziału Jima. Na drugim secie udało się go przyprowadzić z mieszkania, gdzie znaleźli go pełzającego po podłodze i bełkoczącego o „10mg kwasu”. To ta noc była przełomowa. Zespół zagrał piosenkę „The End”, którą zwykle grywali pod koniec. Przez motyw Edypowski w środku tekstu, brzmiący: „Ojcze. Tak synu? Chcę cię zabić. Matko… Chcę cię… Pieprzyć całą noc”, zostali wyrzuceni przez właściciela klubu z zakazem grania późniejszych koncertów w ich lokalu. Tracąc tę możliwość zyskali kontrakt z wcześniej wspomnianą wytwórnią Elektra Records. Tylko ostatni album nie został zrealizowany z E.R. (lecz o tym później), z którego to wyszedł utwór Light My Fire, napisany przez Robby’ego, jako swoiste zadanie dla każdego, zadane przez Jim’a, który lekko oburzył się na to, że tylko on pisze teksty. Krieger spytał Jima o to, o czym powinna być piosenka, na co ten odpowiedział, żeby była czymś uniwersalnym, co nie zniknie w ciągu dwuch lat. Czymś, co każdy może indywidualnie zinterpretować. Gitarzysta, trafiając w temat tekstów Morrisona napisał piosenkę, wzorując się na żywiołach, z lekkim akcentem na „Play With Fire”, Stones’ów. Skomponował linię gitarową. Jim wprowadził do tego swoje zmiany. Ray stworzył rytm na organach. Piosenka trafiła na sam szczyt list przebojów i utrzymywała się tam przez długi czas.

Kontrowersją wobec tego jest oczywiście występ w The Ed Sullivan Show, gdzie zostali poproszeni o wycięcie słowa „higher”, w kontekście „If I was too sain to you, girl we couldn’t get much higher”. Można odbierać to po swojemu, lecz raczej trafiało w sens piosenki. W filmie O. Stone’a pt. „The Doors” scena została zagrana tak, jakby słowa zostały wypowiedziane z premedytacją. Jeden ze szczegółów.

Waiting for the Sun (1968), był albumem, gdzie znajdziemy dzieła i swego rodzaju plagiat. Zaczynając od plagiatu, piosenka pt. „Hello, I Love You” ma być wycięta z piosenki The Kinks „All Day and All of the Night”. Mimo to, poznamy smaki The Doors, tutaj mieści się „Spanish Caravan”, gdzie linią melodyczną jest przede wszystkim gitara Robby’ego, którego flamenco jest wciąż inspiracją dla muzyków, perkusja John’a i deszcz nut grany w tle przez Ray’a. Jim śpiewa, jakby owładnięty białą gorączką zdobycia Andaluzji i bezwiednie szukając zaginionego złota. Warto też zwrócić uwagę na piosenkę „Yes, the River Knows”, która została napisana przez Kriegera jako swoisty list. Album kończy się na „Five to One”, gdzie pijaństwo Jim’a świetnie wyszło na nagraniu.

Soft Parade, 1969 były swoistą klęską The Doors. Jim miał dość. Dla niego to szło w złą stronę, był w załamaniu, jak cały zespół. W Miami zostaje pierwszym w historii muzykiem aresztowanym na scenie (choć z drugiej strony ja myślę, czy nikogo wcześniej nie ściągali). Sąd oskarża go o sprośne i lubieżne zachowanie w miejscu publicznym poprzez obnażanie się, symulację masturbacji i seksu oralnego. To dość zniszczyło reputację zespołu. Od tamtego czasu często odmawiano im grania koncertów, lub też podczas koncertów musiała obowiązkowo uczestniczyć policja.

Rok później dopiero zespół znów poprawił się w opinii publicznej, wydając bardziej żywy, radosny album „Morrison Hotel”, gdzie pojawiają się ballady w nowych stylach. „Peace Frog” mówi o rozlewach krwi na ulicach. Indian Summer brzmi wcześniej wspomnianą ragą, sentymentem i byciem. Jednak ponura atmosfera w zespole nie uspokoiła się. Teraz każdy w zespole żył swoim życiem. Jim był już od dłuższego czasu zmęczony byciem gwiazdą, chciał już od dłuższego czasu zakończyć karierę muzyczną. Już w 1969 zapuścił brodę, był wręcz nie do poznania w porównaniu do czasów, w których był ikoną szamaństwa.

Nagrywanie ostatniego albumu, „L.A. Woman” poszło dość gładko, sam album ponowił dawne rekordy zespołu oraz spotkał się z ciepłą oceną krytyków. Lecz Jim miał sekret. Sama płyta była swoistym pożegnaniem się Jima, zawierała wiele konkretów (Od żula Morrisona, po charyzmatycznego Króla Węży). Riders on the Storm

Riders on the Storm to esencja twórczości The Doors, od początku do końca. To niczym list pisany przez wokalistę, który wie, że odchodzi, kiedy cały zespół o tym jeszcze nic nie wie. Jest tajemniczy, mroczny, lecz barwny, przechodzi od silnej burzy przez łagodną mżawkę w słoneczny dzień. Jeźdźcy w burzy, to piosenkoobraz, który można zrozumieć na wiele sposobów. Posiada ułożoną, spokojną linię, która właśnie przyprawia o ciarki, w tle słychać słowa Jima wypowiadane przezeń szeptem. Nagrywając tę piosenkę, która była ostatnią nagraną przez The Doors przed śmiercią Jima, on wiedział, że wyjeżdża do Paryża. Tylko on znał klimat, który został wpisany w tę piosenkę przez cały zespół.

Ostatnią osobą z zespołu, z którą kontaktował się wokalista był John Densmore. John nie był przychylny temu, by dalej tworzyć The Doors z Jimem. Jim umarł w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach, przez zawał serca, atak astmy lub cokolwiek innego, co do końca jest wciąż niewiadome. Został pochowany 6 lipca 1971r. na cmentarzu Pere-Lachaise w Paryżu. Pośród wielu artystów został tam także pochowany jeden z jego ulubionych poetów, Oscar Wilde.

Wojciech Dudek

NAJLEPSZE BIOGRAFIE THE DOORS KUPISZ TUTAJ

(Łącznie odwiedzin: 66, odwiedzin dzisiaj: 1)