Dismember mający dzisiaj bezdyskusyjny status legendy szwedzkiego death metalu w pierwszych latach swego istnienia był formacją trochę pechową. Choć został założony jeszcze w drugiej połowie lat 80-ych, swój debiutancki krążek wydał dopiero w 1991 r. po ukazaniu się legendarnego debiutu Entombed. Było to spowodowane zaangażowaniem części członków zespołu w działalność równie legendarnego Carnage. Dopiero po rozpadzie tej kapeli ekipa Mattiego Karkiego skończyła nagrywanie swojego debiutu wydając go prawie rok po debiucie swojej największej konkurencji. W związku z tym w pierwszej połowie lat 90-ych XX wieku „Like An Ever Flowing Stream” a także kolejne albumy Szwedów były przez wielu fanów uważane za epigońskie w stosunku do twórczości Entombed i dopiero w XXI wieku zdobyły należyty szacunek. Dla odmiany współcześnie jedynka Dismember bywa uznawana za najlepsze osiągnięcie klasycznego, szwedzkiego death metalu, ponad dziełami Entombed czyli innych grup. Przyznać trzeba, że zachwyty nad nią są uzasadnione.

Debiut Dismember to bowiem archetypiczny przykład, jak grać rasowy szwedzki death metal. To muzyka oparta na chropowatym, „wiertarkowym”, brzmieniu gitar, wyrazistej grze furkoczącego basu, szybkiej, technicznej, perkusyjnej nawalance bez blastów oraz krzykliwym, ocierającym się o growling, oryginalnym wokalu Mattiego Karkiego. Dźwięki utrzymane są w większości w dzikich, szybkich tempach ale też z konkretnymi zwolnieniami oraz sporą dawki melodii i chwytliwości, sprawiających, że sporo ich fragmentów bardzo szybko zapisuje się w pamięci słuchacza. Wymienione elementy można również znaleźć na pierwszych dwóch albumach Entombed a podobieństwo obu grup ma również takie uzasadnienie, że w sesji „Like An Ever Flowing Stream” wziął też udział Nicke Andersson, grając w tym przypadku na gitarze solowej. I trzeba przyznać, że jego bardzo melodyjne, pełne emocji solówki, przypominające trochę styl Grega Mackintosha z Paradise Lost stanowią jeden z największych atutów debiutu Dismember.

Od dokonań wcześniej debiutujących kolegów ekipę Mattiego Karkiego odróżniają trzy elementy. Po pierwsze większa wściekłość i agresywność muzyki, która częściej a przy tym dość niespodziewanie potrafi wchodzić w bezkompromisowe, nawalankowe rejony. Drugim są skłonności do kombinowania ze strukturami utworów, których w przeciwieństwie do Entombed nie oparto na klasycznych, zwrotkowo-refrenowych schematach. Muzyka Dismember jest bardziej ambitna, techniczna i trudniejsza w odbiorze a jej przyswojenie wymaga większego zaangażowania uwagi słuchacza. Na „Like An Ever Flowing Stream” nie ma też za wiele prostego i brudnego riffowania spod znaku Celtic Frost, za to pojawia się więcej technicznego wywijania na gitarach i spore dawki melodii, nie niszczących przy tym brutalnego charakteru muzyki, co miało stać się w przyszłości źródłem inspiracji dla licznych zespołów z kręgu melodyjnego death metalu. Klasycznie dla Szwecji zostało za to potraktowane brzmienie, sprokurowane przez Tomasa Skogsberga w jego słynnym Sunlight Studio i odznaczające się dużą surowością, niskim strojeniem gitar, podkreśleniem brzmienia basu i ciężkiej perkusji a zwłaszcza znajdującego się na pierwszym planie werbla. Oldschoolowa produkcja tworzy niepowtarzalny klimat całości, pełen mrocznych, skandynawskich barw i jesienno-zimowego klimatu, odległego o lata świetlne od dokonań ówczesnych topowych, amerykańskich grup death metalowych.

Jeśli chodzi o poszczególne utwory na debiucie Dismember największe wrażenie robią te skrajne a więc zarówno najdłuższe jak i najkrótsze. Z tych pierwszych dużo przyjemności słuchaczowi dadzą trzy przekraczające 5 minut, najbardziej ambitne i ciekawe muzycznie tasiemce w postaci otwierającego całość „Override of the Overture”, „Dismembered” oraz „In Death’s Sleep”, w których można odnaleźć zarówno monumentalne zwolnienia, wpadające w ucho melodyjne solówki, charakterystyczne riffy a także ultraszybkie, brutalne nawalanki perkusisty. Na przeciwległym biegunie znalazły się dwa krótkie, około 2-minutowe wystrzały skomasowanej muzycznej agresji i wściekłości w postaci „Soon To Be Dead” i „Skin Her Alive”, z których ten drugi nawet promował album na singlu. Z kompozycji średnio-długich najlepszy efekt uzyskano w dwóch utworach, dodanych do wydanej na płycie kompaktowej wersji albumu a więc w surowym, chropowatym, najmocniej nawiązującym do twórczości Celtic Frost „Deathevocation” oraz galopującym przed siebie, zapadającym w pamięci za sprawą puszczonych w zwolnionym tempie, groźnych okrzyków Mattiego Karkiego „Defective Decay”. Pozostałe kawałki, mimo ciekawych momentów stanowią tło dla reszty i nie zapadają zbytnio w pamięci słuchacza.

„Like An Ever Flowing Stream” to bez wątpienia bardzo mocny strzał muzyczny a także płyta należąca do klasyki szwedzkiego death metalu. Choć w moim odczuciu trochę jej brakuje do poziomu pierwszych dwóch dzieł Entombed, to już konfrontację z debiutami Grave, Unleashed czy At The Gates wygrywa bezdyskusyjnie, a z pierwotnymi dokonaniami Tiamat, Edge of Sanity czy Therion nie ma jej nawet co porównywać. Choć niektórym utworom brakuje trochę nośności, Szwedzi nadrabiają to olbrzymim zaangażowaniem, wojowniczą postawą oraz wyjątkowo naturalną agresją muzyki. Do tego pokazują, że szwedzki death metal polega nie tylko na brutalności i agresji, ale także na sporej dawce melodii, co będzie stanowić dużą inspirację dla młodszych zespołów. Dla wszystkich wielbicieli europejskiego death metalu a także metalowego łojenia, zagranego z technicznym kunsztem jest to  pozycja obowiązkowa, którą po prostu należy posiadać najlepiej we własnych zasobach płytowych.

Radomir Wasilewski

Wydawnictwo In Rock Music Press oraz Muzyka z Bocznej Ulicy przypominają, że już w listopadzie 2020 roku na rynek Polski trafi genialna książka opisująca całą historię grindcore’u i death metalu. Legendarna, odnowiona, mająca niemal 600 stron książka Alberta Mudriana „Oblicza śmierci. Niewiarygodna historia death metalu i grindcore’u” nadciąga!

(Łącznie odwiedzin: 58, odwiedzin dzisiaj: 1)