Znane przysłowie mówi do trzech razy sztuka. Po zamknięciu działalności Misfits i Samhain Glenn Danzig postanowił w 1987 r. założyć kolejną grupę, w której prezentowałby światu swoje pomysły na granie już nie punka i hardcore’a a tradycyjnego rocka i metalu. Nie kombinował z nazwą kapeli nazywając ją po prostu swoim, nie do końca miłym sercu Polaków pseudonimem artystycznym, wywodzącym się od niemieckiej nazwy naszego najsłynniejszego portu morskiego. Jak miała pokazać przyszłość, ten muzyczny twór okazał się zjawiskiem, w którym Glenn miał nagrywać przez kolejne dziesięciolecia bardzo różnorodne stylistycznie płyty. Tak jak wcześniejsze zespoły Amerykanina ten również osiągnął olbrzymi sukces komercyjny i zapisał się na kartach historii muzyki rockowej. I to mimo, że początkowo jego rolą nie było odkrywanie nowych lądów i przesuwanie granic estetyki rockowej.

Debiut Danziga zatytułowany po prostu nazwą zespołu i rzymskim numerem I to do bólu tradycyjne i zapatrzone w przeszłość dźwięki. Po doświadczeniach z punkiem oraz mrocznym heavy metalem, tym razem Glenn postanowił światu udowodnić, że w dziecięcych latach był fanem hard rocka, rock’n’rolla i bluesa. W efekcie zawarł na „ Danzig I” mnóstwo odniesień zarówno do twórczości Black Sabbath, AC/DC czy Hawkwind a w warstwie wokalnej do Jima Morrisona i swojego największego idola Elvisa Presleya. Wyszedł z tego krążek dość dynamiczny i żwawy z okresowymi ciężarnymi zwolnieniami oraz klimatycznymi wstawkami. Utwory stały się proste, niezbyt długie (choć w porównaniu z kompozycjami Misfits czy Samhain 3-4 minuty kompozycji to dla Glenna wręcz „progresywna” formuła), ze zwrotkowo-refrenowymi strukturami, zawierają też olbrzymią dawkę przebojowości.

Sukces tego krążka to zasługa świetnych muzyków, z którymi Glenn w większości współpracował już w czasach Samhain. Największe brawa należą się gitarzyście Johnowi Christowi, który wyciosał na tym albumie spore dawki ciętych, krótkich, granych na modłę AC/DC riffów oraz kapitalne solówki, powalające zarówno technicznymi popisami jak i olbrzymią dawką melodyjności. Gitarzystę dobrze uzupełniają wyraziście i ciekawie brzdąkający basista Eerie Von oraz kombinujący z rytmiką i ciekawymi przejściami, ciężko uderzający w bębny Chuck Buiscuits. Jednak ich gra nie miałaby zbytniego sensu bez wokalnej ekwilibrystyki Glenna, który potrafi zarówno mocno, agresywnie, dość wysoko pokrzyczeć, melodyjnie, energetycznie pośpiewać jak i (póki co rzadko) oczarować słuchacza niską, hipnotyzującą barwą swojego głosu. Co ciekawe w kompozycji „Possession” Glenna w chórkach wsparł sam James Hetfield z Metalliki i jest to jeden z niewielu przykładów utworów spoza repertuaru klasyków thrash metalu, w których można usłyszeć głos Jamesa. Powiązania personalne z metalem wiążą się też ze świetnie wykonaną, czystą i selektywną produkcją, stworzoną przez Ricka Rubina – producenta, który przyczynił się do największych sukcesów klasyków thrashu ze Slayera. Rubin taki sam wpływ miał wywrzeć na twórczość i historię Danziga.

„Danzig I” to zbiór doskonałych utworów, do dziś lubianych przez fanów i stanowiących klasykę twórczości formacji. Na początek zaserwowano dwie kompozycje, mające jeszcze sporo wspólnego z punkową przeszłością Glenna: bujający, melodyjny i do bólu prosty „Twist of Cain” oraz bardziej rozbudowany i momentami konkretnie przyśpieszający „Not Of This World”. Dla odmiany „She Rides” to dłuższa, wolniejsza i bujająca pieśń, wzbogacona delikatnym brzmieniem organów Hammonda, w której po raz pierwszy można odczuć bluesowe fascynacje Glenna. Najlepsze wrażenie pozostawia jednak kolejna trójca kompozycji, tworzących zdecydowany gwóźdź programu płyty. Najpierw w postaci ciężkiego, mrocznego, wyraźnie inspirowanego dokonaniami Black Sabbath „Soul on Fire”, potem dynamicznego, agresywnego, ozdobionego świetnymi popisami gitarowo-wokalnymi „Am I Demon” i wreszcie rewelacyjnie zaśpiewanego przez Glenna, emocjonalnego „Mother” – jednego z największych hitów w zespołowym dorobku. W drugiej połowie płyty „Possession” i „Evil Thing” ponownie przynoszą punkową prostotę, dynamikę i zadziorność. Z kolei „End of Time” to pierwszy przykład utworu Danzig z klimatycznym, delikatnie zaśpiewanym wstępem, który płynnie przechodzi w żwawego hard rocka, ozdobionego ciętymi riffami i świetną solówką. Taki schemat będzie się często pojawiał w twórczości zespołu. Najbardziej zaskakuje „The Hunter”, klasyczny, dynamiczny rocker w stylu estetyki lat 70-ych z olbrzymią ilością wirtuozerskich, rockowych solówek oraz dynamicznym śpiewem Glenna.

„Danzig I” to album stawiany przez wiele osób w czołówce największych dokonań zespołu. Choć tutaj styl grupy dopiero się kształtował a muzyka została potraktowana jeszcze dość surowo i ascetycznie, nie sposób nie ulec magii tego krążka. Zawiera on bowiem kapitalne kompozycje, które mimo swej prostoty prezentują się rewelacyjnie, zdradzając spore talenty, ambicje i kunszt gry członków zespołu. Sukces, jaki osiągnęła ta płyta, wydaje się w pełni uzasadniony i nie dziwi fakt, że wpisał się on do klasyki amerykańskiego, rockowego wymiatania. Najlepsze w nim jest jednak to, że stanowi zaledwie drobną przystawkę przed kolejnymi, jeszcze smaczniejszymi daniami. A że ta przystawka jest wyjątkowo apetyczna, każdy fan zarówno zespołu, jak i miłośnik szeroko pojętej muzyki rockowej, powinien się z nią zapoznać. Naprawdę warto.

Radomir Wasilewski

Recenzja pochodzi z portalu RateYourMusic, na którym autor od kilku lat prowadzi profil RadomirW, na którym udało mu się zamieścić już ponad 700 recenzji, przede wszystkim albumów metalowych.

 

 

(Łącznie odwiedzin: 211, odwiedzin dzisiaj: 1)