Miejsce: liceum. Czas: początek lat dwutysięcznych. Lekcja informatyki. Dopiero co nastały czasy, kiedy internet przestał być dobrem reglamentowanym, chociaż dostęp do sieci nadal wiązał się z problemami natury finansowej i technicznej. Mało kto z młodszego pokolenia dzisiaj pamięta, że połączenie z siecią blokowało linię telefoniczną odcinając całą rodzinę od świata zewnętrznego. Jednak dzięki utrudnieniom jakie wiązały się z prywatnym połączeniem (tylko wybrańcy wiedzieli co to jest stałe łącze) lekcje w szkolnej sali komputerowej cieszyły się sporą estymą. Informatyków z prawdziwego zdarzenia oczywiście brakowało, co pozwalało nam radośnie surfować po „Word Wide Web” jak tylko nauczyciel odbębnił średnio znany mu materiał lekcyjny.

 

Pomimo powszechnego uczucia rozluźnienia natknąłem się tego dnia na roztrzęsioną koleżankę, nazwijmy ją JB. Powodem smutku nie było jednak zawieszenie czy popsucie się komputera, ale fakt, że z Metalliki odszedł Jason Newsted. Mieliśmy w tamtych czasach nasz mały zespół muzyczny w składzie JB, kolega MS i ja. Graliśmy średnio, ale nie brakowało nam zaangażowania. Nigdy nie wymyśliliśmy sobie nazwy, ale ogrywaliśmy utwory Metalliki. My, gitarzyści – amatorzy, woleliśmy „The Unforgiven” czy „Sad But True”, ona, perkusistka, nakłaniała nas do młócenia „Master Of Puppets” i „Battery”, szybkich utworów dla silnej kobiety. A jednak roszady w Metallice, które dla JB równoznaczne były z jej rozpadem, zdołały doprowadzić ją do płaczu.

Po odejściu basisty z obozu zespołu zaczęły wychodzić sprawy, które nie powinny były ujrzeć światła dziennego, kłótnie, oskarżenia, infantylne zwierzenia w obecności kamer. Wcześniej afera z Napsterem, która już sama w sobie zachwiała wiarygodnością Metalliki. Już po zatrudnieniu Roberta Trujillo i nagraniu „St. Anger” pojawił się film dokumentalny „Some Kind Of Monster”, twór tak infantylny i obrzydliwy, że do teraz nie mogę oglądać go bez uczucia zażenowania. Moje zainteresowanie zespołem spadło niemal do zera. Nic w tej kwestii nie zmienił album „Death Magnetic”, który raził uszy swoją przeciętnością. Cały czas czułem zresztą niesmak po „St. Anger”, płycie od razu przeze mnie znienawidzonej.

Czy premiera „Hardwired…To Self-Destruct” coś w moim nastawieniu zmieniła i czy można mówić o powrocie do złotych lat świetności zespołu? Bez wątpienia nie. Metallica AD 2016 nadal nie jest grupą do której mógłbym podchodzić emocjonalnie. Wciąż przypomina bardziej konsorcjum niż zespół muzycznych indywidualistów. Gdyby wyciąć z dyskografii Metalliki „St. Anger” i „Death Magnetic” to „Hardwired…” byłaby ich najsłabszą płytą („Lulu” do pełnoprawnych albumów studyjnych w ogóle nie zaliczam). Mając jednak na uwadze ich ostatnie studyjne dokonania z czystym sumieniem uznać mogę „Hardwired…” za jakościowo… trzeci od końca w katalogu grupy. Rozumiem oczywiście wielkie oczekiwania najbardziej oddanych fanów i niejako automatycznie za tymi oczekiwaniami idący entuzjazm. Gdyby wyposzczeni die-hardzi Metalliki nie uznali płyty za genialną, wówczas cały okres zaciskania zębów i odliczania miesięcy/dni/godzin do premiery poszedłby na marne. A że album ma swoje nieliczne blaski od razu odtrąbiono powrót w wielkim stylu legendy thrashu.

Tyle, że thrash zawarty na „Hardwired…” powinien urągać godności każdego zwolennika gatunku. Chcecie dobrej płyty thrash-metalowej? Sięgnijcie po ostatni Slayer, Megadeth czy świetny Overkill. Macie ochotę na dojrzały metalowy longplay? Bierzcie Anthrax. Nie kupujcie Metalliki. Nie zamierzam omawiać po kolei każdego z utworów, ale kilka kompozycji wymaga paru słów komentarza. „Moth Into Flame” pozbawiony jest pomysłu i rytmiki, „Hardwired” brzmi nieszczerze i wymuszenie a „Atlas, Rise!” nie potrafię nawet odpowiednio określić gatunkowo, tak nijaka to kompozycja. Za to gdy Metallica przypomina sobie czasy „Load” i spowalnia odrobinę tempo, budując kompozycje na wyrazistym riffie, nagle mamy do czynienia z zupełnie innym zespołem, dojrzałym i z pomysłem na siebie.

Oczywiście, można ten pomysł akceptować bądź nie, ale przynajmniej niektóre utwory nabierają stylu. Zaliczają się do nich bez wątpienia „Dream No More”, „ManUNkind” i „Murder One” (zresztą piękny hołd dla Lemmy’ego). Moim zdaniem pokazują one, że Metallica wcale nie chce już grać thrashu, nie czuje go i męczy się w stylistycznych okowach. Powrót do korzeni to działanie wyrachowane, podobnie jak w przypadku death-metalu Paradise Lost, przy czym Brytyjczycy rewolucję przeprowadzili z większym wyczuciem. Jedynym chlubnym wyjątkiem na „Hardwired…” jest bardzo dobry „Spit Out The Bone”, chociaż i on na tle konkurencji z „wielkiej czwórki” niczym szczególnym nie zachwyca.

Płyta, w odróżnieniu od dwóch poprzednich, ma kilka dobrych momentów, jednak pozytywne wrażenia przysłania cała góra odpadów. Wywalcie „Now That We’re Dead”, „Halo On Fire” i „Confusion” i otrzymacie album, który zdolny jest w przynajmniej minimalnym stopniu nawiązać do legendarnej przeszłości zespołu. Wiele z kompozycji, które zdecydowano się na „Hardwired…” umieścić brzmi bowiem, jak gdyby ktoś wrzucił kilka riffów do komputerowego generatora, a ten stworzył zbitki dźwięków przypominających Metallikę, coś na kształt edytora, który pozwala przekształcić swoje imię za pomocą logotypu grupy. Innymi słowy: fajna zabawa na parę godzin, ale potem wypada zająć się czymś innym. Nie sądzę, aby zespół kiedykolwiek odbudował swoją pozycję z początku lat dziewięćdziesiątych. Nie wierzę nawet, że Metallica do tego dąży. Wygasł ogień, zanikła pasja. Pozostała korporacja, która wypuszcza kolejny produkt, patrząc na rosnące słupki sprzedaży.

Kuba Kozłowski,

skala 1-6: 3+

 

 

 

 

 

(Łącznie odwiedzin: 200, odwiedzin dzisiaj: 1)