Pierwsza płyta zespołu, który jeszcze nie do końca wiedział dokąd zmierza. Nie znaczy to oczywiście, że Billy Gibbons, Dusty Hill i Frank Beard nie wiedzieli jak grać bluesa. Wiedzieli. Doświadczenie czerpali z działalności w swoich poprzednich zespołach: The Moving Sidewalks (Gibbons) oraz American Blues (Hill i Beard). Z debiutu aż wylewa się teksańskie słońce, specyficzne poczucie humoru oraz dobre melodie, które jednak wręcz proszą się o odrobinę bardziej przemyślaną i dopracowaną produkcję.
Trzeba jednak pamiętać, że to jeszcze nie był ZZ Top ery MTV, znany nam z późniejszych lat. Właściwie równie dobrze album ten mógł okazać się pierwszym i ostatnim dokonaniem muzyków. Nie zdziwiłbym się przesadnie mocno, gdyby pierwszą płytę ZZ Top wspominało się w takim samym kontekście, w którym powracają albumy The Groundhogs czy Steamhammer. ZZ Top mogli zostać legendą „podziemnego” blues rocka nie ocierając się nawet o sławę. Pierwszy album trio jest bowiem bardzo dobry ale absolutnie nieefektowny.
Jeżeli szukamy dobrego, granego z energią i wyczuciem teksańskiego blues rocka, wzbogaconego o elementy boogie i southern rocka, pełnego świństewek i (generalizując) pozytywno-zabawowego przekazu to jesteśmy w domu. Jeżeli chodzi o różne delikatne podteksty i sprośności, to muszę dodać, że nie ma tu nic dosłownego – ZZ Top świetnie radzą sobie w pisaniu dwuznacznych tekstów, posiłkując się dodatkowo lokalnym slangiem, co niestety dla Europejczyków może w dużej mierze pozostać niezrozumiałe Na płytę trafiło kilka kompozycji, które do dzisiaj domagają się nabożnego uchylenia kowbojskiego kapelusza. Otwierające płytę „(Somebody Else Been) Shaking Your Tree” i „Brown Sugar”, oba zresztą napisane przez Gibbonsa, potrzebują szybkiego samochodu aby pokazać w pełni swoją siłę. Aby doświadczenie to uczynić jeszcze żywszym powinniśmy rozpędzać maszynę w drodze na porządne barbecie w towarzystwie zgrzewki piwa spoczywającej w przenośnej lodóweczce na siedzeniu obok. Może jest to podejście odrobinę stereotypowe, ale osobiście właśnie tak chciałbym spędzać czas słuchając „ZZ Top’s First Album”. Tutaj nie ma miejsca na jakieś bardziej górnolotne uczucia. Na płycie znajdziemy prosty przepis na dobre samopoczucie, i świetnie, czasami nic więcej w życiu nie potrzeba. Może odrobinę kłuci się to z ogólnymi założeniami bluesa, który powinien, w teorii przynajmniej, dawać wykrzyczeć się duszy, ale kto powiedział, że dusza nie może krzyczeć: „Dajcie mi tu sos BBQ”.

Album sprawia wrażenie bardzo zwartego, niemal ściśniętego. Poszczególne utwory rzadko kiedy przekraczają granicę czterech minut, co może w bluesie nie jest rzeczą niezwykłą ale powoduje, że zabrakło kilku bardziej porywających solówek na wzór tej, która kończy „Brown Sugar”. Mam też wrażenie, że kawałki kończą się zanim zespół zdoła w pełni rozwinąć pomysł.Zdaje sobie jednak sprawę, że jest to czepialstwo typowo recenzenckie, bo w żaden sposób nie wpływa  to na odbiór muzyki. Płyta jest krótka, ale dzięki temu ma się szczerą ochotę zapętlić ją w odtwarzaczu. Zresztą to nie muzyka tu szwankuje a produkcja.Album podlegał w kolejnych latach różnym miksom i zmianom, co wskazuje samo w sobie, że zespół zdawał sobie sprawę, iż ich manager, Billy Ham, nie do końca podołał zadaniu. Mówiąc najprościej produkcji brakuje mięsistości i wyrazu. Jest po prostu odrobinę płaska, co niestety odbiera siłę utworom. A szkoda. bo znalazły się tu perełki pokroju wspomnianych dwóch kompozycji otwierających płytę oraz „Goin’ Down To Mexico”, „Backdor Love Affair” czy, opartego na genialnym riffie, najlepszego na albumie, „Bedroom Thang”.  Ten utwór bez wątpienia pozostanie ze mną najdłużej z debiutu ZZ Top.

Kuba Kozłowski, Ocena: 4
    

U nas obowiązuje skala szkolna:

1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

(Łącznie odwiedzin: 321, odwiedzin dzisiaj: 3)