Dwa dni po swych sześćdziesiątych dziewiątych urodzinach i dwa dni po premierze swej ostatniej płyty Blackstar odszedł David Bowie, bezsprzecznie – także dla mnie – jeden z ważniejszych artystów. Kompozytor, wokalista, multiinstrumentalista, innowator, który w bardzo przemyślany sposób budował zręby swej kariery. Nagrał dwadzieścia sześć płyt studyjnych, sprzedał je na całym świecie w łącznym nakładzie przekraczającym sto czterdzieści milionów egzemplarzy. Nie obce były mu inne dziedziny sztuki. Bywał aktorem, mimem, próbował malarstwa i rzeźby. Wiadomość o jego śmierci dla wielu fanów okazała się zaskoczeniem. Wręcz podejrzewano niesmaczny żart. Niewiele osób wiedziało o jego walce z rakiem.

Oczywiście, jak zwykle, pojawiło się mnóstwo mniej, bądź bardziej prawdopodobnych spekulacji. Odłóżmy je jednak dla łowców sensacji. Mimo to, nie sposób nie dostrzec wręcz proroczej wymowy i przesłania jakie niesie teledysk Lazarius, promujący ostatnią płytę artysty. Bowie, przykuty do szpitalnego łóżka wywołuje dość jednoznaczne skojarzenia, choć oczywiście można było dopatrywać się tu kolejnej artystycznej prowokacji. Jednak końcowe ukrycie się w ciemnych czeluściach szafy nie pozostawia wątpliwości, zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy. Jest pożegnaniem i swoistym testamentem. Wymowa pozostałych utworów jest też dość mroczna. Intrygujący teledysk do tytułowego, blisko dziesięciominutowego tytułowego utworu Blackstar budzi moje skojarzenia z mrocznym światem obrazów Zbigniewa Beksińskiego. Wieloznaczny tekst stawia pytania, nie dając odpowiedzi. Ale czyż nie o to chodzi, by samodzielnie ich poszukiwać? Krytyka wysoko oceniła ten album, ja nie mam jeszcze sprecyzowanego zdania. To zaledwie kilka dni, a śmierć artysty utrudnia obiektywną ocenę. Myślę jednak, że będzie to jedna z ważniejszych płyt w rozpoczynającym się roku.

W związku z odejściem Davida Bowiego pojawiło się w sieci mnóstwo materiałów omawiających jego karierę. Nie chcę powielać tych samych treści. Skupię się jedynie na kilku faktach i trzech płytach, z których dwie zdjąłem właśnie z półeczki. Płyty Bowiego zarówno w sferze muzycznej, jak i tekstowej zwykle zaskakiwały. Zmuszały do intelektualnych zagadek. Przypięto mu łatkę kameleona muzycznego. Chyba niesłusznie.

Często wyprzedzał słuchaczy i nierzadko ich szokował przemianami stylistycznymi, począwszy od rythm’n’bluesa, folkowe ballady, glamrockowe kostiumy po postać dziwacznego kosmity – Ziggy Stardusta, będącego przedstawicielem upadającej cywilizacji. Płyta The Rise And Fall Of Ziggy Stardust And the Spiders From Mars, bo tak brzmi pełen jej tytuł, jest wydanym przez Davida w 1972 roku albumem koncepcyjnym, osadzonym w stylistyce glam-rocka. Opowiada przedziwną historię Ziggy’ego, który przybywając ze swym zespołem na Ziemię przeistacza się w gwiazdę rocka. Kolejne utwory prowadzą słuchaczy przez wzlot i upadek jego kariery (zgodnie z tytułem płyty).

Sam Bowie utożsamił się tak dalece ze swym bohaterem, że nazwał siebie Ziggym i żył niczym prawdziwa gwiazda rocka, choć takiego statusu wówczas jeszcze nie osiągnął. A sam Ziggy? Była to przedziwna postać, pomieszanie inżynierii genetycznej z karierą gwiazdy popkultury, apokaliptycznego strachu ze skrajnością rock’n’rollowego świata. Bowie wcielił się w nią niemal bez reszty, stając się tak bardzo produktem kultury masowej, tak że trudno było odróżnić stylizację od rzeczywistości. Tak wykreowana postać i płyta przyniosły duży sukces, a trasa koncertowa z 1972 roku stała się wydarzeniem. Na przekór wszystkim David Bowie, będąc niemal u szczytu popularności uśmiercił postać, którą stworzył. Dokonał kolejnej wolty stylistycznej, powoli przyzwyczajając swych fanów do podobnych zwrotów, jakie niejednokrotnie następowały później. Spory sukces albumu zwrócił też uwagę fanów na wydaną rok wcześniej płytę, zatytułowaną Hunky Dory. Krytyka uznała ją za pretensjonalną, choć sam krążek okazał się pierwszym komercyjnym sukcesem. Przyniósł kilka perełek, pokazał też, że artysta potrafi łatwo zmieniać swe oblicze, bez trudu naśladując swych mistrzów: Lou Reeda, Boba Dylana czy choćby Syda Barreta. Album był prawdziwym kalejdoskopem odcieni stylistycznych, choć balansował nieco na granicy wzruszenia i kiczu, a sam artysta uważał tę płytę za jedną z najważniejszych w swej karierze. Bowie, budujący wcześniej swą popularność na kontrowersyjnych i bulwersujących ówczesną prasę oświadczeniach, dotyczących swej seksualności (co nie przeszkadzało mu cieszyć się urokami małżeństwa i dwuletnim synem) jakby nieco stonował. Płyta nieco wymyka się łatwemu zaszufladkowaniu, jednak mimo to chętnie do niej wracam, chyba nawet częściej niż do Ziggiego. I cóż mam napisać na zakończenie? Że będzie mi go brakować? Z pewnością tak, jednak ciągle jeszcze mam nadzieję, że to jego kolejna wolta i za kilka miesięcy obróci to żart, promując nowy album. Gdybyż mogło to być prawdą… Wszak Iman, żona Davida, zaledwie dwa dni wcześniej na swym Instagramie zacytowała jedno z wypowiedzianych przez niego zdań: I don’t know where I’m going from here, but I promise it won’t be boring. (Nie wiem, dokąd stąd odejdę, ale obiecuję, że nudno tam nie będzie.)

Krzysztof Wieczorek

(Łącznie odwiedzin: 121, odwiedzin dzisiaj: 1)