Dziwna, jak na swoje czasy bardzo eksperymentalna, aczkolwiek intrygująca płyta. Z pewnością fani grupy po płytach „Morbid Tales” i „To Mega Therion” nie spodziewali się usłyszeć czegoś takiego. To była swoista rewolucja! Niemniej jednak świadczy to o tym, iż Celtic Frost nie bali się próbować nowych rzeczy, nowych rozwiązań, generalnie rzecz biorąc muzycznych eksploracji. Po sporym sukcesie „To Mega Therion” i trasach towarzyszących promowaniu tego materiału, można było oczekiwać pozostania na tej drodze, jakiejś zachowawczości, ale nie. Tom i Martin mieli już inne plany.

Wydany w 1987 roku „Into the Pandemonium” jest płytą bardzo zróżnicowaną, która jednocześnie może zachęcać swoją „innością” i bogactwem lub wręcz przeciwnie, odstręczać za odstępstwo od poprzednio obranej drogi. Mamy tu utwory będące mieszanką Hard Rocka i Thrashu, jak na przykład „I Won’t Dance” czy otwierający album „Mexican Radio” z repertuaru Wall of Voodoo, trochę typowo celtic frostowych klimatów z poprzednich płyt („Inner Sanctum” czy świetny „Babylon Fell”) oraz sporo symfoniczno-elektronicznych wycieczek z budzącymi mieszane uczucia „One in Their Pride” oraz „Tristesses de la Luna” (metalowych brzmień brak!) na czele. To po prostu istna kopalnia różności!

„Into the Pandemonium” była płytą, która (w czasie, gdy się ukazała) była dziełem pionierskim, przetarciem pewnych szlaków. Wtedy jeszcze nikt nie łączył z muzyką metalową elementów symfonicznych, żaden zespół nie zatrudniał orkiestry do pracy przy albumie (w ’88. zrobił to Manowar). Było to niewątpliwie ryzykowne, acz ambitne przedsięwzięcie. Noise Records nie było zadowolone z planów zespołu i nie obyło się bez poważnych spięć, no ale nic to specjalnie nie zmieniło.

Z pewnością niniejszy album miał spory wpływ na wiele zespołów, chociażby takich jak japoński Sigh, który elementy zawarte na „Into the Pandemonium” przerzucił na szerszy grunt, wyeksploatował w taki sposób, że z ozdobnika, dodatku stały się stałym, ważnym elementem kompozycji.

Na kilka słów zasługuje również okładka płyty, która także odbiegała od uprzednio obranej estetyki i konceptów. Zdobi ją część dzieła Hieronima Boscha (a konkretnie ta odzwierciedlająca jego wizję piekła), holenderskiego szesnastowiecznego malarza, pt. „Ogród Rozkoszy Ziemskich”. Gdy spojrzycie w prawy górny róg obrazu, to zobaczycie część użytą na „Into the Pandemonium”. Po raz pierwszy nie było to nic typowo bluźnierczego czy tak bezsprzecznie diabelskiego, jak miało to miejsce na poprzednich albumach i w Hellhammer.

Przyznam, że „Into the Pandemonium” stało się po czasie moim ulubionym materiałem w dorobku Celtic Frost; co jakiś czas mam ochotę ponownie go zgłębiać i poznawać. Tego typu płyty z czasem bardzo zyskują; okazuje się jak ważna była i jest ich rola, są dziełami, którym zawsze należy się ogromny szacunek. Czy polecam? Jak najbardziej! Dla tych, którzy owego albumu jeszcze nie znają (no nie wiem, czy znajdą się takie osoby, ale możliwe, że tak) może wydać się wymagający, trochę nieprzystępny, ale ma naprawdę wiele do zaoferowania.

 

Przemysław Bukowski

(Łącznie odwiedzin: 345, odwiedzin dzisiaj: 1)