Black Star Riders, The Killer Instinct, Nuclear Blast 2015
 
Bardzo dobrze się stało, że Black Star Riders nie nagrywają jako Thin Lizzy. Nie dlatego, że ich muzyka odbiega jakością od dokonań klasyków hard rocka. Obie płyty nagrane przez Scotta Gorhama z BSR stanowią bezpośrednią kontynuację jego wspólnych dokonań z Philem Lynottem. Jednak Lynotta już wśród nas nie ma- nie powinno więc również być Thin Lizzy. Muzycy Black Star Riders zrozumieli to w odpowiednim czasie i materiał „All Hell Break Loose”, planowany jaka pierwsza po latach płyta legendy, został opublikowany pod zupełnie nowym szyldem. Dzięki temu zespół stał się wiarygodny. Kurczowe trzymanie się dawnej marki byłoby ewidentnym pójściem na skróty i niezależnie od  jakości nagrywanej muzyki, BSR nie uciekliby od ciągłych porównań do „Jailbreak”, „Black Rose” czy „Chinatown”. Jestem przekonany, że w zdecydowanej większości przypadków oceny te nie byłyby dla nich przychylne. Tak samo zresztą postrzegano by reaktywowany Led Zeppelin, gdyby jedynym oryginalnym członkiem zespołu pozostał Jimmy Page. Podejmując trudną i marketingowo ryzykowną decyzję Black Star Riders udowodnili jednak, że można iść do przodu pozostając wiernym własnym korzeniom. 
 
BSR czerpie garściami z własnej przeszłości, upodabniając się do Thin Lizzy w każdym możliwym elemencie, od gitary (gra Scott Gorham więc tu akurat nie ma czemu się dziwić) po wokal Rickiego Warwicka. Co zaskakujące, bezpretensjonalne hard rockowe utwory składające się na „The Killer Instinct” w żadnym stopniu nie sprawiają wrażenia powtórki z rozrywki. Rynek muzyczny pierwszego dwudziestolecia naszego wieku przeszedł tak radykalne przetasowania stylistyczne (przypomnijmy sobie nu metalową zgrozę), że powrót do trendów końca lat 70’ odczytywać możemy jako powiew świeżości. Z tego też względu sukces BSR nie jest dla mnie zaskoczeniem. Tym bardziej, że w muzyce zespołu odnaleźć można wszystkie te elementy, za które kocha się hard rock: energię, rozrywkę, radość i siłę (choć tej ostatniej jakby w muzyce BSR mniej). Utwory takie jak „Bullet Blues” „Sex, Guns and Gasoline” czy „The Killer Instinct” są podręcznikowymi, ale niewyrachowanymi, przykładami rockowej stylistyki. Poszczególne nagrania mają wszystko co potrzeba, aby płyta sprawdzała się doskonale w każdych okolicznościach. Być może nie jest to album, którego przesłuchamy w zadumie od pierwszej do ostatniej minuty, jednak nie tego od Black Star Riders się wymaga. Przy „The Killer Instinct” można się doskonale bawić mając świadomość, że dokonania Irlandczyków muzyki nie zrewolucjonizują. I nie ma w tym nic złego- takie płyty też są potrzebne. Nie każdy musi zapisywać się złotymi zgłoskami w encyklopediach rocka. Z tego względu nie zwracam uwagi na fakt, że teksty piosenek są mało osobiste, konwencja dość schematyczna, a produkcja zbytnio wygładzona. Braki te nie rażą, choć niewątpliwie płyta mogłaby być jeszcze lepsza.
 


Czy będę czekał na kolejną po „The Killer Instinct” płytę BSR? Raczej nie- co jednak nie oznacza, że jej nie kupie, gdy już się ukaże. Z muzyką Black Star Riders jest bowiem tak, jak z wizytą dawno niewidzianego przyjaciela- niekoniecznie mamy dla niego na co dzień  czas, ale gdy już wpadnie przyjemnie jest wspólnie przegadać godzinkę czy dwie.
 
Kuba Kozłowski, Ocena: 3+


U nas obowiązuje skala szkolna:1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

 
 
Tekst ten ukazał się pierwotnie w serwisie www.rockhard.pl do którego serdecznie zapraszam    

(Łącznie odwiedzin: 35, odwiedzin dzisiaj: 1)